Tech

Android, chmura, prywatność, cenzura - rok minął, żadnej rewolucji nie było

Podsumowania roku może i są lekko infantylne, ale ciężko znaleźć inną okazję, która pozwalałaby na spojrzenie na konkretny okres czasu i umowne oddzielenie go od kolejnego. Rok temu nazwałam 2010 rokiem Androida. I wiecie co? W tym roku niewiele się zmieniło – Google niczym taran prze do przodu w dziesiątkach nowych smartfonów, z coraz nowszymi wersjami systemu i praktycznie tymi samymi problemami. Znaczy – umownymi problemami, czyli fragmentacją, darmowością, potencjalną konkurencją. Apple wciąż zarabia na swoich konsumentach ogromne pieniądze i każde nowe iUrządzenie jest hitem, ba, nawet udziały Windows Phone’a w rynku smartfonów nie mają na razie żadnego znaczenia – jak rok temu.

Wojna na liczbę aplikacji w mobilnych sklepach przycichła, WebOS w rękach HP zdechł i zostanie systemem open-source’owym, Symbian wciąż kona, ale ciągle jest najpopularniejszy, rynku mimo wszystko nie zalały tanie urządzenia od Huawei czy ZTE, pecety jeszcze nie zeszły, a wręcz odradzają się formie ultrabooków, kolejny rok z rzędu geolokalizacja nie stała się globalnym hitem, Facebook nie przekroczył magicznej granicy miliarda użytkowników, “curation” nie trafił pod strzechy… Mogłabym tak jeszcze długo. Rewolucji nie było. Więcej – w 2012 roku rewolucji również nie będzie! Nie będzie fajerwerków, nowych, niesamowitych i zmieniających rzeczywistość usług. Co będzie? To co w 2011. Stopniowe odmienianie nawyków i popularyzjacja pewnych trendów, która odbywa się niejako w tle.

Gdybym miała wybierać, to nazwałabym 2011 rokiem chmury konsumenckiej. Nie tej biznesowej, która istnieje już od lat, też nie tej nieświadomej, obejmującej zdjęcia na Facebooku czy jakimś serwisie hostującym. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy usługi chmurowe skierowane do coraz bardziej przeciętnych użytkowników komputerów i urządzeń mobilnych stały się jednym z głównych pół walki o klienta. Kojarzycie bitcasę, taki startup, który na TechCrunch Disrupt zebrał wiele pozytywnych recenzji i funduszy? Jego magia polega na tym, że backupuje wszystkie dane z systemu w chmurze. Na inwestorach bitcasa podziałała przyciągająco. iCloud, mimo, że ten temat już przycichł, to chyba najgorętszy temat i usługa od Apple w tym roku. Microsoft promuje Windows Phone 7 coraz lepszą integracją z chmurą, zapowiada pełną współpracę ze SkyDrive, a już zaprezentowana wstępna wersja Windowsa 8 ma być zintegrowana z chmurą do cna. Nawet Facebook załapał, że aplikacje w chmurze i sama chmura ma ogromne znaczenie i dlatego zwlekał z aplikacją na iPada i skupiał się na Projekcie Spartan, czyli Facebooku w HTML5. Nawet nie wspominając o Dropboksach, Ubuntu One, Google Music, Spotify, Amazon Cloud Drive, coraz częstszej synchronizacji urządzeń dzięki chmurze i dziesiątkach mniej lub bardziej chmurowych usługach łatwo można zauważyć, że chmura zeszła na ziemię do ludzi.

I ten proces nie odbywa się specjalnie brutalnie i na siłę – pojawiają się po prostu coraz lepsze i bardziej dopracowane rozwiązania, infrastruktura staje się coraz lepsza, a do masowego odbiorcy w końcu zaczęła docierać informacja, że chmura może być całkiem wygodna (co nie znaczy, że ten odbiorca musi zdawać sobie sprawę z tego, czym cloud computing jest). Chmura się adaptuje dzięki coraz atrakcyjniejszym funkcjom czy aplikacjom – to właśnie one mają ogromny wpływ na ten proces, bo do konsumentów łatwiej dotrzeć z informacją, że dzięki tej czy tamtej pozycji na wszystkich urządzeniach będzie miało się to samo, niż z tłumaczeniem czym chmura jest.

Drugim ważnym, choć chyba nie tak znaczącym już trendem jest rosnąca siła sieci społecznościowych i… lekki ich zastój. Dynamika wzrostu Facebooka przyhamowała na rzecz wzrostu rzeczy, którymi dzielą się użytkownicy, a na mocno nasyconych rynkach zaobserwować można nawet stagnację. Społecznościówki nie są już nowością, a codziennością i narzędziem, które coraz chętniej wykorzystują wszelakiej maści profesjonalni i domorośli marketingowcy. I to właśnie gdy opadła ekscytacja globalnym fenomenem “social media” możliwości ich zastosowania wychodzą na pierwszy plan.

Z tym wiąże się kilka niepokojących rzeczy, które dało się zauważyć w 2011 roku. Koniec z prywatnością, koniec nawet z obawami o jej poziom – globalne “społecznościowe społeczeństwo” przyjęło do świadomości, że z obaw nic nie wynika, a nawet jeśli czasem pojawi się jakiś niepokój związany z tym tematem, to nic z tego nie wynika i nic nie zmienia. Można to wręcz nazwać świadomą ignorancją i spychaniem na dalszy plan – po co przejmować się czymś, co dzieje się gdzieś tam i nie ma mocno widocznego wyniku?

Końcówka 2011 roku przyniosła za to potwierdzenie bardzo niewygodnych i lekko przerażających przypuszczeń odnośnie tego, że internet z wolnego i nieskrępowanego medium może stać się ograniczanym i jednocześnie potężnym narzędziem w rękach koncernów czy rządów. SOPA, czyli amerykański akt prawny, który może i został stworzony w dobrej wierze, wciąż jest dyskutowany i mimo mocnych sprzeciwów może wejść w życie. Dzięki niemu internet może stać się kolejnym placem zabaw dla koncernów, które zyskają władzę nad kształtowaniem krajobrazu sieci. O ile jeszcze om SOPIE się mówi, to wizja wejścia w życie ACTA przechodzi niemal niezauważona, a jej skutki mogą być podobne.

Bo chociaż pozytywne głosy twierdziły, że internauci w końcu zaczęli pojmować, iż sieć daje ogromne możliwości nacisku i wpływania na rzeczywistość, to nie jest to do końca prawdą. Rok 2011 udowodnił, że nie potrafią tego odpowiednio wykorzystać a w starciu z prawdziwymi problemami internet nie wystarczy. I tak – uważam, że poprzedni rok wzmocnił obawy o “niepodległość” internetu.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst