To jeden tych rzadkich przypadków, gdy zewnętrzna, paskudna aparycja, skrywa jeszcze gorsze, bagniste i trujące wnętrze. Gdy myślisz, że najgorsze jest zalewanie Facebooka ściekiem generowanym sztuczną inteligencją, okazuje się, że prawdziwe szambo bije u źródeł. Polityka Mety jest gorsza niż jej produkt. Influencerzy ci o tym nie powiedzą, ale Facebook od dawna nie jest już portalem społecznościowym.
Sarah Wynn-Williams przez ponad rok walczyła o pracę w tej firmie. Chciała być częścią tej rewolucji i zmieniać świat na lepsze. Nie wiedziała jeszcze, co skrywa się za wzniosłymi ideałami jednego z największych gigantów technologicznych na świecie.
Osiem lat po odejściu z Facebooka ujawnia całą prawdę o pracy u boku Marka Zuckerberga i Sheryl Sandberg. Jej książka "Bezwzględni. O władzy, chciwości i upadku ideałów największego portalu społecznościowego" to policzek wymierzony w technofeudałów.
Za ujawnienie tego, jak bezwzględnie portal społecznościowy walczy o władzę i pieniądze, Facebook wytoczył Sarah Wynn-Williams proces. Autorka dostała również zakaz wypowiadania się o książce. Jednak my nie dajemy się zastraszyć i w magazynie Spider’s Web+ prezentujemy przedpremierowe fragmenty książki, której obawia się Mark Zuckerberg i cała Dolina Krzemowa. Polskim wydawcą jest Znak a tłumaczenia podjęła się Małgorzata Morel.
Tę książkę czyta się jak pikantne biurowe wspomnienia. Z tą różnicą, że twoi współpracownicy latają prywatnymi samolotami, a twój szef żąda wzniecenia zamieszek, w których weźmie udział milion osób.
Zapnijcie pasy, lecimy w tę krainę absurdu, chciwości i głupoty.
Polityka
Każdy dzień w zespole do spraw polityki Facebooka to nowe wyzwanie. Kontrahent w Wietnamie przysyła niezobowiązującego maila, w którym wspomina, że spotkał się z przywódcami rządu wietnamskiego i złożył mnóstwo obietnic, nie do końca wykonalnych. Konsultant Facebooka mówi australijskiej komisji rządowej, że Facebook usuwa dwadzieścia tysięcy nieletnich użytkowników dziennie, co po prostu nie jest prawdą. Prezydent Meksyku zostaje zaatakowany na swojej stronie falą emotek przedstawiających kupę i występuje do nas z prośbą o ich natychmiastowe usunięcie. Sheryl pyta, czy powinna wesprzeć wiralową kampanię na rzecz aresztowania Josepha Kony’ego, ugandyjskiego bojownika odpowiedzialnego za uprowadzenie tysięcy dzieci i wcielenie ich do swojej armii. ISIS publikuje na stronie nagranie z egzekucji. Grupa matek karmiących piersią organizuje protest w ramach sprzeciwu wobec polityki Facebooka dotyczącej sutków. Pewien rabin pisze, że pije kawę i je muffina w Izraelu, ale mapy Facebooka pokazują, że znajduje się w Palestynie. Problemy są nieustanne i różnorodne. Rozwiązywanie ich przypomina układanie puzzli bez znajomości obrazka, który mają tworzyć. Mimo to wydaje się to ważne. Jeśli naprawdę mamy być siłą czyniącą dobro na świecie, musimy wypracować odpowiedni sposób działania.
Ja i Marne (Marne Levine, wiceprezeska do spraw globalnej polityki publicznej - przy. red). stanowimy dobry zespół. Ufam jej osądowi, a ona mnie słucha. Robimy stałe postępy, kształtując tę swoją nową przyszłość.
Na początku 2012 roku niektórzy mężczyźni w biurze zaczynają się irytować tym, że popadamy w kryzys za kryzysem. To faceci, których zatrudniliśmy głównie do obsługi relacji z Kongresem i rządami stanowymi. Od razu widać, że są z Waszyngtonu – wojowniczy, pewni siebie, zawsze z własnym zdaniem. Stworzyli małą grupę i chcą zrozumieć, za czym tak naprawdę opowiada się firma. W gruncie rzeczy jest to zasadne pytanie. To era Obamy, czas, kiedy Mark i Sheryl trafiają na okładki magazynów, udzielają wywiadów z efektownymi nagłówkami o tym, jak zmieniają świat. Chłopaki osaczają Marne i żądają odpowiedzi, jak właściwie mamy ten świat zmieniać. Są zszokowani, gdy słyszą odpowiedź… w sumie nic konkretnego.
Tymczasem Marne jest zdziwiona ich pytaniami. Dla niej i jej przełożonych, Marka i Sheryl, to oczywiste. Prowadzimy stronę internetową, która łączy ludzi. W to wierzymy. Chcemy więcej. Chcemy, żeby Facebook przynosił zyski i się rozwijał. O czym jeszcze można tu mówić?
W tym nie ma żadnej wielkiej ideologii. Żadnej teorii o tym, czym Facebook powinien być dla świata. Firma reaguje na wydarzenia, kiedy się pojawiają. Jesteśmy menedżerami, a nie budowniczymi nowego świata. Marne chce po prostu przebrnąć przez swoją skrzynkę mailową, a nie tworzyć nową globalną konstytucję.
Nie da się pokonać tej różnicy w perspektywie. Z punktu widzenia chłopaków chodzi o to, żeby mieć w co wierzyć. O zasady. Wizję. Przywództwo. Dla Marne nie ma nic złego w tym, by działać tak jak dotychczas – zarządzać kryzysami, gdy się pojawią. Taki jest biznes.
Niemniej jednak trzeba coś zrobić, żeby uciszyć głosy niezadowolenia. Dlatego planujemy szczyt w siedzibie głównej w Kalifornii dla wszystkich, którzy zajmują się polityką i sprawami publicznymi. Mamy zdecydować, za czym się opowiadamy.
Jest rewolucja, muszą być i stosy
Sympatyzuję z tym, co mówią chłopaki. Od samego początku Marne traktowała moje słowa typu: "Facebook to rewolucja", "Facebook to siła polityczna", jako coś nieco żenującego. Uprzejmie je ignorowała i konsekwentnie dawała mi do zrozumienia, że to nie jest to, czym się tutaj zajmujemy, że nawet nie jest pewna, czy istnieje praca polegająca na tym, czym ja się interesuję, i prosiła, żebym przestała tak mówić. Rozumiem, skąd się to u niej bierze, ale mimo wszystko jestem przekonana, że w miarę jak Facebook będzie rósł, firma popadnie w konflikty i kontrowersje za granicą. To potwierdzi mój punkt widzenia. Moja wiara w Facebooka i jego historyczne znaczenie przeważa nad chwilowymi wątpliwościami dotyczącymi podejścia Marne. Firma będzie musiała opracować koncepcję swojej roli na świecie. I ja pomogę ją stworzyć. Marne, Mark i wszyscy inni w końcu przekonają się do mojego sposobu myślenia.
A ten szczyt to pierwszy krok w tym kierunku. Jestem podekscytowana.
To będzie pierwszy raz, gdy wszyscy znajdziemy się razem w jednym pomieszczeniu. Pierwszy raz porozmawiamy o tym, jak wykorzystać Facebooka jako siłę dobra na świecie. To może być początek czegoś ważnego. Nowy start.
Cały zespół do spraw polityki zebrał się w nowo wybudowanej siedzibie Facebooka w Menlo Park w Kalifornii. Nadal jesteśmy relatywnie niewielkim zespołem – jest to kilkanaście osób i mieścimy się przy jednym stole w zwykłej sali konferencyjnej. Zamiast od razu zabrać się do rozwiązywania wielu kluczowych problemów, gramy w gry integracyjne i wypełniamy testy osobowości. Dopiero po wielu godzinach przechodzimy do prawdziwego powodu naszego spotkania: znalezienia tematu, w którym Facebook mógłby objąć przywództwo. Zgadzamy się, że musi to być coś budującego zaufanie, coś, co będzie wymagało współpracy z rządami na całym świecie. Członkowie zespołu zgłaszają różne inicjatywy: promowanie Facebooka jako narzędzia wspierającego adopcję porzuconych zwierząt albo utworzenie Peace.Facebook.com, prostego panelu pokazującego przyjaźnie nawiązane "zaledwie wczoraj" pomiędzy osobami z trzech stref konfliktu: Izrael/Palestyna, Rosja/Ukraina i Indie/Pakistan.
