Tech  / Felieton

Piotr Lipiński: PALMTOPY NA ŚMIETNIKU, czyli jednorazowy świat

121 interakcji
dołącz do dyskusji

Nie znoszę jednorazowości. Co oznacza, że jestem kiepsko przystosowany do współczesnego świata.

Po raz kolejny przekonałem się o tym – zarówno o niechęci do jednorazowości jak i o nieprzystosowaniu - kiedy chwyciłem się zawodu hydraulika. Ręce mam po tych przeżyciach poharatane, a na palcach bąble od zaciskania rur. Efektów pracy - żadnych. To znaczy właściwie pewne by się znalazły – popsułem więcej, niż naprawiłem. A co ciekawe, wcale nie do sobie mam o to pretensję. To współczesny świat zawinił, proszę Szanownego Państwa.

W ostatnich tygodniach spędziłem dwa popołudnia w domu na próbach naprawy pewnych elementów wodno-kanalizacyjnych. Po godzinie szarpania się i używania słów powszechnie uznawanych za obelżywe, kończyło się tak samo - musiałem wezwać prawdziwego hydraulika.

(Nawiasem mówiąc, obawiam się mocno, że moje „domorosłe” naprawy doprowadzą do zniszczenia iPhone’a. Od kiedy łatwiej go używać jako latarki, nie chce mi się chodzić po „czołówkę”. Siedzę więc pod zlewem przyświecając sobie smartfonem, co skończy się utopieniem go albo przywaleniem młotkiem).

hydraulik

Kiedy wreszcie na ratunek przybywał fachowiec-wybawiciel, zaczynał swoją robotę, po czym nieodmiennie pytał:
- Panie, jak to było na początku zrobione? Przecież tego nijak nie daje się złożyć.

A ja wcale nie dziwiłem się, że niby fachowiec, a dyletanta o zdanie pyta. Bo rozwiązania były jakby specjalnie po to zaprojektowane, żeby próbując naprawić jedno, psuło się przy okazji drugie. Hydraulik orzekał w końcu za każdym razem to samo:
- Tego nie da się uratować, trzeba kupić nowe.

I pomyślałbym, że chce mnie naciągnąć, gdyby nie pewien fakt - sam już wcześniej doszedłem do takiego samego wniosku

Wywaliłem w życiu do śmieci dwa palmtopy

Po gwarancji padały w nich płyty główne, a koszt naprawy, jak nietrudno się domyślić, zbliżał się do ceny zakupu nowego urządzenia. W elektronice jeszcze łatwiej, niż w hydraulicy, dać się „wkręcić” w spiralę jednorazowości. Kiedy coś się psuje bezpowrotnie – a wiele awarii oznacza całkowitą bezużyteczność urządzenia – kupujemy nowe ciesząc się, że będzie przynajmniej lepsze. A z kranu woda wciąż będzie lecieć tak samo. Powoli podobna zasada zaczyna rządzić też rynkiem samochodów – producenci, wtłaczając do pojazdów coraz nowsze systemy polepszające bezpieczeństwo i komfort jazdy, machają do nas zachęcająco lizakiem: jeździsz już trzeci rok tym samym autem, to kup nowe, będzie fajniejsze. Znakomicie nam się rozwija świat, tylko coraz trudniej na to wszystko zarobić.

Zmieniając do dwa lata smartfona zastanawiam się: na co, u licha, wydawali pieniądze nasi rodzicie i dziadkowie, skoro nie musieli pracować na nowe telefony Samsunga i Apple? W socjalistycznej z nazwy Polsce akurat wiem, że generalnie mało co wydawali, bo i pensja wynosiła grosze – a dokładniej rzecz biorąc koło 20-30 dolarów miesięcznie.

Kult „jednorazowości” prowadzi do pytania, jakie niedawno przeczytałem w sieci: „Czy iPhone 4s wciąż jest dobrym urządzeniem?” A gdzie tam – do niczego już się nie nadaje. Internet jest w nim czarno-biały, a sms-y trzeba wykuwać dłutem.

iPhone 4s

Producenci nie muszą w swoich urządzeniach montować mitycznych czipów, które spowodują awarię urządzenia po zakończeniu gwarancji

Metoda na postarzenie sprzętu jest prostsza – darmowe aktualizacje oprogramowania. Z radością witamy każdą nową wersję systemu, nie spostrzegając, że w pewnym momencie przestaje przyspieszać, a zaczyna zwalniać nasze urządzenie. I zaczynamy pytać: czy dwuletni smartfon wciąż jest dobrym urządzeniem?

Mam głębokie przekonanie, że czy to w naszej, socjalistycznej, czy w zachodniej, kapitalistycznej rzeczywistości, świat był kiedyś dużo bardziej trwały, a nie jednorazowy. Moja babcia znalazła zastosowanie nawet dla pustych pudełek po czekoladkach, czyli czegoś, co ze swej natury było jednorazowe. Trzymała w nich dokumenty: książeczkę oszczędnościową, blankiety opłat czynszu. A ja w podobnym tekturowym opakowaniu, tyle, że po jakiejś grze planszowej, pieczołowicie chomikowałem listy od narzeczonej. Podejrzewam nawet, że znalazłbym to pudełko jeszcze gdzieś w piwnicy, bo jak wskazywał sukces serwisu Nasza Klasa, niezmiernie trudno oderwać się od miłości z dzieciństwa.

Dziś faktury za prąd przychodzą w formie elektronicznej, co należy cenić, a listy miłosne to emaile, co już niestety jest mniej, niż kiedyś romantyczne. Bity nie pachną. Wszelkie pudełka więc wędrują natychmiast do śmieci zaraz po otwarciu, bo co w nich możan przechowywać? Zresztą w końcu generalnie w swój sens istnienia mają wpisaną jednorazowość. Można chociaż mieć nadzieję, że na śmietnisku rozłożą się w miarę szybko albo zostaną powtórnie przetworzone.

Ale istnieje coś, co jest przeklętym symbolem bezsensownej jednorazowości: blister. Nienawidzę go z całego serca. Nie pojmuję, jak można używać takiego opakowania. Za każdym razem, gdy go otwieram, boleśnie ranię dłonie. Na dokładkę podejrzewam, że na śmietnisku nie zdoła się rozłożyć nawet do czasu, kiedy zgaśnie nasze Słońce. W zamian teoretycznie gwarantuje, że produkt, który kupujemy, nie był wcześniej używany, bo blister jest szczelnie zamknięty. Tak się jednak dziwnie składa, że poza producentami leków używają go przede wszystkim wytwórcy całej masy tanich rzeczy – nie widziałem jeszcze zapakowanego w blister komputera ani aparatu fotograficznego. A jakoś nieszczególne wrażenie robi na mnie fakt, że nikt wcześniej nie dotykał kupionego kabla micro USB.

W świecie filmowym zawsze istniało remedium na wszelkie potrzeby: taśma gaffer. Czy się coś zepsuło, czy trzeba było zdyscyplinować chyboczący się mikrofon albo lampę – taśma radziła sobie ze wszystkim.

Mój dziadek reperował wszystko na „zapałkę”. Jak mu się poluzowało, to upychał zużyte zapałki i sprzęt uważał za naprawiony. Rozwiązanie nie było z pewnością zbyt eleganckie, ale zaskakująco często skuteczne. Dziadek potrafił tak zreperować nawet telewizor.

A najważniejsze w tym było jedno – opłacało się coś naprawiać, a nie kupować nowe. I tym się różni teraźniejszość od przeszłości

Z objęć tego dzisiejszego jednorazowego świata wyrwał mnie niedawno mój mechanik samochodowy. Tuż przed długim wyjazdem spostrzegłem, że pod podwoziem auta dynda mi jakiś kawał blachy. Zaraz pewnie zacznie szorować po asfalcie – pomyślałem. Pojawią się za mną snopy iskier, a w końcu auto eksploduje. Na szczęście blachę dawało się unieść i upchnąć pod rurę wydechową albo coś tam innego. W każdym razie było to rozwiązanie krótkoterminowe, w sam raz, żeby dotrzeć do warsztatu.

mercedes-benz-s-class-klasa-s-w222-2014-limuzyna-silniki-hybrydowe-autonomiczne-samochody-motoryzacja_10

Pognałem do mojego mechanika pełen obaw, że cały ten blaszany element trzeba będzie wymienić i wrócę biedniejszy o kilkaset złotych. Tymczasem mój fachowiec chwycił za wiertarkę, zrobił dziurkę w blasze, przeciągnął drucik, przymocował całość do podwozia i było - nie powiem, że było jak nowe - ale po prostu: działało. Na dokładkę za całą operację nie wziął złamanego grosza. A świat ucieszył się, że na złom nie trafił kolejny kawał blachy. Po co wyrzucać coś, co może wciąż z powodzeniem służyć? Nawet, jeśli nie jest szczytem elegancji.

Z niezwykle przeze mnie lubianą trwałością wiąże się jednak istotny problem, z którym raczej nie zdołamy sobie poradzić. Wygląda na to, że życie też jest jednorazowe.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – goo.gl/ZaNek Empik – goo.gl/UHC6q oraz Amazon – goo.gl/WdQUT oraz Apple iBooks – goo.gl/5lCGN

Zdjęcia portrait of caucasian plumber at work oraz Angry Young Man pochodzi z serwisu Shutterstock

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst