Gry  / Felieton

Lepiej już było. Gram w Battlefielda 4, bo nie mam wyjścia. Sieciowe strzelaniny zeszły na psy

246 interakcji
dołącz do dyskusji

-Tylko pięć złotych, no weź, pięć złotych!” – prosiłem matkę, skacząc wokół niej jak szympans. Zaraz potem wybiegałem z mieszkania, pod którym czekali na mnie znajomi. Pędem puszczaliśmy się w kierunku kafejki internetowej. Byle tylko wszystkie stanowiska były wolne, byle zagrać godzinę w Medal of Honor po LAN-ie. Dzień w dzień, niesamowita batalia w realiach drugiej wojny światowej nie miała końca. Sądziłem wtedy, że wraz z rozwojem technologii będzie jedynie lepiej. Bzdura.

Miałem przywilej bawić się w złotym okresie sieciowych strzelanin. Wiecie, Unreal Tournament ze swoimi odjechanymi mapami. Quake 3 Arena z eksplodującymi modelami postaci i paskudnie rozpikselowaną krwią. Dodatek Spearhead do Medal of Honor – no przecież to było coś niesamowitego. Zupełnie nowa skala, zupełnie nowa jakość. Po prostu bajka. Czuło się, że branża galopuje do przodu w zastraszającym tempie.

„Za moich czasów” Call of Duty nie kojarzyło się z haterami przezywającymi twoją matkę. Kojarzyło się z rewolucją pośród sieciowych strzelanin oraz drugowojennych FPS-ów.

Wersję demonstracyjną pierwszego Call of Duty przeszedłem kilkadziesiąt razy. Do teraz pamiętam tę lokację. Wystarczy zamknąć oczy. Europa, chyba Francja. Ciemna noc. Zielone pole uprawne usiane lejami po wybuchach. Tu i tam leżą miny. Razem z resztą drużyny dobiegało się do drewnianego płotu, chowając przed ogniem ze stacjonarnego karabinu maszynowego. Nieopodal mieściła się stacja kolejowa. Później wchodziło się w głąb pięknego, chociaż zrujnowanego wojną miasteczka.

Mapa Carentan z pierwszego Call of Duty
Mapa Carentan z pierwszego Call of Duty

Spędziłem tygodnie, o ile nie miesiące na serwerach pierwszego Call of Duty. Carentan, Bocade, Chateau, Dawnville (moja ulubiona), Depot, Harbor, Stalingrad, Railyard – mogę rzucać nazwami map jak z rękawa, nawet po 13 (!) latach od premiery gry na komputerach osobistych. Razem ze znajomymi graliśmy w profesjonalnej lidze. Sponsor ufundował nam serwer, koszulki i inne głupoty. Wtedy miało się wrażenie, że zdobyliśmy złote góry. To była naprawdę wspaniała przygoda, okupiona tragicznym pingiem, szumem starych komputerów i widokiem nieporęcznych ekranów CRT.

Dzisiaj Call of Duty to symbol wszystkiego, co złe w sieciowych strzelaninach. Medal of Honor nie istnieje, o Unrealu wszyscy zapomnieli, a Quake został zamieniony w gierkę z przeglądarki internetowej.

Nie jestem zbyt sentymentalny. Z grania na PC przerzuciłem się na konsole, ze względu na wygodę, łatwość i przystępność. Mimo tego, wciąż uwielbiam sieciowe strzelaniny. Jak widać na takich przykładach jak Call of Duty czy HALO, znaczna część fanów internetowych zmagań również przeniosła się na konsole. Tam kontynuuje swoją przygodę w ligach, turniejach i federacjach. Sam jestem już za stary i zbyt wygodny na e-sport, ale wciąż nie mam nic przeciwko solidnej rywalizacji. Nawet z analogami pod palcami.

Problem polega na tym, że… nie mam nowej gry dla siebie. Z całą branżą sieciowych strzelanin stało się coś bardzo, bardzo złego. Kolejne produkcje nie stawały na wysokości zadania i nudziły się po kilku, maksymalnie kilkunastu dniach. Wystarczy spojrzeć na konsolowe produkcje tego typu, jakie zostały wydane w 2015 i 2014 roku.

Medal of Honor - kreator sieciowego awatara
Medal of Honor - kreator sieciowego awatara

Jeżeli chodzi o sieciowe strzelaniny, ostatnie lata to dramat i dno mułu. Doszło do tego, że najlepsza gra tego gatunku została wydana na… Nintendo Wii U.

Kolejne odsłony Call of Duty są ciekawe i coraz bardziej atrakcyjne wizualnie, ale mechanika stanęła w miejscu. O ile się nie cofa. Konflikt przyszłości, w którym mierzy się ze sobą do 16 graczy to jakiś żart. Wieloosobowa rozgrywka w Call of Duty to nieustanna bieganina po ciasnych korytarzach i strzelanie z bliskiej odległości. Gracze przypominają małpy, które skaczą wokół siebie, pociągając wokół siebie i przeładowując bronie. Gdzie skala? Gdzie zróżnicowanie?

W nowych Call of Duty najlepszą bronią snajperską dalej jest karabin maszynowy, a wszyscy bardziej zachowawczy gracze wyzywani są od camperów. Ponieważ nie biegają w kółko jak idioci. No ba, bo przecież na prawdziwej wojnie właśnie tak zachowuje się typowy żołnierz – biega jak kretyn bez celu, byle nie stać w miejscu dłużej niż 5 sekund.

Chyba zgodzicie się ze mną, że próbę reanimacji serii Medal of Honor najlepiej przemilczeć. To nie jedyna marka, którą EA wskrzeszało z umiarkowanym sukcesem. Drugą jest Battlefront. O ile niedzielni gracze będą przy tej produkcji zachwyceni, weterani sieciowych starć nie mają już czego szukać. No, nie licząc kapitalnej oprawy wizualnej. Mechanika stojąca za Battlefrontem jest tak banalna i prosta, że przyznało to samo szefostwo Electronic Arts. Klasyczny efekt tego, gdy robi się produkt dla każdego.

Wersja beta Battlefield™ Hardline_20150204110128

Idźmy dalej – Battlefield. Doszło do niesamowitej sytuacji. Więcej osób gra w Battlefielda 4 z 2013 roku, niż w Hardline z 2015. Momentami nowa gra EA nie posiada pełnych serwerów na PC, przez co rozgrywka staje się niezwykle dołująca. Gdy społeczność wraca do produkcji sprzed trzech lat, zamiast grać w najnowszą odsłonę serii, coś musi być na rzeczy. Sam jestem wśród tych ludzi. Sam kupiłem Battlefield 4 Premium na styczniowych wyprzedażach w PS Store, płacąc niewiele ponad 80 złotych. Powód? Nie mam po prostu lepszej alternatywy.

To bardzo wymowne, że najbardziej grywalną strzelaniną całego 2015 roku okazał się Splatoon na Wii U. Gra, w której grafika nie rzuca na kolana, za to rozgrywka jest tak kapitalnie zbalansowana i przemyślana, że nie da się odejść od konsoli Nintendo. Splatoon zjada na śniadanie i Battlefielda: Hardline, i Battlefronta, i futurystyczne Call of Duty.

Jak to możliwe, że tak wspaniałe, wielkie i rozpoznawalne marki uległy korozji?

Sam zadaję sobie to pytanie, wracając do mapy Kaspijska Granica w czwartym Battlefieldzie. Mam wrażenie, że każdej wiodącej serii potrzebny jest jakiś gigantyczny restart. Powrót do korzeni. Być może do drugiej wojny światowej. Do mechaniki, w której nie jest ważny plecak odrzutowy, ale kluczowe jest zachowanie i dźwięk broni. Odpowiedni klimat. Przemyślane mapy, w których coś dla siebie znajdą nie tylko wariaci biegający na oślep ze strzelbami.

sieciowe strzelaniny druga wojna swiatowa

Mam wrażenie, że zamiast wymyślać kolejne futurystyczne, laserowe pukawki, twórcom z DICE, Treyarcha, Infinity Ward, Sledgehammer Games i innych studiów przydałaby się długa wizyta na strzelnicy. Ponowne odkrycie, co daje największą frajdę w strzelaninach. Nie jest to ani zdobywanie kolejnych skórek do broni, ani różnokolorowych uniformów, ani emotek, na które nikt nie zwraca uwagi. Chodzi o *bang*, chodzi o przemyślane pole bitwy, o odrzut broni, o klimat. O detale w mechanice, po których da się rozpoznać naprawdę dobrych producentów.

Rzygam kolejnymi „kopiuj – wklej”, coraz bardziej uproszczonymi strzelaninami. Chciałbym, aby 2016 rok przyniósł w tej materii jakąś wielką zmianę. Niestety, póki co nic jej nie zapowiada.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst