REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Tech

Steven Wilson, mag współczesnej kultury

REKLAMA
REKLAMA

Ostatnio rzadziej poświęcam łamy Spider’s Web na opis wrażeń muzycznych, a w założeniu miał być to blog o trzech pasjach, które targają moją osobą. O Apple piszę ostatnio bardzo dużo, także w wymiarze marketingowym (co jest moją drugą pasją). Muzyka to trzecia, z pewnością największa i najbardziej pojemna mania mojego życia. Dzisiaj nadarza się wspaniała okazja, aby trochę nadrobić zaległości.

Do bram mojego domu zapukał dziś bowiem listonosz i przyniósł długo oczekiwaną przesyłkę – pierwszy solowy album Stevena Wilsona. Jakiego Wilsona zapytacie? O tym za chwilę. Przedtem spieszę się pochwalić, że „Insurgentes” – a tak nazywa się to wydawnictwo – to płyta, którą niełatwo było zdobyć. Jej limitowana przedpremierowa wersja dostępna była jedynie na zapisy – które trwały tylko około dwóch tygodni – w nakładzie 3 tysięcy egzemplarzy. Przepięknie wydany album w formie wspaniałego albumu fotograficznego z trzema płytkami w środku kosztował również odpowiednio wysoko. Na liście najbardziej unikatowych wydawnictw w mojej kolekcji „Insurgentes” wyląduje jednak pewnie tuż obok pierwszego wydania płyty „Damage” duetu Sylvian/Fripp, która dziś jest białym krukiem i na rynku osiąga naprawdę wysokie ceny.

„Insurgentes” nie zajmie zaszczytnego miejsca na moich półkach z płytami tylko i wyłącznie za formę i jakość wydania. To pierwszy solowy album – choć trudno w jego przypadku mówić o pierwszym solowym dziele, skoro większość projektów, w które się angażuje są jego wybitnie autorskimi dokonaniami – Stevena Wilsona. Steven Wilson – i nie waham się użyć słów, które za chwilę przeczytacie – to Leonardo da Vinci współczesnej muzyki. Trudno wręcz zliczyć projekty, w które angażuje się ten niezwykle płodny 41 latek, wszędzie odciskając swoje niezwykłe piętno. Porcupine Tree, no-man, Blackfield, Bass Communion, oraz I.E.M. to jego główne projekty. Produkował/współtworzył również dzieła Marillion, Roberta Frippa, Opeth oraz Anji Garbarek. Jest też jednym z pionierów 5.1 surrounding mix, którą to technologię doprowadził do perfekcji. Aktualnie słuchy chodzą, że zajmuje się produkcją i miksowaniem wszystkich archiwalnych płyt jednej z największych grup w historii rocka – King Crimson.

Jeśli to nazwisko obiło się Wam o uszy, to z pewnością dzięki Porcupine Tree. To grupa muzyczna z kręgów rocka progresywnego, która zdobyła największe uznanie ze wszystkich zespołów opierających swoją estetykę na tzw. klasycznym rocku. Choć nazywając Stevena Wilsona człowiekiem „progresywu” jest chyba zbyt krzywdzącym stwierdzeniem, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę niezbyt przyjazne rozumienie „rocka progresywnego” we współczesnym dyskursie muzycznym.

Jak chyba żadna inna dziedzina sztuki, muzyka (pop) rockowa odczuwa dziś boleśnie „wyczerpanie”. Wszechobecna papka takich samych utworów, takich samych struktur muzycznych, tak samo konstruowanych emocji i tak samo bezpowrotnie uciekających chwil muzycznego uniesienia wypchnęła wielkie postaci poza nurt tzw. „mainstreamu”. Chyba poza genialną angielską grupą Radiohead nie ma innego zespołu muzycznego, który będąc w centrum komercyjnego wszechświata, byłby w stanie ciągle pobudzać myśl muzyczną do przodu. Albo inaczej – w bok – mając na uwadze owo „wyczerpanie gatunku”. Steven Wilson jest właśnie taką wielką postacią, która wypchnięta została poza ramy największego biznesu muzycznego. Gdyby ten człowiek urodził się 20 – 25 lat wcześniej, dzisiaj historia muzyki rozrywkowej zaczynałaby się od litery W, W jak Wilson.

Steven Wilson to mag formy, który nigdy nie próbował na siłę niczego nowego tworzyć. Czerpał garściami z dostępnych form i sposobu interpretacji. Przy czym nigdy nie pozostawiał słuchacza z wrażeniem, że obcuje z czymś odtwórczym. Po prostu wziął „wyczerpanie” i rozepchał je na boki tak daleko, że nikomu wcześnie nie wydawało się, że jeszcze gdzieś tam istnieje życie. Tak też było na samym początku, kiedy tworzył grupę Porcupine Tree. Do Polski, gdzie do dziś pozostają niezwykle popularni, przywiózł ich pierwsze dwie płyty (a w zasadzie w kolejności płyty numer dwa i trzy) Piotr Kosiński, kreator wspaniałej społeczności „Nocy muzycznych pejzaży”. Trudno w to dziś uwierzyć, ale „Up the Downstairs”, czy „The Sky Moves Sideways” (owe płyty Porcupine Tree numer dwa i trzy) miały swoje miejsce w eterze radia RMF FM w niedzielne późne popołudnia! Wtedy wydawało się, że Steven Wilson i jego jeżozwierzowe drzewo (Porcupine Tree) grają psychodelię rodem z pierwszych albumów Pink Floyd. Jakże mylne wydają się dzisiaj te interpretacje, wszak „The Sky Moves Sideways” to dzieło wręcz niedoścignione i wiekopomne. Później przyszedł „najdłuższy w historii muzyki singiel” (wtedy) zatytułowany „Voyage 34”, który na stałe ugruntował pozycję maestro Wilsona.

Na przestrzeni ostatnich 17 lat Steven Wilson stworzył wiele wspaniałych dzieł muzycznych rozwijając swój kunszt kompozytorsko-aranżacyjny do perfekcji. Jeśli ktoś chce się przekonać co znaczy mistrzostwo w formie i treści muzycznej powinien zdecydowanie przesłuchać ostatnie albumy dwóch najważniejszych grup Stevena Wilsona: Porcupine Tree („Fear of a Blank Planet”) oraz no-man („Schoolyard Ghosts”). Na koniec 2008 roku zdecydował się w końcu na wydanie albumu pod własnym nazwiskiem. „Insurgentes” to dzieło prezentujące nowy wymiar Wilsona. To połączenie ambientu z psychodelią, momentami ciężkim rockiem oraz pełnym liryki smutnym (jak zawsze) i łamliwym (jak zawsze) głosem Stevena. Trudno napisać coś więcej o płycie, którą zdążyłem przesłuchać dopiero dwa razy oprócz tego, że „Insurgentes” zatyka dech w piersiach i odejmuje mowę. Jedno jest jednak pewne – iPod w moim iPhone będzie miał przez najbliższe tygodnie sporo pracy.

Ze Stevenem Wilsonem spotkałem się raz, po jednym z jego pierwszych koncertów z Porcupine Tree w Krakowie. Udało mi się z nim zamienić kilka niezwykle ciepłych słów na temat ówcześnie promowanej nowej płyty „Signify”. Uderzyła mnie wtedy niezwykła skromność tego człowieka. Przez kolejna lata obcowania z muzyką Stevena nigdy nie zmieniłem o nim zdania. Steven Wilson nie afiszuje niepotrzebnym patosem (co można zarzucić niektórym „bogom” rocka progresywnego). Steven Wilson nie używa ponownie chwytów, które okazały się skuteczne poprzednim razem. Mimo upływu lat i osiągnięcia (zapewne) pełnej dorosłości, w wieku 41 lat Steven jest ciągle niezwykle skromnym artystą, co jakże dobitnie pokazuje jego pierwsza płyta sygnowana własnym nazwiskiem.

Veneme Para Las Hadas.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA