Tech  / Felieton

Piotr Lipiński: KAPITAN ŻBIK, czyli kosmiczne dzieciństwo

Kilka lat temu myślałem, że tablety przeniosą mnie w świat dzieciństwa. Obawiam się jednak, że nie miałem racji. W ogóle nie byłem wtedy cyfrowy.

Wymyśliłem sobie tak: tablety powinny świetnie nadawać się do czytania komiksów. A to było jedno z moich ulubionych zajęć, gdy byłem nastolatkiem.

Moje dzieciństwo bywało szalenie kolorowe. Pod warunkiem, że dorwałem właśnie jakiś komiks. Wtedy wreszcie „coś się działo”. Bo poza tym, w małym miasteczku w środku PRL-u było nudno jak dziś, gdy ktoś probuje znaleźć coś do obejrzenia w telewizji.

Nie zawaham się do tego przyznać: jednym z idoli moich dziecięcych lat był kapitan Żbik. Sztandarowa postać ówczesnych rodzimych komiksów. W socjalistycznym kraju w komiksach nie pojawiali się fruwający nadludzie, jak Superman czy Iron Man. Jedynym, który wzbijał się w przestworza, był „Pilot śmigłowca”.

Wtedy w kinach nie można było obejrzeć nawet przygód Jamesa Bonda, ponieważ ten nie przepadał za Związkiem Radzieckim.

Pierce Brosnan James Bond

Dlatego właśnie milicjant, kapitan Żbik był naszym Supermanem. I co z tego, że powstał na skutek propagandowego pomysłu, aby wśród młodzieży ocieplić wizerunek milicji? Ważne było, że każdy kolejny zeszyt przenosił w świat niezwykłych wydarzeń.

Milicjant miał się dziecku dobrze kojarzyć - i to się udało w sposób nadspodziewanie udany (dopóki oczywiście to dziecko nie oberwało „pałą”). A jeszcze na końcu każdego zeszytu można była przeczytać dydaktyczną opowieść o ludziach odznaczonych medalem „Za ofiarność i odwagę”. I już każdy tak jak oni chciał ratować tonących albo wyciągać z pożarów. Ze „Żbikiem” było jak z serialem „Czterej pancerni i pies”. Jedno i drugie dalekie od prawdy, jedno i drugie służące socjalistycznej propagandzie, ale też jedno i drugie znakomicie zrobione.

Po latach nie mam wątpliwości, że te PRL-owskie komiksy wciskały propagandowy kit.

Ale nadawały się do czytania, w przeciwieństwie do bełkotu „Trybuny Ludu”. Dziś więc doceniam warsztat tych, którzy wówczas tworzyli komiksy.

Ale w pewnym sensie to nie tylko zasługa samych twórców. Bo gdyby w komiksach przedstawiano najnudniejsze na świecie obrady Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, to też uznałbym je za ciekawe. Komiks był po prostu trochę z innego świata, z trochę innego wymiaru i czasoprzestrzeni.

kapitan żbik komiks

Komiksy - wszystkie, nie tylko „Żbik”” - z jednej strony ukazywały się w legalnych wydawnictwach, ale z drugiej były oficjalnie uważane za coś gorszego. Wszystkie, jako forma literacko-rysunkowa, zbierały fatalne recenzje w prasie. A ze „Żbika” nabijał się nawet Stanisław Barańczak w „Książkach najgorszych”. Generalnie cały ten świat dorosłych uznawał komiksy za coś beznadziejnego, mieszającego młodym w głowach.

Z komiksami więc było trochę tak, jakby legalne wydawnictwa publikowały coś nielegalnego. Komiks przez wiele lat przecież uchodził za przykład zdemoralizowanej zachodniej kultury. A jednak można go było czasami kupić w kiosku „Ruchu”.

Komiks był czymś takim jak dżinsy-wycieruchy z Pewexu. Potępiane i pożądane.

Nigdy nie zastanawiałem się, czy komiksy mają jakieś walory artystyczne. Nie potrafiłem się zachwycić czy zniesmaczyć kreską rysownika. Nawet mi do głowy nie przyszły jakieś związane z tym rozterki. Wszystkie komiksy uznawałem za dobre i ciekawe. Nawet te opowiadające o dzielnych bojownikach Armii Ludowej. Pochłaniałem losy „Czwartaków” - to taki oddział - choć po latach pamiętam tylko, że na końcu walczyli ze złowieszczym hitlerowskim Wehrwolfem. Może dlatego potem lubiłem grać w Wolfensteina?

Absolutnym, ponadczasowym hitem był „Tytus, Romek i Atomek”. To już całkowite mistrzostwo wszechświata. Charakterystyczne, wydłużone zeszyty nigdy się nie nudziły. Specjalnie kupowałem też „Świat Młodych”, który drukował ich przygody w odcinkach.

Te wszystkie moje bezkrytyczne zachwyty wynikały po części z tego, że na każdy zeszyt z komiksami trzeba było polować. Znikał z kiosków tak szybko jak mięso ze sklepów. Kiedy więc już jakiś z trudem dorwałem, to trudno, żeby mi się nie podobał.

Wgapianie się w wystawy kiosków „Ruchu” to było zresztą jedno z moim ulubionych dziecięcych zajęć.

Świat za szybą był zawsze niezwykły. Taka tajemnicza wyspa wśród codzienności. Pewnie sprawiały to kolorowe zdjęcia na okładach czasopism.

Ze szczególny utęsknieniem wypatrywałem dwóch serii - „Relaxu” i „Alfy”. W „Relaxie” było zawsze kilka różnych komiksów. Do dziś pamiętam złowieszczą trupią czaszkę na czapce Reinharda Heydricha. Sięgał po swoje parabellum, kiedy czechosłowaccy żołnierze dokonywali na niego zamachu. Czaszka na kolejnych rysunkach była coraz większa. Jaki to wspaniały sukces rysownika, że pamiętam takie kadry sprzed dziesiątek lat!

Ale najlepsza z tamtych lat pozostaje dla mnie bezapelacyjnie „Alfa”. To najbardziej ekskluzywny magazyn komiksowy tamtej epoki. Drukowany na najlepszym papierze, choć niestety obarczony taką przypadłością, że potrafił się rozpadać na pojedyncze kartki.

To wszystko i tak nie miało znaczenia. „Alfa” mogła się rozpadać, mogłaby być nawet drukowana na najgorszym papierze, ale łączyła dwa cudowne światy: komiksu i fantastyki naukowej. Takiej prawdziwej, o podróżach w kosmos, a nie o jakiś facetach machających mieczami i zaklęciami.

Pewnie przez „Alfę” - choć zapewne jeszcze bardziej przez Stanisława Lema - koniecznie chciałem polecieć w kosmos.

lot w kosmos

Pilot rakiety - to byłby świetny zawód. Ale zamiast mnie z Polaków poleciał tylko Hermaszewski i nic nie wskazywało, że to się w najbliższej przyszłości zmieni.

Ja więc tymczasem latałem codziennie do kiosku czekając na kolejny numer „Alfy”. A ta ukazywała się - uwaga - średnio raz do roku! To jakiś kosmos, każdy by dziś podsumował. Przecież to był zwykły magazyn komiksowy, a nie jakaś potężna saga książkowa. Kto by dziś kupował rozrywkowe czasopismo, które ukazuje się raz do roku? Na dokładkę nie wiadomo, kiedy dokładnie. Kto by w ogóle pamiętał o takim tytule?

Ale na komiksy po prostu w PRL-u brakowało papieru.

Co nie było zresztą czymś nadzwyczajnym. Brakowało go też na książki, poza przemówieniami Lenina. Że o niedoborach papieru toaletowego nie wspomnę.

Dziś więc powinienem cieszyć się niezmiernie, że nawet nie muszę chodzić do kiosku, aby kupić jakiś komiks. Wystarczy kilka kliknięć na tablecie.

Niestety - kiedy próbuję przeczytać jakiś komiks na iPadzie albo Nexusie, odrzuca mnie po kilku minutach. Czy komiksy przestały mnie interesować? Czy może jednak tablety nie bardzo nadają się do kolorowych historii?

Bez problemu na Kindle czytam ebooki. W książkach interesuje mnie zwykle tylko treść. Doceniam ładne edytorsko papierowe wydania, ale mogę się bez nich obejść. A w przypadku komiksów – nic z tego. Nie mogę znieść formy, rozmiaru, który zawsze jest taki sam. W końcu z dzieciństwa pamiętam, jak bardzo różnił się pod względem rozmiarów „Żbik” i „Alfa”.

Oczywiście dziś mógłbym po dawnemu, ale bez wyczekiwania pod kioskiem, kupować papierowe wydania. Jednak na to mam już w domu za mało miejsce. Zdaje się więc, że komiksy pozostaną tylko wspomnieniem z dzieciństwa.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach.

Autor kilku książek, między innymi „Geniusz i świnie”, „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”.

Bloguje na piotrlipinski.pl. Żartuje na twitter.com/PiotrLipinski. Nowa książka „Absurdy PRL-u” w wersji papierowej oraz ebookowej.

Mozaiki grafik z "Kapitanem Żbikiem" oraz "Tytusem, Romkiem i Atomkiem" są zrzutem ekranu wyników wyszukiwania Google. Pozostałe grafiki pochodzą z Shutterstock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst