Sprzęt  / Recenzja

Portfel portfelem, ale to bez tego gadżetu nigdzie nie ruszam się z domu

Testowałem już pierwszą i drugą generację Wooleta. Oba te produkty wprawdzie przypadły mi do gustu, ale od dawna w ofercie firmy było coś, co bardziej przykuwało moją uwagę. Coś mniejszego, mniej efektownego, ale i... bardziej uniwersalnego.

Spokojnie, to nie będzie długa recenzja. Bo sprzęt, pomimo swojej uniwersalności i wielozadaniowości, jest jednocześnie niesamowicie prosty do opisania. Poznajcie Woolet Tracker.

Woolet Tracker? A co to?

Najprościej ująć to tak - to Woolet 2.0, tyle tylko, że pozbawiony... wszystkich funkcji portfelowych.

Te same świetne materiały, te same wersje kolorystyczne co w przypadku Wooleta 2.0.

Mamy więc kompletną elektronikę, w tym moduł Bluetooth, akumulator i głośnik, zamknięte w skórzane opakowanie (wersje kolorystyczne i materiałowe tożsame z Wooletem 2.0), tyle tylko, że bez żadnego miejsca na karty czy gotówkę.

Ta sama jest również elektronika.

Mamy za to o wiele bardziej kompaktową obudowę i metalowe kółko, takie samo, jak na przykład przy kluczach.

Kompaktowa, czyli?

Dokładnie 51 x 68 x 6 mm, nie licząc oczywiście zawieszki. Przy czym nie bójcie się tak - 6 mm grubości ma tylko w najgruszbym miejscu. Na krawędziach jest dużo cieńszy.

Mało? Dużo? Cóż, nie można uznać Woolet Trackera za dodatek absolutnie niezauważalny. Zresztą można zobaczyć poniżej, jak prezentuje się na tle np. standardowych kluczyków samochodowych:

Nie mogę jednak napisać, że miałem z jego rozmiarem jakiekolwiek problemy. Wręcz przeciwnie.

To na co pozwala?

Na dokładnie to samo, co portfel Wooleta, z wyjątkiem przenoszenia kart, dokumentów i gotówki.

Mamy więc opcję informowania o rozłączeniu z telefonem, połączeniu z telefonem, możliwość odszukania na mapie ostatniej lokalizacji połączenia czy też wywołanie alarmu dźwiękowego.

I do czego ma to służyć?

Do - o czym przekonałem się przez ostatnie tygodnie - praktycznie wszystkiego.

Z czasem przekonałem się, że Woolet Tracker jest w moim przypadku gadżetem częściej wykorzystywanym, niż główny produkt firmy, czyli portfel.

Podaj przykłady!

Proszę bardzo:

Wychodząc w góry przeważnie nie zabieram ze sobą całego, dużego portfela. Tylko dowód osobisty i gotówkę, więc automatycznie tracę możliwość śledzenia plecaka, do którego portfel by trafił. Rozwiązanie? Przypinam do niego Woolet Trackera i problemu już nie ma, nie muszę się martwić, że zgubię gdzieś plecak (nie pytajcie...).

Wyjeżdżając na konferencję portfel Wooleta zostaje w plecaku i odpowiada za monitorowanie lokalizacji siebie i plecaka, natomiast Woolet Tracker przypięty jest do paska od aparatu. Że co? Że nie da się zgubić aparatu? Zapytajcie Marcina Połowianiuka, co przeszła jego kamera, którą mi pożyczył.

W domu Woolet Tracker przypięty jest do kluczy od domu i samochodu. Nie, nie gubię ich notorycznie poza domem - po prostu nigdy nie mogę ich znaleźć, kiedy akurat muszę gdzieś wyjść. Kurka? Druga kurtka? Szuflada? Może leżą na blacie w kuchni? A tak jedno kliknięcie i już wiem, gdzie się ukryły.

Ach, już nigdy nie spóźnię się do mechanika!

I takie przykłady można mnożyć. Torba? Wrzucamy do niej Woolet Trackera. Plecak? Woolet Tracker. Wartościowy sprzęt, który zabieramy w podróż? Woolet Tracker. O ile portfel Wooleta był portfelem, którego nie da się zgubić, o tyle Woolet Tracker powoduje, że w zasadzie każda rzecz, do której można doczepić ten dodatek staje się niemal niemożliwa do zgubienia.

Przy czym, żeby była jasność, Woolet Trackera przypiąłem na zewnątrz torby/plecaka tylko na potrzeby zdjęć. Normalnie po prostu wrzucam go do jednej z kieszeni. Ani nie ogranicza to zasięgu Bluetooth, ani nie przeszkadza mocnemu głośnikowi z przebiciem się ze swoim powiadomieniem, kiedy szukam mojej zguby.

I to działa?

A i owszem! Nie będę się tu jednak powtarzał - Woolet Tracker 2.0 (jako 1.0 traktuję Woolet Keyfinder, dziś już niedostępny) działa dokładnie tak samo jak Woolet 2.0, którego niedawno testowałem. Z uwzględnieniem wszystkich możliwości i np. stref ciszy, etc.

Do nielicznych minusów trzeba więc doliczyć sporadyczne fałszywe alarmy. Choć tutaj dwie sprawy - po pierwsze, z jakiegoś powodu wydaje mi się, że Tracker generuje ich mniej niż portfel (choć w teorii nie ma ku temu żadnego powodu). Po drugie, Woolet właśnie udostępnił (przynajmniej dla użytkowników iOS) aktualizację, która ma w dużym stopniu poprawić działanie powiadomień.

Do plusów natomiast można zaliczyć fakt, ze Woolet Tracker obsługiwany jest przez dokłądnie tę samą aplikację, co portfel Wooleta i bardzo elegancko rozwiązano obsługę wielu urządzeń jednocześnie.

A ładowanie?

Ponownie - tak samo jak przy portfelu Wooleta. 6 miesięcy pracy bez ponownego podłączania do zasilania, a po tym czasie ładowanie z wykorzystaniem ładowarki bezprzewodowej.

Czym Woolet Tracker nie jest?

I tutaj dość istotne, żeby to zaznaczyć. Woolet Tracker nie jest kompletnym trackerem, tj. nie posiada GPS w żadnej formie. Na mapie będziemy widzieć jedynie jego ostatnią lokalizację, a nie np. aktualną czy przebytą przez niego trasę.

Kupować czy nie kupować?

I... tu mam pewien zgrzyt. Woolet Tracker jest produktem naprawdę udanym. W skórzanej obudowie (do testów wybrałem brązową, ale jest jeszcze czarna) wygląda naprawdę świetnie i z przyjemnością używa się go i nawet patrzy na niego. Do tego jest produktem bardzo dobrze działającym i ułatwiającym życie zapominalskim takim jak ja. A jeśli dodać do tego uniwersalność. lista pochwał staje się naprawdę długa.

Niemal perfekcyjnej oceny nie burzą nawet drobne wpadki z fałszymi (nielicznymi!) powiadomieniami. Burzy ją... cena. Woolet Tracker kosztuje bowiem - uwaga - 356,06 zł.

I trochę nie wiem, jak podejść do tej ceny. Z jednej strony to świetny, uniwersalny produkt, do tego wykonany ze świetnych materiaów, który pozwoli nam potencjalnie zaoszczędzić dużo więcej pieniędzy (i nerwów) niż sam kosztuje, chroniąc przed ewentualnym zgubieniem wielokrotnie droższego sprzętu. Z drugiej strony to cena, przy której produkt staje się - przynajmniej dla mnie - czymś, o co zaczynam się już powoli martwić. A że się gdzieś przypadkiem popsuje, a że go gdzieś przypadkiem zgniotę, etc, etc. Nie mówiąc już o tym, że kupienie Woolet Trackera dla każdego przedmiotu, który na niego zasługuje, jest po prostu poza moim budżetem.

Kwestię tego, czy warto wydać tyle pieniędzy na Woolet Trackera, pozostawiam więc do samodzielnej oceny każdemu z zainteresowanych. Jeśli jednak ktoś zdecyduje się na taki zakup, jestem prawie pewien, że nie będzie nim rozczarowany.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst