Tech  / Felieton

Czy jestem piratem, obchodząc blokady regionalne?

286 interakcji
dołącz do dyskusji

Blokady regionalne występują w różnych postaciach. W postaci fizycznej (np. w formie regionów zakodowanych na płytach DVD), jak i w postaci wirtualnej (w formie zablokowania dostępu do usług, jeśli usługobiorca łączy się z "niewłaściwego" adresu IP). 

Blokady te są z nami już jakiś czas. Na tyle dużo, że wielu z nas pogodziło się z ich istnieniem. Ot, na przykład, gdy pisałem o sposobach ich ominięcia (i zapłacenia za usługę, która normalnie jest u nas niedostępna), byłem nazywany w komentarzach... piratem. Zupełnie tak samo, jakbym próbował otrzymać coś, za co nie zapłaciłem. Często ten sam komentujący przyznawał się do ściągania filmów z Internetu "bo to przecież legalne". Jak widać, wpojono nam dość dziwny sposób myślenia. Skąd się wziął?

Skąd wzięły się tego typu blokady?

Kto pierwszy wpadł na pomysł zablokowania swoich treści przed użyciem ich w innym regionie? Próbowałem prześledzić historię tego typu blokad - byłem pewien, że sięga ona dalej niż historia płyt DVD. I okazało się, że miałem rację.

Pierwszym przykładem celowego użycia technologicznej blokady była konsola NES (Nintendo Entertainment System), znana również jako Famicom. Japońskie kartridże po prostu nie pasowały do amerykańskich i europejskich konsol (choć rynek nie znosi próżni, i od razu pojawiły sie przejściówki).

NES-Console-Set
Nintendo Entertainment System - pierwsza konsola z blokadą regionalną (fot. Wikipedia)

Dodatkowo, kartridże zablokowane były na poziomie oprogramowania - dzięki wbudowanemu czipowi 10NES konsola była zablokowana w jednym z trzech regionów: NTSC (Ameryka Północna), PAL-A (Wielka Brytania i Włochy), oraz PAL-B (pozostałe kraje europejskie). Jeżeli czip w konsoli miał inny region niż czip w kartridżu - gra się nie uruchamiała. Czip ten usunięto w późniejszych wersjach konsol.

Od czasów NES, prawie wszystkie konsole posiadały podobny mechanizm.

Czy blokady regionalne mają podstawę w prawie autorskim?

Nie. Prawo autorskie mówi dokładnie, jakie przywileje są chronione: nie ma wśród nich prawa do decydowania GDZIE geograficznie odbiorca może odczytywać moje dzieło. Autor dzieła ma swoje niezbywalne prawa osobiste - przypisania autorstwa, nienaruszalności, etc.; natomiast właściwiel majątkowych praw autorskich ma swoje. Żadne jednak nie mówi o prawie do decydowania, gdzie może znajdować się odbiorca dzieła!

robert mcclelland
Robert McClelland, cytowany prokurator generalny Australii.

Nadal można kupić książkę w USA, i czytać ją w Polsce, mimo, że wydawca próbuje nam sprzedać dwa razy droższe tłumaczenie. Ale być może w przyszłości i to się zmieni. Nie można jednak kupić w USA DVD i odtworzyć w Polsce - tak przynajmniej chciałyby wytwórnie.

Australijscy piraci atakują

Czy widzowie obchodzący blokady regionalne faktycznie powinni być nazywani piratami?

Ponieważ możemy być zaślepieni, patrząc na nasze podwórko, spójrzmy może na inny kraj. Kraj angielskojęzyczny, który również chciałby korzystać z różnych amerykańskich usług. Ten kraj to Australia. Gdy wpiszemy w google na przykład: "netflix australia", otrzymamy mnóstwo ofert firm, które zajmują się udostępnianiem amerykańskich usług przez sieć (VPN, lub SmartDNS).

netflix_australia
Reklama usług "dostępu do Netflix" skierowana do Australijczyków.

Z Australii, moim zdaniem, pochodzi trudna do pomienięcia i zignorowania liczba subskrybentów Netflixa - płacących, przypomnę, co najmniej 8 dolarów miesięcznie.

Ta liczba to, jak się szacuje (trudno to określić, z oczywistych względów) nawet 200 tysięcy Australijczyków, płacących miesiąc w miesiąc Netflixowi i używających jakiejś metody obejścia blokady regionalnej. Oczywiście, stacje telewizyjne, sprzedające prawa Netflixowi, widzą w nich "piratów" - mimo, że co miesiąc dostają swoją działkę za użytkowanie ich treści.

Co na to prawnicy?

A co mówią australijscy prawnicy? To ciekawe, bo w 2011 o sprawie wypowiedział się sam prokurator generalny Australii, Robert McClelland. Powiedział on:

W związku z użytkowaniem przez Australijczyków VPN aby uzyskać dostęp do usług takich jak Hulu lub Netflix, biorąc pod uwagę informacje jakie mam na ten temat, uważam że nie jest to żadnym naruszeniem praw autorskich.

Jak widać, nawet urzędnik państwowy nie widzi w tym piractwa.

W zgodzie z sumieniem, w zgodzie w prawem autorskim, ale... niezgodnie z licencją

Jak widać, można być w swoim mniemaniu uczciwym i płacącym klientem, jednak w oczach korporacji pozostaje się zwykłym "piratem". Jak napisał Cory Doctorow w swoim niezwykle ciekawym wystąpieniu przed pracownikami Microsoftu (zamieszczonym w zbiorze "CONTENT" pod tytułem "Microsoft Research DRM Talk"):

Próba zrobienia z uczciwego użytkownika jeszcze uczciwszego jest jak próba zrobienia z wysokiego użytkownika - jeszcze wyższego.

Nie dajmy się więc zwariować - niech stacje telewizyjne i inni właściciele treści dojdą do porozumienia, niech wezmą nasze pieniądze na otarcie łez, ale niech nie nazywają użytkowników, którzy płacą tak samo jak inni, piratami.

Grafika główna pochodzi z serwisu ShutterStock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst