Nie głupiejemy. Powód, dla którego wierzymy w bzdury, jest zupełnie inny

Tego tekstu i tak nie przeczytają ci wszyscy, którzy influencerom i ściekowi AI poświęcają najwięcej uwagi. Oni tutaj nigdy nie zawędrują. Bezbrzeżna otchłań sieci już dawno ich wciągnęła. Są głęboko zanurzeni, na antypodach rozumu. Tam, gdzie i najsprawniejsi umysłowi żeglarze zaglądają czasem. Ważne, by nie opuścić tam kotwicy. 

Nie głupiejemy. Powód, dla którego wierzymy w bzdury, jest zupełnie inny

Intuicyjnie wiemy, że coś jest nie tak: wygenerowane za pomocą AI, fałszywe w założeniu filmiki biją rekordy popularności; influncerzy, którzy nie grzeszą inteligencją są dla wielu osób wyrocznią; coraz większy odsetek ludzi wierzy w absurdalne do granic teorie spiskowe; po władzę sięgają populiści, którzy w oczywisty sposób kłamią w co drugim zdaniu. W epoce bezprecedensowego dostępu do wiedzy, w sytuacji, gdy jesteśmy tak doskonale skomunikowani i połączeni, nie potrafimy się dogadać i wierzymy w bzdury. Co jest z nami nie tak? 

Bo może problem nie polega na tym, że wiemy za mało. Może też nie o to chodzi, że i wiemy za dużo, i rozumiemy coraz mniej. Rzecz w tym, że w całej złożoności świata wciąż jesteśmy w gruncie rzeczy irracjonalni.

Amanda Montell – autorka książki "Wiek magicznego myślenia" (polski tytuł to gra słów z kultową książką Joan Didion, zaś angielski oryginał brzmi "The Age of Magical Overthinking"; tłumaczenie dla wydawnictwa Czarne Adam Pluszka) – proponuje tezę, która brzmi jak afront wobec naszego wyobrażenia o sobie: nie jesteśmy bardziej głupi niż kiedyś. Jesteśmy bardziej ludzcy, niż chcielibyśmy przyznać. To subtelna różnica, ale robi ogromną robotę.

Autorka prowadzi czytelnika przez galerię błędów poznawczych – od efektu halo po efekt IKEA. Nie są to jednak suche definicje z podręcznika psychologii, lecz raczej sceny z życia: relacje, media społecznościowe, popkultura. 

Przypadek

Mózg, który przez setki tysięcy lat uczył się wykrywać zagrożenia w szumie liści i interpretować każdy trzask jako potencjalnego drapieżnika, dziś robi dokładnie to samo – tylko zamiast tygrysa widzi "algorytm", "elity" albo "blokadę czakry gardła". Mechanizm się nie zmienił. Zmieniło się otoczenie. Dlatego widzimy wzorce tam, gdzie ich nie ma. Łączymy fakty, które nie mają ze sobą nic wspólnego. Szukamy przyczyn proporcjonalnych do skutków – bo wielkie rzeczy muszą mieć wielkie wyjaśnienia. Jeśli coś nas boli, to przecież nie może być przypadek. Jeśli coś się udało, to na pewno stoi za tym jakaś siła – kosmiczna, psychologiczna albo przynajmniej algorytmiczna.

Nie umiemy żyć z myślą, że czasem ekler trafia się za darmo, bo piekarnia zrobiła ich za dużo. A druga połówka jabłka, nasz wybranek nie został zesłany nam z niebios, tylko akurat jechał tym samym pociągiem, trawajem albo stał za nami w kolejce do baru. W tym miejscu przypomina mi się rzecz jasna kultowy polski film "Przypadek" Krzysztofa Kieślowskiego. Jego zagraniczny, anglojęzyczny tytuł, który brzmi "Blind Chance", bardziej oddaje istotę sprawy: to nie Bóg tak chciał, a ślepy los. A ten z kolei, jak wiemy od innego klasyka jest przekorny i czasami chce z nami grać w pokera.

Mistrzowie banału, książeta prostoty 

Weźmy influencerów. Nie, oni naprawdę nie wiedzą więcej. To nie jest kasta wtajemniczonych, która siedzi gdzieś na cyfrowym Olimpie i ma dostęp do "prawdy premium". Oni po prostu lepiej opanowali jedną rzecz: upraszczanie świata do formatu, który da się połknąć między jednym scrollowaniem a drugim. A dziś prostota to waluta twardsza niż bitcoin w najlepszych czasach. Bo zobaczmy kontrast. Świat akademicki mówi: "to zależy", "potrzebne są dalsze badania", "korelacja nie oznacza przyczynowości". Internet mówi: "to przez twoją traumę z dzieciństwa" albo "to przez retrogradacja Merkurego w Rybach".
I zgadnij, co wygrywa. Nie dlatego, że to drugie jest prawdziwsze. Dlatego, że jest wygodniejsze. Ma potencjał na viral.

I to jest też premiowane przez internet. Sprawdza się pod szybkie, krótkie videoformaty, pod tweety, posty; prostota (często prostacka) to idealny oręż w czasach cyfrowych: to miecz, który rozcina nić porozumienia.

Dlaczego influencerzy, wszelkiej maści kołczowie i cała reszta twórców cyfrowych (rak mediów społczenściowych) są tacy skuteczni. Powiedzieliśmy, że algorytm kocha ich banały. To raz. A dwa, że w epoce nadmiaru treści, przeciążenia bodżcami i informacjami, oni dają proste jak lufa rozwiązania. Sprzedają poczucie, że ktoś/ coś nad tym wszystkim panuje. Że ten chaos da się ogarnąć jednym mentalnym przełącznikiem.

Mówią ci w trudzie i znoju: “Zmień sposób myślenia, a zmienisz życie”.

Brzmi jak banał z rolki. Problem zaczyna się w momencie, kiedy przestajemy traktować to jako metaforę, a zaczynamy jako instrukcję obsługi rzeczywistości. Kiedy "pracuj nad sobą" zamienia się w “wszystko jest twoją winą”. Kiedy “dbaj o zdrowie psychiczne” zaczyna oznaczać “leki są zbędne, wystarczy afirmacja, manifestacja i księżyc w odpowiedniej fazie”.

I nagle myk, czary mary, twój problem to twój stary.

Świat przestaje być skomplikowany, a zaczyna być “ukrycie prosty”. Oczywiście prosty dla tych, którzy "zrozumieli". Reszta najwyraźniej jeszcze nie dojrzała, nie wyłączyła telewizora (choć to akurat by się przydało patrząć jaką sieczkę dla mózgu oferuje m.in. TVN Style) i nie włączyła myślenia. Tylko tutaj jest już daleko od terapii,  to już nie jest rozwój osobisty, tylko jeden wielki spisek. Tyle że wyjątkowo podstępny, bo nie mówi, że ktoś tobą steruje. Mówi, że to ty sterujesz wszystkim – tylko jeszcze nie umiesz.

Internet miał być narzędziem wiedzy. Stał się narzędziem uwagi. A uwaga najlepiej działa na emocjach – im prostszych i bardziej skrajnych, tym lepiej. Platformy nie nagradzają prawdy. Nagradzają zaangażowanie. A zaangażowanie generują rzeczy szybkie, proste i pewne siebie. Jeśli więc spędzamy w takim środowisku kilka godzin dziennie, to może nie jest dziwne, że zaczynamy myśleć jego logiką. Może nie zwariowaliśmy. Może po prostu dostosowaliśmy się do systemu.

Wielkie cyfrowe platformy nie nagradzają prawdy. Nagradzają zaangażowanie. A zaangażowanie generują rzeczy szybkie, proste i pewne siebie. Ilustracja: shutterstock / Anton Vierietin

Luksus milczenia

Montell w swojej książce – przyznam szczerze: nierównej – nie daje nonem omen magicznych rozwiązań. 

“Wiek magicznego myślenia” działa najlepiej wtedy, gdy czyta się ją nie jako poradnik, lecz jako diagnozę epoki. To książka o świecie, w którym wiedza jest wszędzie, ale mądrość – coraz trudniejsza do uchwycenia. O świecie, w którym łatwiej uwierzyć w powtarzaną półprawdę niż w skomplikowaną rzeczywistość. I wreszcie: o świecie, w którym największym wyzwaniem nie jest dostęp do informacji, lecz umiejętność… powstrzymania się od natychmiastowej odpowiedzi. Jest tutaj, muszę przyznać podobna do niemiecko-koreańskiego filozofa Byung Chul-Hana, choć wątpię czy Amerykanka zaprosiłaby starszego kolegę na piwo. 

Autor “Społeczeństwa zmęczenia” dla Amerykanki mógłby być jak Bob Dylan. Modny, nieco przykurzony mędrzec, ale może niech siedzi w swoim domku na wsi i uprawia ogródek. Montell nie przemawia z katedry, bawi się formą, ale do niczego nie zmusza. Nie biadoli, nie męczy buły, nie ma wyrazu twarzy niczym Johnny Cash w piosence “Hurt”.

Montell skrupulatnie wylicza fakty, które codziennie nam umykają: średnia długość ludzkiego życia się wydłuża, poziom analfabetyzmu spada, poziom umieralności w trakcie porodów również. Tymczasem, jak sama podkreśla, media żyją dzięki historiom strasznym. Traktuje o tym też książka “"Factfulness. Dlaczego świat jest lepszy, niż myślimy”. Ta głośna publikacja pokazuje, że mimo wszystko żyjemy w najlepszym z możliwych światów. 

Sam ulegam czasem myśleniu, że lepiej już było. Dość powiedzieć, że pisałem rok 2019 był ostatnim dobrym roki. Ale czy 2026 musi być taki zły. Może i mamy kolejne wojny, AI kradnie na potęgę i zatruwa środowisko, mamy niegasnący kataklizm klimatyczny i galopujący kryzys migracyjny, a po władzę w kolejnych krajach maszerują trumpiątka i inni populiści. 

A może to tylko za dużo informacji,a za mało troski o to, co bliskie, nasze, domowe. Nie, nie chodzi o czułość i czułostkowość, ale zrozumienie, że lepiej żyć spacerem z psem niż kłótnią na Facebooku. 

Montell nie jest, dzięki Bogu, czułą narratorką, ale nawołuje do ostrożnego radykalizmu. A może więc najbardziej radykalnym gestem, jaki dziś możemy wykonać, nie jest "dowiedzieć się więcej", ale – jak sugeruje Montell – nauczyć się przez chwilę nie wiedzieć. I wytrzymać ten dyskomfort. Potem będzie z górki.