Steven Wilson, mag współczesnej kultury
Ostatnio rzadziej poświęcam łamy Spider's Web na opis wrażeń muzycznych, a w założeniu miał być to blog o trzech pasjach, które targają moją osobą. O Apple piszę ostatnio bardzo dużo, także w wymiarze marketingowym (co jest moją drugą pasją). Muzyka to trzecia, z pewnością największa i najbardziej pojemna mania mojego życia. Dzisiaj nadarza się wspaniała okazja, aby trochę nadrobić zaległości.
Do bram mojego domu zapukał dziś bowiem listonosz i przyniósł długo oczekiwaną przesyłkę - pierwszy solowy album Stevena Wilsona. Jakiego Wilsona zapytacie? O tym za chwilę. Przedtem spieszę się pochwalić, że "Insurgentes" - a tak nazywa się to wydawnictwo - to płyta, którą niełatwo było zdobyć. Jej limitowana przedpremierowa wersja dostępna była jedynie na zapisy - które trwały tylko około dwóch tygodni - w nakładzie 3 tysięcy egzemplarzy. Przepięknie wydany album w formie wspaniałego albumu fotograficznego z trzema płytkami w środku kosztował również odpowiednio wysoko. Na liście najbardziej unikatowych wydawnictw w mojej kolekcji "Insurgentes" wyląduje jednak pewnie tuż obok pierwszego wydania płyty "Damage" duetu Sylvian/Fripp, która dziś jest białym krukiem i na rynku osiąga naprawdę wysokie ceny.



