Ku mojemu zaskoczeniu poparcie szybko koncentruje się wokół propozycji Joela Kaplana, aby stworzyć inicjatywę Facebooka wspierającą wojsko. Joel dołączył do Facebooka mniej więcej w tym samym czasie co ja. Jest absolwentem Harvardu i byłym marine. Po studiach prawniczych pracował jako asystent sędziego Antonina Scalii, a potem był zastępcą szefa sztabu George’a W. Busha. Podejrzewam, że dostał pracę dzięki relacjom z Sheryl. Poznali się pierwszego wieczoru szkolenia na Harvardzie, byli parą, Sheryl podziękowała mu w swojej pracy dyplomowej i przez lata pozostawali blisko. Jego przejście ze świata polityki i lobbingu do branży technologicznej nie było łatwe. Przez kilka tygodni przychodził do pracy w Facebooku w waszyngtońskim uniformie: chinosach i granatowej marynarce ze złotymi guzikami.
Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że odstaje od chłopaków w biurze, którzy nosili dżinsy, T-shirty i bluzy z kapturem. Stopniowo zaczął zmieniać styl, najpierw zamienił zestaw na "tatusiowe" dżinsy i marynarki, aż w końcu skapitulował i został przy dżinsach oraz koszuli z kołnierzykiem. To człowiek niezmieniający przyzwyczajeń. Jego asystentka codziennie zamawia mu tę samą sałatkę, a on codziennie podczas spotkań wybiera z niej oliwki. Kiedy pytam, dlaczego po prostu nie zamówi sałatki bez oliwek, patrzy na mnie, jakby chciał powiedzieć: "I tak nie zrozumiesz", i nie mówi ani słowa.
Zespół zaczyna opracowywać szczegóły inicjatywy wsparcia dla wojska: na czym ma polegać i ile będzie kosztowała.
– Eee… To chyba inicjatywa tylko dla USA, prawda? – pytam niepewnie.
Jestem jedyną osobą spoza Stanów w zespole do spraw polityki w biurze w Waszyngtonie i czuję się samotna. Tak wiele codziennych decyzji Facebooka w zakresie polityki opiera się na ukrytym systemie wartości, którego wciąż się uczę.
– Nie, globalna – odpowiada Marne.
– Tak, tylko że… ludzie i rządy wciąż próbują zrozumieć, czym właściwie jest Facebook, i nie jestem pewna, czy powinniśmy od razu stawać po stronie wojska.
– Nieprawda – wtrąca Joel. – Kwestie wojskowe i weterani to pewniaki. I tu, i wszędzie.
– Pierwsze działanie polityczne Facebooka na świecie ma dotyczyć wojska? Siły państwowej? Może w Stanach to ma sens, ale są kraje, gdzie relacje z organami rządowymi są znacznie bardziej skomplikowane. Kraje, które doświadczyły dyktatury wojskowej, na przykład…
– Nie kochasz naszych żołnierzy, Sarah? – przerywa mi Joel.
– Pytasz o moje zdanie? Hm, tak. Oczywiście. Ale nie o to mi chodzi. Mówię tylko, że nawet jeśli pominiemy kraje, w których wojsko wspierało dyktatorów, to nawet amerykańska armia nie jest odbierana pozytywnie we wszystkich państwach. Zwłaszcza w regionach, za które jestem odpowiedzialna, jak Ameryka Łacińska czy Azja. Weźmy na przykład Wietnam. Czy muszę tłumaczyć, dlaczego Wietnamczycy nie darzą sympatią amerykańskiego wojska?
Facebooka próby wizerunkowe
Ponieważ nie udało się osiągnąć pełnego porozumienia, cała inicjatywa została porzucona. Kilka tygodni później Marne mimochodem wspomina, że pierwszą proaktywną inicjatywą Facebooka, mającą na celu budowanie relacji z rządami na całym świecie, będzie program dotyczący przeszczepu organów.
Nie zaczęłabym od tematu części ciała i osobistych decyzji dotyczących tego, co zrobić z nimi po śmierci – tak samo jak nie wybrałabym wojska – gdybym chciała pokazać przywództwo i budować relacje z zagranicznymi rządami. Ale nikt tego ze mną nie omówił. Jak w wielu przypadkach w Facebooku nie liczyło się to, co zespół do spraw polityki omówił czy uzgodnił, liczyło się to, co myślała Sheryl. Tym razem podczas zjazdu absolwentów Harvardu Sheryl spotkała swojego kolegę ze studiów, dyrektora chirurgii transplantacyjnej, i zaoferowała mu pomoc w pozyskiwaniu dawców.
Dostaję polecenie, żeby współpracować z inżynierami przy realizacji projektu. Nie mam pojęcia, jak się tworzy globalną inicjatywę związaną z przekazywaniem organów. I bardzo szybko pojawiają się przeszkody. Dawstwo organów nie jest praktyką uniwersalną. Niektóre religie ich zakazują, w innych krajach nie funkcjonuje w ogóle, a w jeszcze innych niemożliwe jest odróżnienie legalnego przekazywania od handlu organami. Są też miejsca, gdzie w grę wchodzą dużo mroczniejsze sprawy – kradzież ogranów i handel nimi.
Podczas jednego z pierwszych spotkań z Sheryl, na którym mam zdać relację z postępów, szybko się okazuje, że mamy zupełnie inne wizje zakresu inicjatywy i ogólnego podejścia do kwestii regulacji dotyczących dawstwa organów.
Zespół dziesięciu osób pracujących nad tą inicjatywą zebrał się w sali konferencyjnej Sheryl w siedzibie Facebooka. Jestem zdenerwowana. Wiem, że właśnie teraz zostanie poddane próbie to, w co wierzę – że Facebook powinien reprezentować jakieś wartości w świecie – oraz to, co ja sama wnoszę do firmy. Przedstawiam Sheryl wszystko, co udało nam się wypracować, tłumacząc, że bardziej przypomina to "kampanię rejestracyjną", która ma skłonić ludzi do odwiedzenia lokalnych stron, gdzie rejestrowani są dawcy. Facebook nie będzie kojarzyć dawców z biorcami ani transportować organów po świecie. Nie zamierzamy tworzyć własnych rejestrów dawców czy pacjentów ani gromadzić szczegółowych danych medycznych.
W rzeczywistości planujemy ograniczyć ilość informacji, które Facebook zbiera i przechowuje. Sheryl jest zdezorientowana. Skupia się na tym, dlaczego nie zaprojektowałyśmy tej inicjatywy tak, aby Facebook mógł odegrać większą rolę w zbieraniu danych, w stworzeniu rynku organów i nie tylko. Zaczynam tłumaczyć złożoność kwestii dawstwa organów na świecie pod względem prawnym, kulturowym i religijnym, mówię o tym, jak wrażliwe są dane przechowywane w rejestrach dawców. Przygląda mi się, jakbym była kompletną idiotką i nie dostrzegła oczywistego faktu, co pewnie w jakiejś części jest prawdą. Nie patrzyłam na to jak na okazję biznesową czy sposób na rozpoczęcie gromadzenia danych zdrowotnych użytkowników. Wyczuwając zagrożenie, zmieniam szybko kierunek rozmowy i wskazuję na ryzyko handlu organami. Wyjaśniam, że państwa opracowały zasady ochrony danych dotyczących dawstwa organów oraz reguły przeciwdziałania ich transgranicznemu transportowi.
Sheryl odwraca się do mnie oburzona. W jej głosie słyszę wyraźną nutę zniecierpliwienia.
– Chcesz mi powiedzieć, że gdyby moja czteroletnia córka umierała, a jedynym ratunkiem byłby przeszczep nerki, nie mogłabym polecieć do Meksyku, kupić tam nerki i schować do torebki?
Rozglądam się po sali konferencyjnej, szukając wsparcia. Nie jestem pewna, czy Sheryl jest po prostu nieświadoma czy zdezorientowana. Zazwyczaj jest bardzo bystra. Zdaję sobie sprawę, że mówi poważnie, a jest osobą, która zazwyczaj dostaje to, czego chce. Wszyscy unikają z nami kontaktu wzrokowego, nawet Marne i Debbie, moje sojuszniczki. Czuję się jak ofiara, która została oddzielona od stada.
– Tak, zgadza się – mówię zatroskana. – W większości krajów obowiązują ścisłe przepisy mające zapobiegać nielegalnej sprzedaży i nielegalnemu pobieraniu organów czy innych części ciała. Zależy to od polityki rządu, a nie od tego, kto ma najwięcej pieniędzy.
Sheryl patrzy na mnie gniewnie. Mam wrażenie, że z każdą sekundą jest dla mnie coraz mniej przychylna, a jej oburzenie tylko rośnie. Zapada długa niezręczna cisza.
Wtedy wtrąca się Marne, żeby mnie ratować.
– Zazwyczaj kiedy Facebook wprowadza nowe funkcje, po wypchnięciu kodu nikt na ogół nie myśli o konsekwencjach w realnym świecie. Ale w przypadku przekazywania organów musimy przeanalizować wszystkie obowiązujące zasady i prawa w każdym kraju, a do tego nawiązać współpracę z rejestrami dawców na całym świecie. Nie mamy zasobów, żeby to robić na taką skalę.
Marne zwraca uwagę, że typowe podejście zespołu Facebooka: zbieranie danych, przyjęcie jednolitego stanowiska we wszystkich krajach i niechęć do odstępstw, nie sprawdzą się w tym przypadku. Sheryl niechętnie zgadza się ograniczyć wdrożenie tego projektu do zaledwie czterech krajów.
Nie jest zadowolona.
Ale się nie zraża. Chce zrobić wszystko, żeby ten projekt zakończył się sukcesem – pierwszy projekt, który miał podkreślić wartości Facebooka. Kilka tygodni później wydaje inżynierom polecenie, by dodali opcję "zarejestrowany jako dawca organów" do listy "ważnych wydarzeń życiowych" w profilach użytkowników, obok tradycyjnych statusów, takich jak "w związku małżeńskim" czy "oczekujemy dziecka". Sheryl poleca mnie i zespołowi do spraw organów, by dodać megafon – wyskakujące okienko, które pojawia się na ekranie każdego, kto zaloguje się na Facebooka – informujące o nowym narzędziu do rejestrowania się jako dawca. Inżynierowie nie są przekonani do tego pomysłu.
Uważają, że Facebook nie powinien korzystać ze swojej platformy, żeby nakłaniać ludzi do czegokolwiek – niezależnie od tego, czy chodzi o przekazanie organów, głosowanie, jedzenie większej ilości warzyw, nitkowanie zębów czy adopcję bezdomnych piesków.
Zgadzam się z nimi.
Mark Zuckerberg. Ilustracja: shutterstock / HelloSSTK
Facebook zdaje sobie sprawę ze swojej potęgi
Jeśli zaczniemy udzielać gdzieś jakiegoś poparcia, będziemy musieli podejmować mnóstwo decyzji, co Facebook wspiera, a czego nie. Niedługo przyjdzie nam się mierzyć z niełatwymi decyzjami. Całe to zamieszanie z organami wydaje się niepotrzebne. Facebook to nietypowe miejsce na takie kwestie. Kiedy spotkaliśmy się, żeby ustalić, za czym opowiada się Facebook, zdecydowanie nie tego się spodziewałam.
Wszyscy uczestnicy tej rozmowy doskonale zdają sobie sprawę, o jaką stawkę toczy się gra. Wiemy, że gdy Facebook do czegoś zachęca, to zazwyczaj przynosi efekty. Podczas wyborów do Kongresu w Stanach Zjednoczonych w 2010 roku Facebook przeprowadził eksperyment mający na celu zwiększenie frekwencji. Umieściliśmy na górze aktualności komunikat zachęcający do głosowania, z linkiem do lokali wyborczych i przyciskiem "Głosowałem", który można było kliknąć – wszystko to w ramach ogromnego, randomizowanego badania (z grupą kontrolną). Późniejsze badanie opublikowane w "Nature" wykazało, że 61 milionów osób zobaczyło ten przycisk. Ta funkcja faktycznie wpłynęła na zachowanie wyborców: do urn poszło dodatkowe 340 tysięcy ludzi.
Sheryl ma nadzieję, że z dawstwem organów będzie podobnie. Inżynierowie przekazali jednak swoje obawy Markowi i twierdzą, że on się z nimi zgadza. Biorąc pod uwagę hierarchię panującą w Facebooku, gdzie inżynierowie zawsze mają ostatnie słowo – a co za tym idzie, są ważniejsi niż zespoły Sheryl – zakładam, że to właściwie koniec tego projektu. Mark nigdy nie był do niego szczególnie przekonany, a skoro teraz inżynierowie są przeciwni, zapewne go zakończy.
I tak oto po raz pierwszy prowadzę projekt, w który zaangażowani są zarówno Mark, jak i Sheryl. To pierwszy raz, kiedy Mark bierze udział w jakimkolwiek projekcie politycznym i nie idzie to najlepiej. Cała sytuacja mnie stresuje. Facebook, jak każda firma, to sieć relacji, a ja naprawdę chcę zbudować silne więzi zarówno z Markiem, jak i z Sheryl. Chcę, żeby mnie lubili. Chcę stać się jedną z ich zaufanych doradczyń. Tylko to nie jest odpowiednia droga. Ten projekt był złym pomysłem od samego początku. Czuję więc ulgę, że wszystko powoli umiera śmiercią naturalną.
Niestety, sytuacja się pogarsza. Sheryl naprawdę zależy na megafonie, chociaż wie, że Mark tego nie chce. I ma rozwiązanie. Poleca mi wysłać maila do całego zespołu, z Markiem włącznie, że przechodzimy do realizacji planu z megafonem. Mam przedstawić jej punkt widzenia tak, jakby to był mój własny. Próbuję ją przekonać, że to zły pomysł, ale bezskutecznie. Nie ma zamiaru ustąpić. To przecież moja praca. A jeśli nie potrafię napisać tego maila, jaki ze mnie pożytek?
Kulminacja następuje, gdy Sheryl przemierza kraj na pokładzie prywatnego odrzutowca. Wsiada do samolotu wcześnie rano. Zgodnie z poleceniem w wysłanym mailu sumiennie przedstawiam argumenty, z którymi się zresztą nie zgadzam, dzielnie promując użycie megafonu w kampanii na rzecz dawstwa organów. Mark odpowiada serią miażdżących uwag, opartych na jego głębokim przekonaniu, że Facebook musi być neutralną platformą, że nigdy nie powinniśmy go używać, żeby zakłócać użytkownikom korzystanie z serwisu. Bronię stanowiska Sheryl wbrew własnej intuicji. Mark jest bezlitosny i nie chce słyszeć żadnych kontrargumentów. Sheryl milczy. Później powie mi, że nie dołączyła się do dyskusji, bo nie miała Wi-Fi.
Nigdy się nie dowiem, czy rzeczywiście tak było – jej współpracownicy, którzy z nią wtedy podróżowali, powiedzieli mi, że ten prywatny odrzutowiec oczywiście miał Wi-Fi – czy może zleciła mi wysłanie maila właśnie tego poranka, wiedząc, że będzie miała wiarygodną wymówkę, żeby nie zabierać głosu w konfrontacji z Markiem.
Wiem tylko jedno: tego dnia otrzymałam swój pierwszy bezpośredni mail od Marka Zuckerberga wysłany wyłącznie do mnie. Składał się z trzech słów i brzmiał po prostu: "Unieważniam twoją decyzję".
Wściekły Mark
Mark Zuckerberg jest wściekły. Kiedy przybywa na lotnisko, furczy na samą sugestię, że mógł mieć wpływ na wyniki wyborów. Mamy wyruszyć do Peru na szczyt Asia-Pacific Economic Cooperation (APEC).
Jestem zdenerwowana. To był mój pomysł, żeby Mark pojechał do Limy na APEC. Podczas mojego urlopu macierzyńskiego napisał do mnie maila. W końcu przejął inicjatywę w sprawach polityki zagranicznej. Zaczął się zastanawiać nad tym, jak funkcjonuje świat i rządzący nim politycy.
Chciałbym się dowiedzieć więcej o tej dziedzinie – jak powstała ONZ i różne międzynarodowe instytucje zarządzające, jakie mają uprawnienia i narzędzia, żeby coś osiągnąć, jakie są ich ograniczenia i czy są one celowe, czy te organizacje są marginalizowane, dlaczego są ustanawiane jako federacja państw, a nie demokratycznie wybrane ciało międzynarodowe itd.
Zastanawia mnie w szczególności, dlaczego nikt nie optuje za znacznie silniejszym rządem czy systemem międzynarodowym. Obecny system wydaje się stosunkowo słaby – ma mały budżet, jest zależny od państw, a nie wybierany lub kontrolowany bezpośrednio przez ludzi na świecie itd. Wydaje się, że obecnie są możliwe dwa kierunki działań dużych państw w systemie międzynarodowym: mogą kontynuować obecny stan rzeczy albo zwiększać izolacjonizm. Jestem ciekaw, dlaczego nie istnieje poważna trzecia opcja: wzmocnienie systemu. Chcę wiedzieć, co byłoby potrzebne, aby to osiągnąć. Szukam rekomendacji, jak się tego nauczyć: książki, osoby do rozmowy lub zaproszenia na kolację albo inne źródła.
Nasuwa mi się wniosek, że Mark odczuwa rosnącą globalną siłę Facebooka. Ma polityków z całego świata, którzy chcą go spotkać i "całować pierścień" – tak jak to robią z Rupertem Murdochem. Ma globalną sieć, więcej kapitału politycznego i bogactwa, niż może wydać, i zastanawia się, do czego może to wykorzystać. Jakie inne instytucje przekraczają granice państw? Jakie mają uprawnienia w porównaniu z Facebookiem? W swoich przemówieniach coraz częściej mówi o "globalnej społeczności". Wie, że budżet Facebooka przewyższa PKB wielu państw i że nie jest "zależny od państw". Mógłby wykupić wszystkich polityków jednego kraju lub wielu krajów, gdyby chciał użyć tej mocy swobodnie.
Pomyślałam więc, że jeśli myśli o użyciu Facebooka do czegoś więcej w krajach na całym świecie i chce zrozumieć, jak działa (lub nie działa) system międzynarodowy, musi to zobaczyć z bliska. Dlatego proponuję wyjazd na APEC. Ten szczyt jest większy niż międzynarodowa konferencja, na którą zabrałam go w Panamie. Będą tam Władimir Putin i Xi. Tym razem Mark nie pojawi się jako sprzedawca próbujący promować Internet.org czy Facebooka. Chciałam, żeby postawił się w sytuacji głowy państwa. Cicho liczę, że ci liderzy trochę go postawią do pionu, skonfrontują z problemami Facebooka w swoich krajach, aby zmusić go do zmierzenia się z jego szkodliwym wpływem.
Myślę o tym, jak Mark widzi się na arenie międzynarodowej. Mam przed oczami wizję Marka przewodniczącego spotkaniu wszystkich szefów państw na APEC. Sesja, podczas której on i najpotężniejsi liderzy świata osiągają porozumienie w sprawie podstawowych zasad internetu. Sama myśl jest zbyt absurdalna. Nikt by się nie zgodził, żeby jednego dyrektora generalnego wynieść do rangi najpotężniejszych szefów państw i pozwolić mu im przewodniczyć. Biały Dom nie zgodził się na jego obecność na panelu podczas ostatniego dużego szczytu, w którym uczestniczył. Ale powiedziałam sobie, że to dobra pozycja wyjściowa do negocjacji z APEC, gdy chodzi o udział Marka. Jeśli o to poproszę, kiedy tylko przestaną się śmiać, może w zamian rozważą coś innego.
Byłam więc w ogromnym szoku – po miesiącach negocjacji – że otrzymałam dokładnie to, o co prosiłam. Gdy mamy wystartować do Peru, dowiaduję się, że faktycznie to się wydarzy: Mark prowadzi spotkanie prezydentów i premierów dokładnie tak, jak przewidziałam w swojej wizji.
Tuż przed startem okazuje się, że Mark nie zabrał swojego paszportu.
Mała grupa dyrektorów Facebooka kręci się po nijakim beżowym terminalu. To miejsce wygląda raczej jak wypożyczalnia samochodów dla średnich menedżerów, a nie terminal dla prywatnych odrzutowców gigantów technologii. Mark jest wkurzony. Już nie potrafię stwierdzić, czy chodzi tylko o przypisywanie Facebookowi winy za wynik wyborów, wybór Trumpa, zapomniany paszport czy może wyjazd do Peru. Obawiam się, że chodzi o to ostatnie. Kiedy to proponowałam, był gotowy. Nawet zasugerował, że powinniśmy zapytać Obamów, czy chcą pojechać z nim do Machu Picchu.
Nie zmienia to faktu, że chce zrzucić winę na innych nawet za zapomniany paszport. Przypuszczam, że tak wygląda życie w bańce, w której Mark funkcjonuje. Ale bańka sugeruje przejrzystość, miejsce, gdzie można dostrzec normalne życie tuż na wyciągnięcie ręki. A to, w czym mieszka Mark, przypomina raczej grubą, nieprzezierną kopułę, mroczny fort, oddzielający go od reszty świata. Kiedy tyle osób robi za ciebie rzeczy zawodowo i prywatnie, przestajesz brać za nie odpowiedzialność. Max Weber powiedział, że radzenie sobie z niezamierzonymi konsekwencjami swoich działań to istota odpowiedzialności politycznej. Ten facet nawet nie potrafi wziąć odpowiedzialności za pozostawienie paszportu w domu, nie mówiąc już o wpływie na wybory w Stanach.
Andrea bierze to na siebie, twierdząc, że to jej wina, iż Mark nie ma przy sobie paszportu. Mówi, że powinna lepiej nadzorować "pracowników w domu Marka". W żaden sposób nie sugeruje, że to Mark mógłby sam pomyśleć o paszporcie, skoro wybiera się do Ameryki Południowej.
Elliot proponuje:
– Sarah, mogłabyś skontaktować się z prezydentem Peru, żeby zobaczyć, czy uda nam się wpuścić Marka do kraju bez paszportu?
– Tak – zgadza się Mark szybko. – Świetny pomysł.
– Nawet Mark Zuckerberg potrzebuje paszportu – odpowiadam i delikatnie się z nim drażnię.
Mark nie przyjmuje tego dobrze. Na szczęście, zanim zostaję zmuszona, żeby zadzwonić do prezydenta Peru, Mark uświadamia sobie, że nie wziął ze sobą pewnego leku. Decyzja zapada. Przesuwamy godzinę wylotu, a w tym czasie ktoś – bo oczywiście nie Mark – pójdzie go kupić.
To nie pierwszy kryzys medyczny w tej podróży. I nie tylko z powodu moich problemów zdrowotnych. Pewnej soboty, kilka miesięcy wcześniej, podczas "urlopu macierzyńskiego", odebrałam pilny telefon od Elliota.
– Chodzi o Peru. Jest pewien kłopot – mówi poważnie. – Mark i Priscilla próbują zajść w ciążę – szepcze, jakby zapomniał, że rozmawiamy przez telefon i nikt nas nie słyszy.
Poczułam, że to zbyt intymny temat. Jakbyśmy byli dworzanami w sypialni królewskiej.
– Okeeej… – mówię ostrożnie.
– Chyba się domyślasz, co to za problem – mówi konspiracyjnie.
Zgaduję, że terminy szczytu nie pasują do owulacji, ale to zdecydowanie za dużo informacji. Plany dyrektora generalnego dotyczące poczęcia nie należą do zakresu moich obowiązków. Pozostawiam to bez odpowiedzi.
– Zika – mówi.
Mark nie może się narazić na wirusa ani opóźniać planów na drugie dziecko. Mark kiedyś powiedział mi, że chce mieć gromadkę dzieci, więc rozumiem jego niechęć do opóźnień.
Elliot rozmawiał z Markiem o obowiązującej zasadzie, że należy odczekać trzy miesiące po podróży do regionu z ziką przed próbą poczęcia, więc podróż trzeba by odwołać albo zastosować szczególne środki ochrony. W tym czasie w Limie prawie nie było wirusa. Ani Elliot, ani ja nie wspominamy, że Facebook wysłał mnie do epicentrum ziki, gdy byłam w ciąży, ale temat wisi w powietrzu. Elliot prosi mnie, żebym sprawdziła, co może zrobić prezydent Peru, żeby chronić Marka. Z zachowaniem poufności.
Zapewniam go, że zrobię wszystko, co mogę.
Wirus
W rzeczywistości nie wiem nawet, jak podejść do tego tematu. Jak poprosić biuro prezydenta o zabezpieczenie spermy dyrektora generalnego. Zwłaszcza że ostatnim razem też o wiele prosiłam. Poruszam temat w najbardziej ogólny sposób, udając, że to ja się martwię o zikę i poczęcie. Ludzie z rządu Peru są wyraźnie zmieszani, wiedząc, że niedawno urodziłam, byłam poważnie chora i formalnie jestem na urlopie macierzyńskim – na zasadzie: o co jej chodzi? Chociaż to dziwne, próbuję ich przekonać, że planuję trzecie dziecko. To prostsze rozwiązanie, chociaż czuję wstyd. Oczywiście mimo najlepszych intencji niewiele mogą zrobić.
Tak więc Facebook rozważa ekstremalne środki, czyli "operację idealna sperma". Po spotkaniu na temat ryzyka wirusa zika, w którym nie uczestniczyłam, Andrea wysyła mi zdjęcie kombinezonu ochronnego z wojskowego sklepu. Zespół uważa, że Mark powinien go założyć. Wyobrażam sobie Marka spotykającego się z prezydentem Obamą, jego twarz zasłoniętą siateczką z kombinezonu, to, jak prezydent przerywa na chwilę, żeby skomentować teksturę siateczki, i jego mocny uścisk dłoni, po czym żart o "mocnym splocie". Odpowiadam, że chyba sobie żartują, i mam nadzieję, że tak jest.
Po rozmowach Marka z ekspertami z Centrum Kontroli i Prewencji Chorób i innymi specjalistami propozycje działań stają się jeszcze bardziej ekstremalne. Skracamy czas pobytu do minimum i decydujemy się zbudować "kontrolowaną strukturę" na terenie centrum konferencyjnego APEC, gdzie można nadzorować wentylację, kontakt z innymi i ochronę przed owadami. Wprowadzimy ograniczony kontakt z osobami z zewnątrz, szczelne pokoje i kontrolowane powietrze. Najpierw myślałam, że to żart, ale zanim się obejrzałam, negocjowałam z Peruwiańczykami warunki wydzierżawienia kawałka gruntu dla Facebooka.
Jesteśmy firmą, którą oskarżono o "cyfrowy kolonializm", a niedawno członek zarządu Marc Andreessen opublikował serię tweetów sugerujących, że Indie byłyby w lepszej sytuacji pod brytyjskim panowaniem. Budowanie repliki Doliny Krzemowej w Peru w ramach konferencji APEC, by spotkać się z przywódcami najbardziej wpływowych państw świata, nie wygląda dobrze. Wszelkie moje uwagi są jednak odrzucane.
Obok centrum konferencyjnego wzniesiono dużą tymczasową konstrukcję Facebooka przypominającą bańkę. Jest większa i bardziej okazała niż inne miejsca, w których spotykają się szefowie państw. Stanowi odwzorowanie sali konferencyjnej Marka w Menlo Park i zawiera dokładnie taki sam zestaw przekąsek. Jeśli bańka, w której żyje Mark, była wcześniej metaforyczna, to tymczasowa konstrukcja Facebooka czyni ją konkretną, namacalną.
Po kilku godzinach w końcu wsiadamy do prywatnego odrzutowca. Mark – nadal wściekły – zanurza się w skórzany fotel. Nie przestaje mówić o wyborach. W kabinie siedzimy we czwórkę: Mark, Elliot, kobieta z zespołu komunikacji i ja. Mark i Elliot spierają się. My, kobiety, milczymy.
Jak Facebook wygrał Trumpowi wybory
Zespół komunikacyjny Elliota przygotował Marka do konferencji Techonomy. Mark nie może pogodzić się z tym, że jego słowa zostały skrytykowane, a nawet wyśmiane. Mark powtarzał, że mówienie, że Facebook wpłynął na wybory, jest niepoważne. Nagłówek w „New York Timesie” w tym tygodniu podsumowuje to najlepiej: "Mark Zuckerberg zaprzecza rzeczywistości". Zgadzam się. Mark nadal podtrzymuje swoje słowa. Naprawdę w nie wierzy! To niezwykłe, że osoba, która założyła jedną z najpotężniejszych firm na świecie – biznes oparty na przekonaniu, że może wpływać nawet na wybór pasty do zębów – ma tak ogromne trudności z przyjęciem do wiadomości, że platforma, na której wybrany prezydent wydał mnóstwo pieniędzy, mogła mieć wpływ na wybory. Ale tak wygląda rzeczywistość. Po nieudanym eksperymencie z podejściem "pozwólmy Markowi mówić po swojemu" zadaniem Elliota podczas lotu jest wyrwanie go z tego stanu zaprzeczania i ustalenie, co właściwie powinien mówić na ten temat. Elliot widzi skalę kryzysu, której Mark absolutnie nie dostrzega.
Podczas dziesięciogodzinnego lotu do Limy Elliot cierpliwie tłumaczy Markowi, jak Facebook w praktyce pomógł Donaldowi Trumpowi wygrać wybory. To jest cholernie przekonujące i cholernie niepokojące. Facebook umieścił swoich pracowników w sztabie Trumpa w San Antonio na kilka miesięcy, razem z programistami, copywriterami reklam, kupcami mediów, inżynierami sieci i analitykami danych. Operację prowadził Brad Parscale, który we współpracy z zespołem Facebooka stworzył całkowicie nową metodę prowadzenia kampanii politycznej – z celowanymi postami, dezinformacją, apelami o wsparcie finansowe. Boz, szef zespołu reklamowego, opisał to jako "najlepszą kampanię cyfrową, jaką kiedykolwiek widział u jakiegokolwiek reklamodawcy. Kropka".
Elliot tłumaczy Markowi, jak Facebook i ludzie z zespołu Parscale’a mikrotargetowali użytkowników, dopasowując reklamy do odbiorców, korzystając z narzędzi przeznaczonych dla reklamodawców komercyjnych. Kampania Trumpa zgromadziła bazę danych nazwaną Project Alamo z profilami ponad 220 milionów Amerykanów. Zawierała różne informacje online i offline uwzględniające: rejestrację broni, rejestrację wyborców, historię kart kredytowych i zakupów, odwiedzane strony internetowe, rodzaj posiadanego samochodu, miejsce zamieszkania i ostatni udział w wyborach. Kampania używała facebookowego narzędzia "Grupy niestandardowych odbiorców", aby dopasować osoby w bazie do profili na Facebooku. Następnie algorytm "Grupy podobnych odbiorców" znajdował osoby na Facebooku o "wspólnych cechach" podobnych do cech znanych już zwolenników Trumpa. Jeśli na przykład zwolennicy Trumpa lubili konkretny typ pickupa, narzędzie znajdowało osoby, które również go lubiły, ale nie były jeszcze zdecydowanymi wyborcami – i wtedy widziały reklamy.
Następnie łączyli strategię targetowania z wynikami testów przekazu. Osoby, które pozytywnie reagowały na jakieś hasło reklamowe, dostawały odpowiednie komunikaty. Matki martwiące się o opiekę nad dziećmi otrzymywały reklamy informujące, że Trump chce wprowadzić "w pełni odliczalną od podatku opiekę nad dziećmi". Nieustannie modyfikowano treści, obrazy i kolor przycisku "przekaż darowiznę", ponieważ nawet drobne różnice w komunikatach trafiały do innych grup odbiorców. W kampanii użyto dziesiątki tysięcy reklam w milionach wariantów. Reklamy te testowano przy użyciu ankiet Facebook Brand Lift, które mierzyły, czy użytkownicy przyswoili sobie przekazy zawarte w reklamach, i na tej podstawie dalej udoskonalano. Wiele z tych reklam zawierało prowokacyjne dezinformacje zwiększające zaangażowanie użytkowników i jednocześnie obniżające koszt reklamy. Im więcej osób wchodzi bowiem w interakcję z reklamą, tym mniej kosztuje jej emisja. Narzędzia Facebooka i jego specjalistyczna obsługa premium pozwalały na bardzo precyzyjne dopasowanie zarówno przekazu, jak i odbiorców – a to jest właśnie Święty Graal reklamy.
Trump wydał na reklamy na Facebooku znacznie więcej niż Hillary Clinton. W ostatnich tygodniach przed wyborami jego kampania była jednym z największych reklamodawców na Facebooku na świecie. Mógł sobie na to pozwolić, bo precyzyjne targetowanie umożliwiało pozyskiwanie milionów dolarów miesięcznie z darowizn wypłacanych za pośrednictwem Facebooka. To Facebook był największym źródłem finansowania kampanii Trumpa.
Zespół Parscale’a prowadził również kampanie zniechęcające wyborców. Były one skierowane do trzech grup demokratów: młodych kobiet, białych liberałów sympatyzujących z Berniem Sandersem oraz czarnych wyborców. Te osoby otrzymywały tak zwane dark posts – niepubliczne posty, przeznaczone tylko dla nich. Były niewidoczne dla badaczy czy osób przeglądających czyjś profil. Obowiązywała przy tym prosta zasada: podsuń tym osobom treści, które zniechęcą ich do głosowania na Hillary.
Jedna z reklam skierowanych do czarnej społeczności była kreskówką opartą na wypowiedzi Clinton z 1996 roku, kiedy stwierdziła, że "Afroamerykanie to superdrapieżcy". Ostatecznie czarni wyborcy nie poszli do urn w tak dużej liczbie, jakiej spodziewali się Demokraci. W wyborach, w których o wyniku zadecydowała niewielka liczba głosów w kluczowych stanach, takie rzeczy miały znaczenie.
Obrzydliwa odpowiedzialność
Mark po cichu wszystko przyswaja. Na początku jest sceptyczny i oponuje, ale stopniowo zaczyna to budzić jego ciekawość. Zadaje pytania, próbując zrozumieć mechanikę całego procesu. Nie wygląda na zmartwionego faktem, że platforma została w ten sposób wykorzystana – ani trochę. Jeśli już, to można by dostrzec w nim podziw dla pomysłowości. Skoro takie narzędzia były dostępne, to każdy mógł z nich skorzystać. I ktoś zrobił to w całkiem sprytny sposób.
Ja natomiast jestem przerażona, słysząc to wszystko przedstawione w tak otwarty sposób. Już wcześniej, kilka dni po wyborach, dowiedziałam się o tym na spotkaniu operacyjnym u Sheryl i wtedy zareagowałam tak samo. Poczułam lekką odrazę na samą myśl, że pracuję w firmie, która zrobiła coś takiego. Nie mogę sobie wyobrazić, jak bym się czuła, gdybym to ja stworzyła Facebooka. Szczerze mówiąc, myślę, że dostałabym załamania nerwowego właśnie tam, w prywatnym odrzutowcu, wymuszając awaryjne lądowanie gdzieś w Meksyku. To takie obrzydliwe być za to wszystko odpowiedzialnym.
Na wspomnianym spotkaniu operacyjnym Sheryl przedstawiono zasady kampanii Trumpa. Jej pierwszą reakcją nie było przerażenie, ale stwierdzenie, że to było genialne i innowacyjne – i pytanie, czy moglibyśmy spróbować zatrudnić człowieka Trumpa, Brada Parscale’a w Facebooku. Nikt się nie odezwał. Po chwili niezręcznej ciszy, zawstydzona, zmieniła ton:
– Oczywiście to niedorzeczne. Przecież on może teraz wybierać w ofertach pracy. – Pauza. – Ale może są inni ludzie z kampanii Trumpa, których moglibyśmy ściągnąć do Facebooka?
Mark zaczyna dochodzić do znacznie mroczniejszego wniosku, choć nie od razu.
Podczas całego lotu wciąż roztrząsa wszystko, co Elliot mu przedstawił. Od czasu do czasu jeszcze oponuje, lecz bez wątpienia jest zaintrygowany.
Jeszcze w samolocie Elliot nalega, żeby Mark przyjął do wiadomości, że Facebook odegrał kluczową rolę w zwycięstwie Trumpa. Chce go także przekonać, żeby ogłosił światu, że rozumie wpływ Facebooka na wybory i że w tym względzie coś się u nas zmieni. Sugeruje, aby Mark zaraz po wylądowaniu zamieścił post na swoim profilu na Facebooku, zawierający konkretny plan działań mających na celu zwalczanie dezinformacji. Bo właśnie o to chodzi opinii publicznej, o te wszystkie fałszywe wiadomości krążące po platformie, to tym wszyscy są oburzeni.
Mark stanowczo sprzeciwia się takiemu wpisowi, ale mniej więcej w połowie dziesięciogodzinnego lotu zaczyna z Elliotem dyskutować o tym, co ewentualnie mógłby powiedzieć. Zaczynają tworzyć zarys takiego oświadczenia. Kiedy lądujemy w Peru, Mark i Elliot nadal nie dochodzą do porozumienia. Mark sprzeciwia się każdemu rozwiązaniu, które Elliot próbuje przeforsować. Kłócą się, gdy wysiadamy z samolotu. Kłócą się w samochodzie do hotelu. Kłócą się w windzie, gdy jadą do apartamentu Marka. I dalej już w jego apartamencie. Mark traktuje samą ideę takiego posta jako gównianą kapitulację. Ugięcie się pod szantażem ze strony prasy, która oskarża Facebooka o "odebranie jej środków do życia". Jego zdaniem media wciąż wymyślają kolejne fałszywe skandale z Facebookiem w roli głównej, próbując różnych sztuczek, żeby zaszkodzić firmie – bo to właśnie Facebook zniszczył ich biznesy – i w końcu trafiły na coś, co może zadziałać.
Biedny Mark i te złe media
Elliot mówi Markowi, że jeśli prawdziwym problemem jest presja mediów, możemy zwiększyć ich udział w zyskach z Facebooka. Przekupić je albo przynajmniej stać się trochę sprawiedliwszym. Rok wcześniej Facebook stworzył coś, co nazwano "Instant Articles", dzieląc przychody z reklam z gazetami, które publikowały treści na platformie. Moglibyśmy pójść o wiele dalej, mówi Elliot. Mark nie jest tym zainteresowany.
Kilku pracowników przygląda się ich kłótni i podsuwa sugestie. Ja milczę. Czy wtrącanie się ma w ogóle sens? Mark widzi, że Facebook pomógł Trumpowi wygrać, a teraz dyskutuje o zmianach, które i tak nie trafiają w sedno sprawy.
Kilka godzin po naszym przyjeździe do hotelu post Marka pojawia się w sieci i jest śmiesznie przewidywalny:
Sedno sprawy jest takie: traktujemy dezinformację poważnie… Pracujemy nad tym problemem od dawna i poważnie traktujemy swoją odpowiedzialność. Poczyniliśmy duże postępy, ale wciąż jest wiele do zrobienia.
To bardzo niejednoznaczny post. Na przykład w następnym zdaniu pierwsza część pochodzi całkowicie od Marka, a druga od Elliota: "Chociaż odsetek dezinformacji jest stosunkowo niewielki, wciąż wiele pracy przed nami". Mark jednak jasno stwierdza w poście, że Facebook musi lepiej radzić sobie z wykrywaniem dezinformacji i nie może polegać wyłącznie na tym, że użytkownicy zgłoszą ją pierwsi. Elliot naciskał Marka, żeby ogłosił nawiązanie współpracy z dziennikarzami i organizacjami zajmującymi się weryfikacją faktów. Mark się na to nie zgadza. Zamiast tego składa niejasną obietnicę "uczenia się od" organizacji zajmujących się weryfikacją faktów oraz "współpracy z dziennikarzami i innymi podmiotami z branży medialnej w celu uzyskania ich opinii", zwłaszcza w kwestii weryfikacji faktów. Nie zobowiązuje się do oznaczania materiałów, o których wiadomo, że są fałszywe, ograniczając się do stwierdzenia, że "inni zajmują się tą sprawą". Kiedy niektórzy komentujący zwracają uwagę na godzinę publikacji posta, postanawia się do tego odnieść: "Dla tych, którzy pytają, dlaczego opublikowałem to o 21.30 – to wtedy wylądowałem w Limie".
Jak Xi upokorzył Zuckerberga
Namawiałam Marka, żeby wziął udział w szczycie APEC, bo liczyłam na to, że będzie miał okazję spotkać się z prezydentem Chin, Xi Jinpingiem. Od kilku lat Mark próbował zaaranżować formalne spotkanie, ale bez powodzenia. Jest jeszcze bardziej zdeterminowany po wpadce w Seattle, gdy opublikował zdjęcie tyłu głowy Xi. Chociaż nie wierzyłam w strategię Facebooka dotyczącą wejścia na rynek chiński, uważałam, że takie spotkanie może być wartościowe. Mark mógłby się skonfrontować z rzeczywistością.
Formalne spotkanie Marka i Xi nie wchodziło w grę, lecz mogłam wynegocjować "spontaniczne spotkanie" lub "odciągnięcie Xi na bok". Aby to zrobić, Mark musiałby znaleźć się blisko Xi. Uroczyste kolacje państwowe nie wchodziły w grę po naszym doświadczeniu w Panamie. A prezydent Xi, tak jak papież, nie przyjdzie do Marka. Udało mi się jednak wynegocjować dla Marka termin wystąpienia na głównej sesji tuż przed przemówieniem prezydenta Xi i przekonać APEC, aby tematem przewodnim była "rewolucja w łączności". A co najważniejsze, udało mi się zapewnić im garderoby obok siebie. To daje nam największą od lat szansę na spotkanie Marka i Xi. Opracowujemy różne scenariusze, wielokrotnie ćwiczymy, co powiedzieć, i przychodzimy na miejsce dużo wcześniej, aby mieć jak najwięcej czasu na nawiązanie kontaktu. Jestem gotowa odegrać rolę "skrzydłowego", tym razem bez mojito.
Gdy nasza ochrona informuje nas, że Xi nadchodzi, przechodzimy z garderoby do ogromnej sali konferencyjnej gotowi do naszego "spontanicznego" spotkania. Mark zbiera się w sobie, szykuje się na jeden z ważniejszych momentów swojej kariery. Nadchodzi ochrona Xi. To falanga mężczyzn w identycznych szarych mundurach, maszerujących w szyku obok nas. Mark patrzy na to z niedowierzaniem, z otwartymi ustami. Oni wciąż nadchodzą, dziesiątka za dziesiątką mężczyzn. Wygląda to dość komicznie. I kiedy myślisz, że więcej ich już być nie może, wchodzą kolejni.
Gdy Xi się zbliża, gęsta linia ochroniarzy układa się w formację. Tworzą nieprzeniknioną linię dzielącą jego garderobę od naszej, rozciągającą się wzdłuż całego korytarza aż do wejścia. Ludzki chiński mur.
Prezydent Xi jest tak zasłonięty, że nie ma szans na nawiązanie kontaktu wzrokowego z Markiem. Ochroniarze stoją teraz nieruchomo i w milczeniu, tak że słyszymy kroki Xi, gdy nas mija. Po chwili wchodzi do swojej garderoby i zamykają się za nim drzwi. Ludzki chiński mur rozprasza się w milczeniu. Mark, ja i reszta zespołu z Facebooka stoimy przed garderobą, zastanawiając się, co właśnie zobaczyliśmy.
Skrycie podziwiam Xi za to, że tak nas przechytrzył. Chińczycy zapewne poszli do organizatorów, tak jak ja, i zapytali: "Gdzie prezydent będzie za kulisami? Kto jeszcze tam będzie?". A kiedy się dowiedzieli, że będzie Mark Zuckerberg, podjęli przemyślane środki ostrożności. Chciałam nawet pochwalić ich przewidywalność i całkowite zaangażowanie ludzi na miejscu. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Ale zdaję sobie sprawę, że Mark jest urażony. Jego duma została zraniona. Nie jest przyzwyczajony do tego, że ludzie tak otwarcie go unikają.
– Cóż, chyba spontaniczne spotkanie nam nie wyszło – mówi niezręcznie.
Nikt nie wie, co odpowiedzieć.
Smutny Diego
Mark wygłasza swoje przemówienie. Kilka godzin później mamy się udać na inną scenę, gdzie Mark będzie przewodniczył spotkaniu grupy szefów państw. Zaplanowaliśmy przerwę, by się przygotować, ale Mark nie ma ochoty tego robić. Minęły już czasy, gdy zasypywał mnie pytaniami o systemy wyborcze, limity kadencji, porządek obrad czy motywy działania prezydentów i premierów. Wracamy do dawnych czasów, kiedy Mark tolerował co najwyżej jedno- lub dwuzdaniowe informacje szepnięte mu przed wejściem na spotkanie albo krótkie notatki długości SMS-a, które można przeczytać jednym spojrzeniem na telefon.
Wewnątrz "bańki Facebooka" nieustannie krążą prezydenci oraz menedżerowie firm i toczą się rozmowy o konsekwencjach wyborów. Nikt nie zwraca uwagi na Diega Dzodana, wiceprezesa Facebooka na Amerykę Łacińską, który kręci się w pobliżu, czekając, aż ktoś go dostrzeże. Poprosiłam go, aby tu przyjechał z Brazylii, przede wszystkim dlatego, że jest naszym najwyżej postawionym pracownikiem w regionie, ale głównie dlatego, że odbył więzienną karę w imieniu firmy i zasługuje na odrobinę uwagi ze strony dyrektora generalnego. Uważam, że takie spotkanie może być wartościowe, podobnie jak z Chińczykami. Chcę, aby Mark osobiście zmierzył się z problemami, które spowodowały aresztowanie Diega.
Gdy sala konferencyjna Marka pustoszeje, przyprowadzam Diega. Zakładałam, że Mark podejdzie i go przywita. Natychmiast staje się jasne, że Mark nie ma pojęcia, kim jest Diego. Przedstawiam ich sobie, a Diego odpowiada standardowym wymuszonym uśmiechem. Ten biedny facet trafił do więzienia w Brazylii w imieniu Facebooka, a Mark w zasadzie go ignoruje, dopóki nie przypominam mu o aresztowaniu. Następuje wtedy wyjątkowo niezręczna wymiana zdań, Mark dziękuje mu sztywno i pobieżnie, bez odrobiny zaangażowania, które można było wcześniej zauważyć w jego „poruszającym” poście na Facebooku. Nie ma ochoty na rozmowę z Diegiem i wszyscy to wyczuwają.
Diego już po chwili musi odsunąć się na bok z powodu kryzysu wymagającego interwencji Elliota. Ktoś przypomina sobie, że Ivanka Trump ma wręczać nagrodę podczas Breakthrough Prize – ceremonii organizowanej przez Marka, mającej uczynić z naukowców gwiazdy rocka. Teraz, po wyborach Trumpa, Mark nie chce, żeby Ivanka się tam pojawiła, ale nikt nie wie, co z tym zrobić. Rozważamy różne sposoby, jak przekazać jej tę wiadomość. Zastanawiamy się nad poproszeniem o to Yuriego Milnera albo brata Jareda Kushnera, Joshuę, i jego dziewczynę Karlie Kloss. Diego wraca do swojego kąta.
Sarah Wynn-Williams, autorka książki "Carless people", wydanej w Polsce pod tytułem "Bezwględni". Ilsutracja: strona autorki.
Kąpiel w bąbelkach
Kiedy docieramy do Grand Hall na okrągły stół z udziałem prezydentów i premierów, pierwszym przywódcą, który podchodzi do nas, jest premier Nowej Zelandii John Key. Tak wiele się zmieniło w ciągu pięciu lat od czasu, gdy Mark stał przed jego salą konferencyjną i oznajmił mnie oraz Johnowi Keyowi, że nie chce się z nim spotkać. Tak wiele się zmieniło od czasów, gdy światowi liderzy sprawiali, że przestraszony i spocony Mark wątpił w swoją siłę i w znaczenie Facebooka.
Mark i Elliot nadal dyskutują o poście na Facebooku dotyczącym wyborów, a Key próbuje się wtrącić do rozmowy. Po kilku minutach Mark się orientuje, że John Key do niego mówi.
– Co on mówi? – pyta mnie Mark, prawdopodobnie oczekując, że przetłumaczę język z nowozelandzkim akcentem na amerykański angielski, podczas gdy John Key kontynuuje wypowiedź.
– Podatki, Mark. Chce, żebyś zapłacił podatki w Nowej Zelandii.
– Aha. – Mark kiwa obojętnie głową i odwraca się z powrotem do Elliota.
Do naszej grupy dołącza prezydent Meksyku.
– Czy poznałeś prezydenta Meksyku? – pytam Johna Keya.
– Sarah, proszę, mów mi Enrique – wtrąca prezydent Peña Nieto, przerywając Johnowi Keyowi, aby zwrócić na siebie uwagę Marka.
Bierze udział w innej sesji i przyszedł osobiście przeprosić Marka za nieobecność oraz zrobić sobie z nim zdjęcie. Podchodzą także kanadyjski premier Justin Trudeau oraz premier Australii Malcolm Turnbull, którzy również proszą o zdjęcie. To wygląda trochę tak, jakby Mark był królem, a oni przyszli złożyć mu pokłon.
Wprowadzam Marka do Grand Hall na sesję, której będzie przewodniczył. To ogromna przestrzeń z wielkimi czerwonymi ekranami przypominającymi chińską flagę, na których wyświetlany jest logotyp APEC. Pośrodku sali ustawiono w kręgu drewniane stoły z mikrofonami, krzesłami i tabliczkami z nazwiskami dla każdego z prezydentów i premierów. W centrum posadzono Marka Zuckerberga. Siedzę bezpośrednio za nim, a Elliot siada obok mnie.
Po zajęciu miejsca rozglądam się i zaskakuje mnie, ile z tych głów państw to dla mnie znajome twarze. Ludzie, których spotkałam albo z Markiem, albo podczas wykonywania swoich obowiązków. Wiemy, że wielu światowych liderów, z którymi zbudowaliśmy relacje, kończy swoje kadencje; część z nich już odeszła, czasami spotykamy ich następców. Uderza mnie ta przemijalność. Mark mógłby teoretycznie przewodniczyć światowym liderom przez kolejne pięćdziesiąt lat. Będzie żegnał liderów i pokolenia, które po nich nastąpią. Jak królowa Anglii.
Po otwarciu przez Marka sesji spodziewam się trudnej serii pytań ze strony zgromadzonych prezydentów i premierów. Kilku z nich powiedziało dziennikarzom, że postrzegają sesję jako okazję do "konfrontacji z Markiem Zuckerbergiem" w sprawie podatków, dezinformacji, upadku lokalnego dziennikarstwa, prywatności i zagrożeń online dla dzieci. I to wszystko jeszcze przed wyborami Donalda Trumpa, w których Facebook odegrał znaczącą rolę. Przygotowuję się na sąd ostateczny.
Nie jest wcale ciężko. To jak kąpiel w bąbelkach.
– Jak zbudować w naszym kraju kolejnego Facebooka? – pada pytanie od któregoś premiera.
– W jaki sposób łączność internetowa pomaga w codziennym zarządzaniu państwem? Dlaczego to miałby być priorytet dla mojego rządu? – pyta Michelle Bachelet, prezydent Chile, jedna z pierwszych osób, które formalnie sprzeciwiły się Internet.org.
Zanim Mark zdąży odpowiedzieć, wtrąca się troskliwy premier Kanady Justin Trudeau, żeby wyjaśnić, jak internet może służyć do elektronicznego świadczenia programów socjalnych, jak można osiągać zyski, jeśli świadczenia trafiają bezpośrednio na konta bankowe bez potrzeby wizyty w banku, i jak infrastruktura społeczna przenosi się do sieci. Powtarza niektóre punkty, o których rozmawialiśmy wcześniej przed sesją.
Inni premierzy i prezydenci dołączają do dyskusji i okazują ciche poparcie dla Marka. Widzę, że nowo wybrany prezydent Filipin Rodrigo Duterte, który twierdził, że zwycięstwo w wyborach zawdzięcza Facebookowi, wyraźnie drzemie.
Dziwne jest to, że nikt nie porusza tematu wyboru Trumpa ani roli, jaką odegrał w nim Facebook. Po chwili zdaję sobie sprawę, że to ma sens. Ci przywódcy chcą się utrzymać przy władzy. Oni, podobnie jak Elliot, Sheryl i praktycznie wszyscy poza Markiem (choć wydaje się, że on zaczyna zmieniać swoje stanowisko), prawdopodobnie uważają, że Facebook odegrał kluczową rolę i nie chcą wkurzać człowieka, który to umożliwił. Jestem pewna, że zwycięstwo Trumpa sprawiło, że Mark urósł w ich oczach. Okazało się, że może mieć bezpośredni wpływ na wyniki wyborów, a oni wszyscy chcą utrzymać swoje wpływy. Rozumieją, że jednym z ich najważniejszych zasobów – ich głosem – jest kapitał polityczny, który ostatecznie kontroluje Mark. Dlatego podczas sesji spędzają czas na komplementowaniu Marka i proponują współpracę z Facebookiem.
Mark tego nie zauważa. Siedzi na fotelu przewodniczącego podczas spotkania z przywódcami państw, a można odnieść wrażenie, że myślami jest gdzieś indziej. Wydaje się rozkojarzony i nie uczestniczy w rozmowie. Gdy pada pytanie, odwraca się do mnie i prosi o odpowiedź, a czasem nawet o powtórzenie pytania. W ogóle się nie angażuje. Nagle to ja prowadzę sesję pytań i odpowiedzi z liderami wolnego świata. Nie mogę uwierzyć, że to się dzieje.
To dziwne. Zamiast się cieszyć tym, co powinno być szczytem mojej kariery, jestem przybita. Poświęciłam dużo czasu, pomagając Markowi poczuć się komfortowo w obecności prezydentów i premierów oraz wprowadzając go w rolę globalnego gracza. Przewodniczenie obradom z najpotężniejszymi ludźmi świata powinno być momentem przełomowym w karierze nas obojga. Widzę natomiast, że im lepiej Mark się w tym odnajduje, tym mniej go to obchodzi. Jego pozycja rośnie, a zainteresowanie maleje. Podczas tej sesji zachowuje się tak, jakby to wszystko nie miało znaczenia. Jest obojętny. Obama nie dotarł na spotkanie przy okrągłym stole. Miał w tym czasie inne zobowiązania. Kiedy powiedzieliśmy o tym Markowi, odpowiedział:
– Jego kadencja się kończy, więc nie ma czym się przejmować.
Można odnieść wrażenie, że było mu wszystko jedno, ale wszyscy wiedzieliśmy, jak było naprawdę. Kiedy zaczynaliśmy planować podróż do Peru, Mark był zafiksowany na punkcie wycieczki do Machu Picchu z prezydentem Obamą. Chciał, żeby to była "pożegnalna wyprawa". Jakby to było takie proste, żeby dorzucić prezydencką eskapadę do jednego z siedmiu cudów świata przy okazji spotkań z najpotężniejszymi przywódcami globu. Zanim się zorientowałam, Mark proponuje, że opuści swoją "bańkę" ograniczającą dostęp wirusa zika i pojedzie przez Limę, żeby spotkać się z Obamą.
Pożegnalna wyprawa z Obamą
Docieramy na Papieski Uniwersytet Katolicki w Peru, gdzie Obama zorganizował otwarte spotkanie, jedno ze swoich ostatnich międzynarodowych wystąpień publicznych. Budynki kontrastują z naszą elegancką „facebookową bańką” na APEC. Są olbrzymie i podniszczone, widać łuszczącą się farbę i spróchniałe drewno. Obama miał wkrótce zakończyć kadencję, a Mark chwilę wcześniej przewodniczył obradom przywódców państw APEC. Równowaga sił się przesuwa.
Nie pozwolono nam towarzyszyć Markowi podczas spotkania, więc kręcimy się przed budynkiem. Nagle Mark wypada ze środka i rusza przed siebie bardziej wściekły, niż był na początku tej podróży.
Żeby dotrzeć do naszych vanów, trzeba przejść przez cały kampus uniwersytecki. Mark idzie szybko i bez słowa. Kiedy w końcu pakujemy się z powrotem do samochodu, pęka ze złości. Panuje zamieszanie, ale tym razem nikt nie żartuje jak zwykle: "Ale, ale, ale… ja jestem prezydentem Gwatemali". Przygotowaliśmy go do spotkania, które miało się koncentrować na spuściźnie Obamy, a w praktyce wszystko skupiło się na Marku.
– Fake newsy. Ciągle mówił o fake newsach i dezinformacji – wścieka się Mark. – Nic nie rozumie. Całkowicie się myli, totalnie przesadza. Powiedział, że Facebook działa destrukcyjnie na całym świecie. I chyba naprawdę w to wierzy.
Elliot kiwa współczująco głową.
– "Nie traktujesz tego poważnie", tak powiedział. Że niby ja nie traktuję tych zagrożeń wystarczająco poważnie. – Mark trzęsie się ze złości. – Powiedziałem mu, że fake newsy to sprawa marginalna na Facebooku. To mniej niż jeden procent tego, co jest na platformie. To nie fake newsy przesądziły o wygranej Trumpa. I w zasadzie nie ma łatwego rozwiązania. No bo co on niby chce, żebym zrobił?
Elliot się zgadza.
– Myślę, że bardzo szybko napotkalibyśmy problemy związane z wolnością słowa przy jakimkolwiek działaniu – mówi.
– A wiesz, na czym skupia się Obama? – mówi Mark z niedowierzaniem. – Na następnych wyborach… już teraz.
– Przecież dopiero co te przegrali – mówi Elliot.
– Tak, powiedział, że ostrzega mnie, iż musimy wprowadzić poważne zmiany, inaczej w kolejnych wyborach prezydenckich będzie jeszcze gorzej – mówi Mark. – Ostrzega mnie – powtarza rozgniewany.
Jest wściekły, że Obama go skrytykował z powodu wpływu Facebooka na wyniki wyborów i nie tylko. Mark przytacza fragmenty rozmowy. Jest zaskoczony krytyką Obamy i rozżalony. W kółko powtarza, że Obama to skończony polityk, jakby to miało ukoić jego urażoną dumę. Ale wydaje mi się, że to właśnie z powodu kończącej się kadencji Obama zdecydował się mówić otwarcie, co myśli.
Pod tą złością widzę, że Mark jest naprawdę zraniony. Myślę, że lubi i szanuje Obamę. Nie jest przyzwyczajony do szczerej krytyki od kogoś bardziej wpływowego od siebie. A takich osób w jego otoczeniu jest bardzo niewiele.
Tłumaczenie: Małgorzata Morel.
Sródtytuły pochodzą od redakcji.
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-02-23T09:52:12+01:00
Aktualizacja: 2026-02-23T09:28:07+01:00
Aktualizacja: 2026-02-23T09:21:29+01:00
Aktualizacja: 2026-02-23T08:01:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-23T07:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-23T06:23:50+01:00
Aktualizacja: 2026-02-23T06:20:28+01:00
Aktualizacja: 2026-02-23T06:15:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-23T06:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T16:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T16:10:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T16:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T09:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T09:10:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T09:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T08:30:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T08:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T08:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T07:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T07:10:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-22T07:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T16:40:29+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T16:38:32+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T16:37:51+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T16:36:18+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T16:32:12+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T16:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T12:24:56+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T12:24:11+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T09:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T09:10:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T09:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T08:30:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T08:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T08:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T07:20:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T07:10:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-21T07:00:00+01:00
Aktualizacja: 2026-02-20T23:39:14+01:00
Aktualizacja: 2026-02-20T20:43:25+01:00