Tech  / Felieton

Uber jest na ustach całego świata, a u nas nikogo ani nie ziębi, ani nie parzy

Najbardziej kontrowersyjny dziś chyba startup na świecie. Od Tajlandii, przez Indie, aż po Hiszpanię, o amerykańskich miastach ze wschodniego i zachodniego wybrzeża Ameryki nie wspominając - Uber jest na ustach całego świata. Ale nie w Polsce. U nas nikogo ani nie ziębi, ani nie parzy.

40 mld dol. - na tyle dziś wycenia się Uber, serwis społecznościowy i quasi-taksówkowy zarazem. To jeden z najszybszych wzrostów wartości jakiegokolwiek podmiotu związanego z internetem w jego historii.

Gdyby tak wczytać się w to, co piszą amerykańscy komentatorzy, to można by odnieść wrażenie, że Uber jest czymś w rodzaju mesjasza rynku transportu i komunikacji. Gdyby tak prześledzić to, co dzieje się wokół Ubera na świecie, to można by pomyśleć, że wzbudza on kontrowersje na tyle duże, że wymiata ludzi na ulice w protestach.

Prześledźmy informacje z kilku ostatnich tygodni.

W połowie listopada wiceprezes Ubera grozi amerykańskim dziennikarzom i blogerom, że może „grzebać w ich brudach”, co oczywiście powoduje kilkutygodniową gówno burzę w mediach.

Na początku grudnia władze indyjskie zbanowały Ubera, po tym, jak jeden z kierowców Ubera zgwałcił przewożoną przez siebie pasażerkę. W rezultacie wybuchły kolejne społeczne protesty w tym niespokojnym kraju, które skutkowały kilkoma podpalonymi samochodami Ubera.

Podobna sytuacja miała miejsce w Tajlandii - tam również oskarżono jednego z kierowców o gwałt, a władze pospiesznie uznały, że amerykański serwis do zamawiania przejazdów samochodem online działa nielegalnie. W lokalnych mediach zawrzało.

Dodajmy do tego problemy w Kolumbii, Argentynie, Hiszpanii (sąd uznał działalność Ubera w całym kraju za nielegalną), Holandii, a mamy obraz globalnej zawieruchy powodowanej przez gorący amerykański startup.

Z kolei w rodzimych Stanach Zjednoczonych kolejne miasta pozywają Ubera o nielegalne działania - po Portland, na drogę sądową wkroczył Oregon.

Brzmi to wszystko jak jakaś totalna światowa zawierucha wywołana skandalizującym i łamiącym status-quo podmiotem.

Tymczasem w Polsce na temat Ubera cisza.

Jak makiem zasiał. Trochę media pokrzyczały przy debiucie Ubera w Polsce (my też) - że nadchodzi rewolucja, że lokalni taksówkarze mogą się już pakować, że nadchodzi nowa amerykańska usługa, która zmieni wszystko.

Tymczasem w kilka miesięcy po głośnym debiucie Ubera w Warszawie nikt o serwisie już tu nie mówi. W mieście, w którym pewnie codziennie na ulice wyjeżdża kilkadziesiąt tysięcy taksówek, nie jeździ więcej niż kilka samochodów Ubera. Nikogo nie uwierają. Nikt też nie wygłasza na ich cześć peanów.

* zdjęcie główne: Shutterstock

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst