Gry  / Relacja

To jest mekka polskiego gamedevu. Digital Dragons 2017 – relacja

Kiedy wyjeżdżałem w tym roku do Krakowa na targi Digital Dragons, znajomy zapytał mnie, po co ja właściwie tam jadę, skoro od kilku miesięcy nie zajmuje się zawodowo tworzeniem gier. 

Odpowiedziałem, że Digital Dragons to nie tylko ich tworzenie, ale cała wielka społeczność, branża, której zwyczajnie chce się być częścią. A krakowska impreza jak żadna inna potrafi zmotywować do działania.

Kiedy teraz po dwóch dniach wracam do Warszawy, zdania nie zmieniłem.

To miejsce, gdzie obok siebie stoją tacy giganci polskiego przemysłu jak CD Projekt Red, 11 bit studios czy Techland, jak i zupełnie małe zespoły deweloperskie, które tworzą gry w zaciszu swojego mieszkania.
To właśnie sprawia, że Digital Dragons ma tak szczególną atmosferę. Tutaj spotykają się ludzie, którzy nie tylko grają w gry. Oni kochają gry. Elektroniczna rozrywka jest ich integralną częścią życia.

I to czuć w powietrzu. Gdy tylko przekracza się próg hali wystawowej i od razu dostrzega się ludzi ogarniętych pasją, wierzących w to, co robią.

A Kraków daje im szansę się pokazać. Zaistnieć.

Wyobraźcie sobie, że pracujecie nad grą rok, dwa lata. Kiedy czujecie, że jest w końcu gotowa na tyle, by pokazać ją światu, czekacie w napięciu przy swoim stanowisku. Podchodzą kolejni zwiedzający – czasem ktoś, kto po prostu kupił bilet, czasem ktoś z mediów takich właśnie jak Spider's Web, a czasem prawdziwe legendy branży.

Digital Dragons 2017 – mekka polskiego gamedevu

Kiedy staniesz po prostu na środku sali, usłyszysz dyskusję między wystawcami. „John Romero grał w moją grę! Podobała mu się!” albo „Miałeś okazję rozmawiać już z Maćkiem Miąsikiem albo Michałem Madejem? Co mówił?”.

Gry, z którymi przyjeżdżają, stanowią przekrój całego rynku i często sugerują trendy. Chcecie przykładów? Ot w ubiegłym roku około 30 do 40 proc. prezentowanych gier była na wszelkie platformy VR jak Gear VR, Vive czy Oculus. W tym roku naliczyłem ich całe... 2 sztuki. To doskonale obrazuje problem, z jakim boryka się wirtualna rzeczywistość – sprzęt i technologia już są, tylko graczy brakuje, którzy byliby skłonni wydać na nie swoje pieniądze. Drugim takim kierunkiem jest popularność pixel artu, czyli grafiki à la 8 bitowych gier. Udana premiera polskiej gry Beat Cop oraz ubiegłoroczny Party Hard najwyraźniej zachęciła twórców do podążania tym kierunkiem.

Digital Dragons 2017 – mekka polskiego gamedevu

To, za co cenię Digital Dragons, to fakt, że nie spotkamy tutaj gier wtórnych.

Każdy, kto się tutaj zjawia, pokazuje coś nowego albo przynajmniej się wyróżniającego.

W tym roku było kilka naprawdę udanych gier. Z jednej strony mamy We The Revolution, czyli grę, w której wcielamy się za sędziego w czasach rewolucji francuskiej. Musimy przeprowadzić rozprawę sądową i wydać wyrok.

Z drugiej strony mamy człowieka, który tworzy gry pod szyldem Evil Indie Games i rok temu pokazywał grę „No Thing”, w której sterowało się... prawdziwymi bananami, a w tym roku przyjechał z „Extra Color”. Jego gry mają totalnie schizofreniczną muzykę, grafikę projektował będąc chyba pod wpływem LSD, ale są przy tym czadersko grywalne.

Digital Dragons 2017 – mekka polskiego gamedevu

Nudne? Przy innym stoisku pokazywano grę RPG, którą steruje się wyłącznie za pomocą dokładnie jednego przycisku. Tuż obok grę pokazywał człowiek przebrany za gołębia. A ich gra polega dokładnie na tym, co robią gołębie – jedzą, wydalają i walczą między sobą.

Nie dziwię się zupełnie chęci wyróżnienia się. Sam rok temu byłem częścią zespołu, który przyjechał na targi ze swoją grą. Prócz tego, że chcieliśmy ją pokazać jak największej liczbie osób (szczególnie tym z prasy), oczekiwaliśmy konkretnego feedbacku. Tutaj nikt nie obraża się, gdy skrytykujesz jego projekt albo wskażesz, co według ciebie jeszcze nie działa. Po to tutaj są, a uwagi od wielkich z branży są szczególnie ważne.

Na samym końcu stoi wizja sławy, pieniędzy albo przynajmniej możliwości wydania gry. Po hali kręcą się przedstawiciele polskiego Vivid Games, Techlandu czy 11 bit studios i z uwagą przyglądają się każdej propozycji. Te o największym potencjale mogą zostać wydane.

Dla gości oraz uczestników jest też sporo atrakcji. Oczywiście branżowych.

Digital Dragons 2017 – mekka polskiego gamedevu

To całe panele dyskusyjne i wykłady od projektantów Wiedźmina, Dying Light czy naprawdę wielu, wielu innych gier. To są stoiska rekrutacyjne, jeśli zatem marzy ci się kariera przy produkcji gier, to masz tutaj doskonał okazję zapoznać się nie tylko z ofertami, ale często również przyszłymi przełożonymi czy ludźmi, którzy już w branży siedzą. W tym roku pracowników szukał m.in. People Can Fly czy choćby... Remedy, autorzy świetnego Alan Wake czy Quantum Break.

Digital Dragons to po prostu miejsce, w którym wypada być.

Miejsce kipi od fajnych ludzi, od których usłyszeć ciekawostki na temat firm, w których pracują, problemy, z jakimi się zmagają albo po prostu staną i pogadają z tobą na każdy temat. Czasem ktoś niechcący puści parę z języka (np. PCF pracuje nad kooperacyjnym shooterem pod zupełnie nowym tytułem, a CDP Red prócz Gwinta i Cyberpunka pracuje nad jeszcze jedną grą AAA).

O Digital Dragons mógłbym pisać długo i zapewne jeszcze zostałoby wiele historii do opowiedzenia. Zamiast tego w przyszłym roku jedź sam i się przekonaj. Tylko uważaj. Możesz skończyć jak inni – przyjechać raz i chcieć wracać co roku. Ta impreza uzależnia!

[Turczynski]

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst