REKLAMA

Odwołał koncert z powodu hałasu w hotelu. I ja go rozumiem

Zamiast śmiać się, że dla kogoś nadmiar dźwięków jest wymówką i usprawiedliwieniem, może powinniśmy zastanowić się, dlaczego hałas tak bardzo na nas wpływa i męczy?

problemy z halasem
REKLAMA

Morrissey odwołał koncert w hiszpańskiej Valencii z powodu hałasu, który dobiegał do jego hotelu i uniemożliwił wypoczynek. Światowa muzyczna prasa ma ubaw, bo powód wydaje się absurdalny, aby zrezygnować z występu. Bycie na scenie to praca, a przecież każdy musi wykonywać swoje obowiązki, nawet gdy się nie wyśpi lub jest w złym humorze.

Nie zawsze można się wymigać zwykłym "nie mam siły", więc tym bardziej nie powinni robić tak muzycy, na których fani czekają. Na dodatek dla nich to tylko dwie godziny stania na scenie, a potem mogą pławić się w luksusie. Ci, którzy dzień w dzień zaciskają zęby i mimo bólu walczą z przeciwnościami losu, nie mogą sobie często pozwolić na jakikolwiek komfort i wypoczynek. Mało tego, to właśnie oni wydają zarobione pieniądze na bilet, a potem sfochowana gwiazda odmawia im rozrywki.

REKLAMA

Odwołanie koncertu z powodu zmęczenia, który był konsekwencją hałasu, wywołało więcej szumu niż nowa, naprawdę świetna płyta Morrisseya, którą wydał po długiej przerwie. Teoretycznie nie powinno być w tym niczego dziwnego ani zaskakującego, choć jako fanatyk odbieram to inaczej i traktuję jako jawną niesprawiedliwość, dowód, że wszyscy się uwzięli i tylko czekają na okazję do podgryzienia. Wybaczcie, ulało mi się, ale też zrozumcie moją perspektywę.

W końcu w tym przypadku – mogą bronić się szydercy - istotny jest też kontekst i fakt, że Morrissey regularnie odwołuje koncerty, często w ostatniej chwili. Czasami fani są informowani, że to z powodów zdrowotnych, niekiedy nie dostają żadnego wyjaśnienia.

Z perspektywy wiernego fana wygląda to tak: trzeba podjąć ryzyko, bo stawka jest wysoka. Jeżeli nic się nie wysypie, zobaczysz na scenie muzycznego bohatera. Jeśli coś pójdzie nie tak, to cóż, najwyżej zwiedzisz nowe miasto.

Tak, łatwo mi to pisać, bo byłem na feralnym warszawskim koncercie z 2014 r., kiedy Morrissey opuścił scenę z sobie znanych powodów po kilku kawałkach i już na nią nie powrócił. Trzy dni później jak gdyby nigdy nic zagrał w Krakowie, ale na ten występ już nie dotarłem. Do dziś nie wiem czemu. Do dziś mam o to do siebie pretensje.

Wydarzenia sprzed ponad 10 lat nie zostały zapomniane

Kiedy Morrissey grał w Polsce rok temu latem, w komentarzach żartownisie pisali, że pewnie i tak odwoła albo się obrazi. Nie jest to oryginalny żart, pojawia się pod niemal każdym wpisem dotyczącym artysty. Inni, obdarzeni wybitnym poczuciem humoru, zapowiadali, że przyniosą na koncert kiełbasę i tak zrobią na złość osobie, która nie je mięsa. To też nie było zbyt odkrywcze.

Być może wielu polskich fanów Morrisseya rzeczywiście obraziło się za incydent z 2014 r. albo z innych powodów nie dotarło do Krakowa. A być może Morrissey nigdy nie był u nas aż tak popularny, aby wypełnić ogromną halę, nawet jeżeli jej znaczna część była wyłączona z użytku. I cóż z tego: w tamtym roku Morrisseya widziałem trzy razy i to chyba koncert krakowski był najlepszy. Nieliczni, ale fanatyczni.

Na pewno nie byłem w gronie obrażonych. Doceniam tę wrażliwość, która każe postępować czasami nieracjonalnie, głupio, wbrew sobie, a przede wszystkim ze szkodą dla tych, którzy tak cię wielbią. Wystarczyło mi tych kilka utworów w Warszawie, z otwierającym koncert "The Queen Is Dead", żeby nie mieć żalu i pretensji. A później każda kolejna piosenka, płyta, koncert, nagranie z koncertu.

Chciałbym to wytłumaczyć, ale wiem, że nie umiem. Późniejsze momenty oczekiwania na wyjście, utwory, które tak dobrze znam i które znaczą dla mnie tak wiele, bycie wśród ludzi, którzy dzielą tę samą pasję – to musi brzmieć banalnie i w żaden sposób, nawet najmniejszy, nie wyjaśnia przyczyn, dla których kolejny koncert Morrisseya mógłby się skończyć dla mnie znowu po pięciu, trzech, a nawet jednym utworze. Niech nawet będzie, że nie w całości. Ważne, że miałbym okazję znowu to przeżyć.

Naprawdę nie umiem tego wytłumaczyć, chociaż wiem, o co mi chodzi. Wiem nawet, że wszystko wyjaśnia np. utwór kończący nowy album. M.in. w nim kryje się cała tajemnica. Tylko co z tego, jeżeli nie potrafię tego opisać, odpowiednio przekazać.

Czy artystom można pozwalać na więcej? Czy powinno robić się ze zwykłych ludzi, choć obdarzonych talentem, bożków, wyrocznie? W wielu przypadkach na pewno nie. Ale jest we mnie ta dziwna potrzeba fanatyzmu. Może nie tyle co chęć pójścia w ogień, ale przynajmniej zrozumienie, że można postępować inaczej, niż nam się wydaje, że ktoś powinien. Zaakceptowanie, że stoi za tym coś, co jednocześnie odpowiedzialne jest za te chwile wzruszenia, radości, smutku, które potem otrzymujemy w dziele. I oczywiście nie mam na myśli tu rzeczy absolutnie złych, polegających na robieniu krzywdy innym. Bardziej chodzi mi o zwykłe ludzkie słabości. Być może dostrzegając je w kimś, kogo się wielbi, łatwiej zaakceptować je u innych. Albo u siebie.

Piszę o tym wszystkim, chociaż przypadek koncertu w Valencii jest wyjątkowy. Powód, by zrezygnować z aktywności – pracy, ale i nawet wypoczynku czy hobby – ze względu na męczący hałas jest całkowicie zrozumiały. Krytycy powinni odłożyć swoje uprzedzenia na bok i stwierdzić: dobra, zgoda, tu może mieć rację. Powinni dodać, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Nie każdy ma możliwość, by postawić granicę i powiedzieć, że przez to czegoś nie zrobią. A może świat byłby lepszym miejscem, gdybyśmy właśnie mogli to zrobić. I dążyli do zmiany, a zamiast tego śmiejemy się, że ktoś z tej furtki korzysta.

Na grupkach o Morrisseyu ktoś wrzucił filmiki z hiszpańskiego miasteczka, gdzie trwa aktualnie bardzo głośny festiwal. Odpalane są petardy, ludzie się bawią. Nawet bez dowodu mógłbym jednak zrozumieć, że kogoś hałas przerasta. Męczy. Nie daje zasnąć ani odpocząć.

- W odróżnieniu od wielu innych zanieczyszczeń, hałas oddziałuje na nas codziennie i często przez wiele godzin, czasami podświadomie – mówi dr Grzegorz Chrobak, kierownik Laboratorium Audiosfery i Akustyki Środowiska Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.

Naukowiec przytacza przykłady osób, które wychowywały się w miastach silnie uprzemysłowionych, jak choćby Birmingham czy nasze Zagłębie Śląskie.

Dla nich rytmiczne uderzenia kół pociągów towarowych czy dźwięki o charakterze technofon (gwizdek fabryczny końca zmiany) nie powodują wzrostu stresu czy niepokoju, czasami wręcz przeciwnie, bo kojarzą się np. ze szczęśliwym dzieciństwem - zauważa.

Właśnie dlatego hałas jest tak trudnym przeciwnikiem. Dla każdego hałas może znaczyć coś innego. Dlatego tak bardzo irytujące są odpowiedzi, że przecież w mieście musi być głośno. Że w sklepach zawsze będzie towarzyszyć nam głośna muzyka i próbujące przekrzyczeć ją komunikaty głosowe. I tak dalej, i tak dalej.

"Tworzymy świat, w którym cisza jest zbrodnią, marnotrawstwem" – pisze w książce "Okrutni bogowie" Paul Kingsnorth.

Cisza to "pustka, którą należy wypełnić"

A tych, którzy chcą się podjąć tego zadania, nie brakuje. Z każdym ich działaniem brakuje miejsca dla tych, którzy chcieliby się przed hałasem schować. Umożliwia im się wprawdzie ukrycie w specjalnych budkach coraz częściej ustawianych w szkołach, tworzy się wagony ciszy, nie puszcza muzyki przez godzinę w sklepie, ale to o wiele za mało. Zbyt wielu nam hałas przeszkadza i po prostu się nie pomieścimy. Potrzebujemy tej pustki. Oddajcie nam ją.

W wielu miastach postuluje się wprowadzenie fotoradarów akustycznych, dzięki którym będzie można łapać tych, którzy jeżdżą za głośno.

– Nie jest to jednak rozwiązanie, ponieważ ograniczy tylko najbardziej uciążliwe źródła hałasu, na przykład bardzo głośne motocykle lub pojazdy z przerobionymi układami wydechowymi, ale nie rozwiąże problemu hałasu komunikacyjnego jako takiego. Ten wynika głównie z natężenia ruchu i struktury transportu w mieście – komentuje dr Grzegorz Chrobak.

Potrzebujemy więc zupełnie innego podejścia do hałasu. Spojrzenie na problem jako na całość, a nie pojedyncze rzeczy czy osoby będące źródłem nieprzyjemnych dźwięków. Potrzebujemy innych miast. Zielonych, dających się schronić i wyciszyć.

REKLAMA

Tymczasem bardzo często dalej lęk przed dźwiękami odbiera się jako fanaberię, zwykłą wymówkę, jako zamiennik hasła: nie chcę mi się (w domyśle: bo jestem leniwy). A może naprawdę niektórzy już nie mają siły.

Przede wszystkim potrzebujemy więc zrozumienia.

REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: 2026-03-13T16:35:54+01:00
Aktualizacja: 2026-03-13T16:12:26+01:00
Aktualizacja: 2026-03-13T15:30:46+01:00
Aktualizacja: 2026-03-13T13:00:01+01:00
Aktualizacja: 2026-03-13T12:01:49+01:00
Aktualizacja: 2026-03-13T09:37:33+01:00
Aktualizacja: 2026-03-13T08:45:23+01:00
Aktualizacja: 2026-03-13T06:15:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-13T06:05:00+01:00
Aktualizacja: 2026-03-13T05:54:42+01:00
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA