Tech / Felieton

Dr Weirdshit, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem sztukę współczesną

117 interakcji
dołącz do dyskusji

Wiele razy pisałem obraźliwe teksty pod adresem sztuki współczesnej. Posunąłem się nawet do dosłownego porównania jej do psich ekskrementów. Było to bardzo niedojrzałe z mojej strony. Aby jakoś się zrehabilitować, postanowiłem lepiej zrozumieć nowoczesnych artystów i samemu zostać jednym z nich. Anonimowo. Oto, jaką karierę zrobiłem w świecie sztuki pod wiele mówiącym pseudonimem Dr Weirdshit.

Zdecydowałem się tworzyć sztukę konceptualną. Moją idolką zawsze była Yoko Ono. To artystka totalna. Wiedział to już John Lennon, który żeniąc się z nią w roku 1969 zapewnił sobie ogromną, międzynarodową sławę i stałe miejsce w panteonie współczesnej kultury masowej. Niestety samemu nie był w stanie osiągnąć wiele więcej poza pożałowania godną, krótkotrwałą rozpoznawalnością wśród opętanych przez Szatana, rozwrzeszczanych nastolatek. Prawdziwe pieniądze i zaszczyty daje jedynie sztuka konceptualna.

Chciałem być jak Yoko. Moim pomysłem na to było skopiowanie jej największych dzieł sztuki. A jak powszechnie wiadomo, największym z jej dzieł sztuki jest legendarne wykonanie piosenki Katy Perry pt. “Firework”. Kto wie, o co chodzi, ten wie, o co chodzi. Poszedłem więc do Muzeum Narodowego z przenośnym zestawem do karaoke i rozstawiłem się w sali, gdzie wisi “Bitwa pod Grunwaldem” Matejki. Koncept na performance był prosty i genialny: śpiewem zilustrować przedstawione na obrazie wydarzenie. Śmierć i życie, walkę dwóch armii. Rzężenie umierających i okrzyki mordujących. Stukot końskich kopyt po czaszkach Krzyżaków. Otwieranie zbroi Wiekiego Mistrza scyzorykiem do konserw. Głuchy jęk jebnięcia o glebę komtura brandenburskiego Markwarda von Salzbacha.

Stanąłem naprzeciw ogromnego płótna i włączyłem wzmacniacz. Poleciał podkład: Taylor Swift – I Knew You Were Trouble. Taką muzykę wybrałem, bo w jest w niej wszystko: elektryczne gitary i dubstep. Anielskie harfy, organy i krowie flaki na drucie kolczastym. To właśnie chciałem oddać swoim śpiewem, tę postmodernistyczną, odwieczną dychotomię. Zacząłem więc krzyczeć do mikrofonu:
– Aaa, aaa, aaa!
A jakaś nauczycielka, która prowadziła wycieczkę szkolną, zatrzymała się w wejściu i powiedziała:
– Dzieci, wychodzimy szybko.
Krzyczałem więc głośniej:
– Aaa, aaa, aaa!
A strażnik muzealny obudził się na taborecie i również zaczął krzyczeć:
– Zamknij pan ryj!
Na co ja odpowiedziałem nową zwrotką:
– AAA, AAA, AAA! AAAAAAA, AAAAAAA! A! A! A!
Z sąsiednich sal przybiegły sprzątaczki w kapciach. Zaczęły szturchać strażnika kijami od mopów:
– Weź pan wyprowadź tego idiotę.
Na co ja zaśpiewałem im:
– AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
Strażnik wyjął zza pasa paralizator, obrócił go w rękach, pomacał z każdej strony, wreszcie znalazł włącznik, włączył go, nacisnął guzik, poraził się sam prądem, puścił z wrażenia bąka i upadł bez tchu na podłogę. Krzyknąłem do niego:
– AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
Ale już nie słyszał. Wynieśli go, wachlując się folderami o Malczewskim. Ktoś dzwonił na policję, ktoś robił zdjęcia na Instagrama.

Sztuka konceptualna działała na ludzi, to było widać. To było czuć. Ale miałem jeszcze jednego asa w rękawie.

Poprosiłem przed występem mojego asystenta, poetę Anda, aby w kulminacyjnym momencie performance’u wprowadził do sali kozę, którą uprzednio zakupiłem na bazarze i wystylizowałem na Yoko Ono. Miała ciemne okulary na pysku, czarny kapelusz na łbie i wszystko. Była gotowa. Dałem więc znak, a do sali z Matejką wbiegła spuszczona ze sznurka koza z mikrofonem na obroży i zaczeła beczeć razem ze mną:
– MAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
– AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
– MAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
– AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
Tak śpiewaliśmy o Grunwaldzie. Tak się tworzy sztukę. Na przekór. Na pohybel drobnomieszczaństwu. Będąc niezrozumianym. Zaszczutym.

Przyjechała policja. Wyprowadzali nas: mnie i kozę Yoko. Mnie założyli jedne kajdanki, jej dwie pary. Ciągnęli nas do radiowozu jak zwierzęta. Przez kordon policji przebijali się reporterzy. Zwyciężyliśmy. Ja i koza Yoko. Byliśmy już sławni.
– Jak pan się nazywa? – pytali dziennikarze, podtykając nam mikrofony największych telewizji.
– Doktór Weirdshit – mówiłem.
– Co to znaczy?
– Dzikie gówno.
– Jak pan określi swoją sztukę w dwóch słowach?
– Właśnie tak.
– A pańska koleżanka to nie jest może Yoko Ono?
– To ona.
– Co pani nam powie o współczesnej sztuce, pani Ono?
– MAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!

[Mrozinski]

[stock]

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst