Media  / Felieton

Ile warte jest życie Kamila Durczoka? 500 tysięcy złotych

101 interakcji
dołącz do dyskusji

Wyobraź sobie, że pewnego dnia jeden z największych tygodników w Polsce pisze, że jesteś przestępcą seksualnym, a ponadto sugeruje, że jesteś też narkomanem, zboczeńcem, lubisz od czasu do czasu pohasać w butach na obcasie, rozmiar 47, a jakby tego było mało oglądasz takie filmy o koniach, że... No, w każdym razie nie jest to My Little Pony. 

Po czymś takim nie ma przyszłości, niezależnie od tego czy jesteś politykiem, sportowcem, nawet mało istotnym członkiem społeczności lokalnej, a przede wszystkim - czołowym politycznym dziennikarzem w kraju.

Tak też się stało w praktyce, Kamil Durczok poszedł na urlop chwilę po pierwszej z publikacji na łamach Wprost i więcej na antenie TVN go nie widzieliśmy. Jakiś czas później w stacji przeprowadzono wewnętrzne śledztwo, a w wyniku jego ustaleń nie zdecydowano się na kontynuowanie współpracy, tylko rozstanie za porozumieniem stron.

Nie było więc szans na kontynuowanie współpracy, zwłaszcza, że w tle pojawiał się nowy inwestor ze Stanów Zjednoczonych, który chciał mieć czystą kartę.

Sprawy mobbingu i molestowania seksualnego w TVN to wewnętrzne sprawy stacji, które nie były przedmiotem wyroku będącego bezpośrednią inspiracją niniejszego wpisu. Z przecieków raportu TVN opublikowanych przez... uczestników sporu (obecnie Kulisy24) wynika, że Kamil Durczok został uznany jako "winien dwóch czynów molestowania seksualnego". Takie raporty jednak cieszą się swoją własną specyfiką, zwłaszcza gdy patrzy cała Polska. Ja wolę poczekać na prawomocny wyrok sądu w tej sprawie, gdzie za sprawiedliwość odpowiada niezawisły sąd, a nie kalkulująca własne interesy stacja.

Z kolei w zakresie mobbingu dziennikarz tłumaczył się, że jest cholerykiem i czasami ze swoimi współpracownikami komunikował się w nieco bardziej dosadnych słowach (psychoterapeuta Rurka uzbierał już ponoć na Ferrari). Ale ja współpracuje z mediami od 15 lat, poznałem je od strony dziennikarzy, pr-owców i prawników. To bardzo specyficzna branża, a już zwłaszcza na samym szczycie. Tam nie ma miejsca, ani czasu na uprzejmości. Często niewyspani, znerwicowani gwiazdorzy serwisów informacyjnych nie mają czasu na budowanie aksamitnej więzi z zespołem, a język wulgarny, momentami agresywny, bywa niestety językiem branżowym. Taka specyfika zawodu.

Nie znam Kamila Durczoka osobiście, nie chcę też budować tekstu w oparciu o plotki, które dochodziły do mnie nieoficjalnymi kanałami. Nie twierdzę też, że redaktorzy Wprostu napisali nieprawdę. Odniosłem jednak wrażenie, że po pierwszych szokujących publikacjach na temat mobbingu i molestowania seksualnego temat w tamtym czasie trochę wymknął im się z rąk, potencjalna sprzedaż tygodnika przesłoniła myślenie. Roman Giertych nabijał się swego czasu, że przyłapał ekipę Wprostu grzebiącą w jego prywatnym śmietniku.

I wydaje mi się, że ten - nazwijmy to eufemistycznie - prywatny śmietnik jest jednak granicą ingerencji mediów.

Natomiast w kwestii drugiego artykułu, którego dotyczyła rozprawa... To co Kamil Durczok robił za zamkniętymi drzwiami powinno pozostać jego prywatną sprawą. Zwłaszcza, że dziennikarze w wątpliwym stopniu uprawdopodobnili jego związki ze znalezionymi narkotykami czy materiałami o charakterze zoofilskim. Trochę tak, jakby ktoś zrobił przeszukanie w taksówce, którą ponoć jechaliście i znalazł wciśniętego między fotele skręta i egzemplarz "Dzieci z Bullerbyn", a potem ogłosił całemu światu, że prawdopodobnie jesteś narkomanem i pedofilem.

Kiedyś pracowałem w sądzie, sprawy polityków i znanych osobistości kotłowały się jedna za drugą. I zapytałem jedną ze starszych, uznanych sędzi - dużego autorytetu w lokalnej placówce - czemu tak pobłażliwie traktują np. bzdury wypisywane przez Fakt albo Pudelka? Rozłożyła bezradnie ręce stwierdzając, że wyroki opiewające na wyższe kwoty doprowadziłyby do ich bankructwa.

Wprost raczej nie zbankrutuje, w pierwszej ze spraw wprawdzie zasądzono tytułem odszkodowania na rzecz Kamila Durczoka kwotę 500 tysięcy złotych (z dochodzonych dwóch milionów, a w sumie w różnych sprawach dziennikarz dochodzi dziewięciu). Sprawa, w której został wydany wyrok nie dotyczyła molestowania i mobbingu w TVN, tylko - jak wyjaśnia Sylwester Latkowski - kwestii "mieszkaniowej". Redaktorzy Wprostu narzekają też, że sprawa przybrała kuriozalny charakter i ignorowano wszystkie ich wnioski dowodowe, a w konsekwencji zapowiadają apelację.

Wyobraźmy sobie, że pewnego dnia dowiadujemy się, że znany polityk prawdopodobnie molestował koleżanki z pracy.

Czy to jednak uprawnia nas do wchodzenia za zgodą wynajmującego, ale nie najemcy, do mieszkań jego znajomych i ferowania najodważniejszych wyroków na podstawie rzeczy, które tam znaleźliśmy? W mojej ocenie nie, niezależnie od tego, ile było w tym prawdy. I z tego powodu najprawdopodobniej także po apelacji Wprost zapłaci za sprawę mieszkaniową, choć w świetle publicznie dostępnych informacji i wspomnianego już wcześniej raportu wydaje się faworytem sporu o mobbing w TVN-ie. I to by chyba były, w obu wypadkach, dobre rozstrzygnięcia.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst