Tech  / Felieton

Przecież byłam u lekarza. Internetowego!

Pewnego roku upalny Wrocław przeżywał plagę komarów. Pogryziona, w gorącu nie mogłam spać, a żadne maście, żele i inne specyfiki z apteki nie skutkowały już na swędzące ugryzienia. W środku nocy więc wygooglowałam na wpół przytomna wiele rad na temat doraźnej ulgi. Spróbowałam polecanego posmarowania miejsc pastą do zębów. Pomogło, ale ile naczytałam się przy tym bzdur, to moje.

Wybierając ten domowy sposób wyszłam z założenia, że zwykła pasta na skórze nie zaszkodzi. Natomiast przeraża mnie co innego - w Sieci, na forach, serwisach do zadawania pytań i nawet pozornie specjalistycznych stronach znajduje się masa błędnych, a nawet szkodliwych dla zdrowia informacji. Na przykład ta, że na zgagę pomaga soda oczyszczona. Może doraźnie i tak, ale stosowana dłużej może zaburzyć pracę żołądka i spowodować większe, bardziej długotrwałe problemy.

Mówią na niego Dr Google, ale to krzywdzące określenie. Dr Google nie ma z Google'em praktycznie nic wspólnego, bo jest projekcją ludzkich lęków, niechęci do chodzenia do lekarza i chęci przemądrzania się oraz pomocy innym. To przecież nie Google tworzy te treści, a ludzie. To nie w Google'u są one trzymane, a na dziesiątkach zewnętrznych stron.

zdrowie

Ale to Google służy za panel dostępu, więc to on stał się twarzą zjawiska samoleczenia.

25% Brytyjek dokonało błędnej samodiagnozy przez internet, a co gorsza kupiło lekarstwa na niewłaściwą chorobę. 35% Amerykanów diagnozowało siebie lub znajomych w Sieci, z czego 41% dostało późniejsze potwierdzenie od lekarza, 1/3 nie odwiedziła specjalisty, a 18% u lekarza dowiedziała się, że nie miała racji.

"Każdy jest w odległości około czterech stron internetowych od momentu, gdy stwierdzi że ma raka i umrze" - Rahul K. Khare.

Nabawiamy się cyberchondrii - hipochondrii internetowej. Gdybym wierzyła internetowi, to dziś wyglądałoby to tak:

-rano bolała mnie głowa - żyję w napięciu i stresie albo mam zapalenie zatok, albo infekcję wirusową. Możliwy także guz mózgu, a wiadomo, że to najlepsze i najgorsze wyjście wbija się w umysł najmocniej. Zacznę się więc stresować, że mam guza mózgu, a następnie spróbuję odstresować, bo stres powoduje ból głowy. Bez sensu;

-ostatnio jestem nieustannie niewyspana -chronicznie, można powiedzieć. Żyję więc w stresie, ale mogę mieć też WZW typu C, choroby płucne, bakteryjne, a nawet nowotworowe. A w ogóle to umrę na zawał serca, bo sypiam za krótko;

-przez dobrą godzinę bolało mnie podbrzusze. To wyrostek, a może skręt jelit?

Czytając te wszystkie objawy i skutki w internecie odechciewa mi się iść do lekarza. A jak pójdę, to pewnie źle mnie zdiagnozuję, ja wiem lepiej, bo sprawdziłam w Internecie! Jeśli potwierdzi, to jeszcze gorzej - śmierć mi bliska, nie chcę o tym wiedzieć.

Z drugiej strony wielu pacjentów zwracających się po zdrowotną radę do Internetu i odwiedzających potem lekarza uznaje swoje wizyty za bardziej produktywne. To takie dzisiejsze, zdrowotne paranoje internetowe - z jednej strony wykazujemy zainteresowanie stanem zdrowotnym, z drugiej wbijamy sobie w głowę, że treści tworzone przez często nie wiadomo kogo mają jakąkolwiek wartość i bywają lepsze, niż diagnozy lekarzy z wieloletnim przygotowaniem. Fakt - ich częsta ignorancja zazwyczaj nie pomaga.

Znalazłam za to receptę niemal idealną: zdrowy rozsądek. Sprawdza się, a wygląda tak - ponieważ o zdrowie trzeba dbać, to gdy zaczynam niepokoić się czymś, udaję się do lekarza. Dopytuję o diagnozę, a potem, ewentualnie, Google'uję sobie to, co powiedział lekarz, nie dowierzając jednocześnie praktycznie niczemu. Pocieszam się, że prędzej czy później i tak umrę, kwestia czy na wyimaginowany nowotwór, czy po poślizgnięciu się na skórce od banana i niefortunnym uderzeniu głową pozostaje wciąż otwarta.

Grafika Medicine doctor hand working with modern computer interface as concept pochodzi z serwisu Shutterstock.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst