Tech

Jest już milion aplikacji mobilnych na świecie, czyli absurd mobilności

App Store wykreował niezwykłą modę na aplikacje mobilne. Ba, otworzył nawet coś, co wielu nazywa ‚ekonomią aplikacji mobilnych’ na wzór wcześniejszej ‚ekonomii dot com’. To skutkuje tym, że nagle w mgnieniu oka otworzył się gigantyczny rynek nowej pracy dla programistów technologii mobilnych, dla nowych start-upów marzących o niesamowitych szybkich karierach. Przez moment wydawało się nawet, że rzeczywiście jesteśmy u progu wielkiej przemiany rynku technologicznego, szczególnie że Apple rozpoczął wyścig na liczbę dostępnych w mobilnych sklepach aplikacji, czym nieco wypaczył rewolucję mobilną.

Mobilewalla, firma zajmująca się analityką rynku mobilnego, poinformowała niedawno, że łącznie na najpopularniejszych platformach mobilnych (iOS, Android, BlackBerry oraz Windows Phone 7) jest już 991,5 tys. aplikacji dostępnych w oficjalnych sklepach. To oznacza, że z całą pewnością tych aplikacji jest już ponad milion, bo część już napisanych aplikacji czeka na akceptację zarządców sklepów mobilnych. Lista nie uwzględnia również platform: Symbian oraz Windows Mobile, a wiadomo, że ta pierwsza ciągle jest aktywna i powstają na nią nowe aplikacje. Bariera miliona aplikacji mobilnych na pewno więc została już osiągnięta.

Liderem wśród liczby dostępnych aplikacji jest ciągle Apple ze swoim App Store. Według Mobilewalla, App Store odpowiada za 59,6% rynku aplikacji (591,4 tys.); zaraz za nim plasuje się Android Market z 32,3% (321 tys.). Trzeci jest BlackBerry World z 4,4% (43,5 tys. aplikacji), a czwarty Windows Marketplace z 3,5% (35 tys.). Tempo przyrostu aplikacji jest gigantyczne – każdego dnia do Android Marketu zgłaszanych jest ponad 1,4 tys. aplikacji, a do App Store – 1 tys. Na rynku działa już ponad 150 tys. deweloperów technologii mobilnych.

Wygląda to więc na prawdziwy przełom biznesu technologicznego. Tyle że… coraz częściej odnoszę wrażanie, że zapomniano tu trochę o kliencie, co w prostej mierze może wkrótce doprowadzić do załamania się szybkiego trendu rozwojowego, a większość programistów technologii mobilnych może stracić pracę. Czemu? Bo tych setek tysięcy nowych aplikacji mobilnych mało kto będzie kupował. Ja już dawno przestałem fascynować się zarówno liczbą codziennie dodawanych aplikacji do sklepów, z których korzystam, jak i przestałem przeczesywać ich zawartość w celu poszukiwania interesujących pozycji. A było inaczej – jeszcze na iPhonie czekałem na kolejne wtorki rano, bo wtedy Apple aktualizował listę polecanych aplikacji w App Store. Zawsze można było znaleźć jakieś nowe, świetne aplikacje, które z miejsca wchodziły do kręgu najważniejszych aplikacji.

Dziś jest inaczej – i jest kilka powodów takiego stanu rzeczy. Najpoważniejszy z nich, który szczególnie uwidacznia się w Android Markecie oraz Windows Marketplace to… bardzo niska jakość oferowanych aplikacji i brak dobrego systemu selekcji. Zalew horrendalnie głupich i kompletnie nieprzydatnych aplikacji w tych sklepach jest zatrważający. Co więcej, zdecydowana większość takich aplikacji nie zasługuje na szczytne miano „aplikacji”. Czasami wręcz zastanawiam się jaki cel przyświecał zarówno autorowi aplikacji, jak i komuś kto daną aplikację do sklepu dopuszczał nie widząc żadnych wartości dla jej użytkowników.

Drugi problem – przesyt. Wydaje mi się, że na swoich rozlicznych smartfonach zainstalowałem już wszystkie możliwe aplikacje ze wszystkich możliwych kategorii. Mam to, co mi potrzebne, a nawet więcej – jestem zaawansowanym użytkownikiem internetowych usług w technologicznej chmurze i w związku z tym korzystam z szeregu tzw. mobilnych klientów tychże usług. Od wielu jednak miesięcy nie zainstalowałem żadnej nowej aplikacji, która weszłaby w mój codzienny nawyk korzystania z niej. Ba, nie tak dawno zweryfikowałem w dół listę aplikacji, które rezydują na pulpitach moich smartfonów, wywalając znaczną ich część, bo i tak z nich nie korzystałem. Do szczęścia jest mi potrzebnych kilkadziesiąt (lekko ponad 20) aplikacji mobilnych, a przecież należę do typu klienta „wymagający i zaawansowany”.

Nie bardzo widzę, w którym kierunku ma postępować rewolucja medialna. Owszem jest kilka aplikacji, które swoje życie zapoczątkowały jako aplikacje mobilne (np. doskonałe: Reeder, Flipboard, czy Zite), które wciąż nie mają wersji tzw. desktopowych na stacjonarne systemy operacyjne (z małym wyjątkiem na Reeder for Mac) i ich progresja w tym kierunku jest bardzo oczekiwana. W najnowszej wersji Mac OS X widać również ogólną tendencję jednolicenia interfejsów mobilnych ze stacjonarnymi i to z kierunku tego pierwszego na drugi. To jednak wciąż za mało, aby można było mówić o przełomie funkcjonalnym.

Dochodzi trochę do absurdu – z jednej strony mamy gigantyczną liczbę miliona aplikacji, z którym zapewne 90% jest kompletnie nieprzydatna, a z 50% totalnym chłamem, a z drugiej przesyt aplikacji, których naprawdę potrzebujemy. Z trzeciej strony za wolno postępuje transformacja świetnych rozwiązań interfejsów mobilnych na stacjonarne, komputerowe rozwiązania. I bądź tu mądry…

Jedno jest jednak dla mnie oczywiste – należy przestać podniecać się fetyszem liczby aplikacji dostępnych w poszczególnych sklepach. To kompletnie nieważne czy Android Market wyprzedzi App Store pod względem liczby aplikacji, a czy Windows Marketplace szybko dogoni obu liderów, bo w zdecydowanej większości te dumnie nazywane „aplikacje” są kompletnym badziewiem.

Nie mam też za bardzo pomysłu na to, co miałoby być wyznacznikiem sukcesu danej platformy mobilnej. Może ogólne zadowolenie użytkowników korzystających z aplikacji mobilnych na danym sprzęcie. Tyle, że w tym przypadku wiadomo jak będzie – sprzeczne wyniki badan w zależności od tego kto je robi…

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst