1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Obiecali nam latające samochody. Dostaliśmy spersonalizowane reklamy

W XXI wieku mieliśmy mieć bazy na Księżycu i latające samochody, pokonać choroby i głód. Zamiast tego żyjemy w cieniu katastrofy klimatycznej, przed którą niektórzy chcą uciekać w metawersum. Wielkie korporacje pod płaszczykiem innowacyjności wciskają jeszcze więcej tego samego lub oferują sprawdzone rozwiązania pod nową nazwą. 

Obiecali nam latające samochody. Dostaliśmy spersonalizowane reklamy

Kilka tygodni temu Spotify ogłosiło powstanie nowej, przełomowej usługi – Spotify Live. Znajdą się w niej nadawane na żywo podcasty – rozmowy z twórcami, sportowcami, postaciami popkultury, influencerami. Z czymś ci się to kojarzy, Czytelniku?

A jakże! Spotify uroczyście ogłosiło, że wynalazło radio. To samo radio, które z wielkim zapałem przez lata zwalczało i przekonywało, że to przeżytek. Wszystko zgodnie z dwiema ulubionymi maksymami Doliny Krzemowej (i Big Techu w ogólności): "move fast and break things" oraz "disrupt the markets", czyli w wielkim skrócie po trupach do celu.

Spotify zniszczyło istniejący ekosystem radiowo-muzyczny obietnicą dostępu do całości nagranej muzyki w dowolnym miejscu i czasie. Słuchacz wybierze muzykę, na którą ma ochotę, koniec ze strażnikami dostępu, streamingowa rewolucja przyniesie pełną wolność. Tylko że ta obietnica okazała się nierealna. Jednych gatekeeperów – dziennikarzy i wydawców radiowych – zastąpili inni, czyli algorytmy i kuratorzy playlist. Ogrom wyboru poraża. W tym gąszczu nadprodukcji muzyki nie da się więc samemu poruszać.

Następnie Spotify skupiło się na podcastach, w nich wieszcząc przyszłość. Każdy mógł być podcasterem i mówić o tym, co dla niego ważne. Szwedzi wykupili kilka startupów w tym sektorze, zapowiedzieli inwestycje, wreszcie podpisali kontrakt na wyłączność z Joe Roganem. Teraz, po wydaniu miliardów dolarów stawiają z powrotem na staroświeckie radio. Ogromna innowacja.

Wymyślmy sobie telewizję i autobusy

Przeżywający kryzys Netflix przebył podobną drogę, co Spotify i składał podobne obietnice. Możesz obejrzeć, co chcesz, kiedy chcesz i z kim chcesz. Po co ci kablówka z płatnymi kanałami, skoro masz wszystko w jednym miejscu. Wszystko, czego chcesz i jeszcze więcej. Znów się okazało, że to po prostu za dużo. Od listopada 2020 roku Netflix we Francji eksperymentował z Direct – quasi-kanałem telewizji kablowej. Tak jest, tej samej, którą miał zabić. Direct sprawdził się tak bardzo, że zostanie wprowadzony globalnie. Szczególnie przyda się w rosnącym segmencie reality show: ludzie będą mogli głosować na swoich ulubieńców. Dziś atakowany ze wszystkich stron przez konkurencyjne platformy należące do gigantów – Apple TV+, Amazon Prime Video, HBO MAX, Disney+ – Netflix szuka sposobu na ucieczkę do przodu. Na razie wybiera drogę cięcia kosztów, czyli po prostu zbiorowych zwolnień.

Fot. Tero Vesalainen / Shutterstock.com

Iluzją okazał się też model Ubera, ciągle i niesłusznie określanego jako startup. Uber nie tylko zwolnił swoją ekspansję, ale z wielu rynków musiał się wycofać, na innych poddał się regulacjom, przeciwko którym walczył. Na większość zarzutów Uber odpowiadał, że to sytuacja przejściowa, że zbierają dane do stworzenia systemu autonomicznych samochodów. A jak już się to uda, transport czeka świetlana przyszłość.

– Okazuje się jednak, że ta technologia wcale nie jest tuż za rogiem. Do tego regulatorzy nie chcą wpuszczać autonomicznych samochodów na drogi. Uber przepalił miliardy dolarów na biznes, który nie ma szans się zwrócić. Utrzymuje swoje miejsce na rynku jedynie za pomocą dumpingowych cen. Weryfikacja ich modelu biznesowego zaraz nastąpi – mówi Jan J. Zygmuntowski, ekonomista z Akademii Leona Koźmińskiego.

Jednym z "rewolucyjnych" pomysłów Ubera w 2018 roku było wprowadzenie "Express Pool", tańszej usługi, która polegałaby na tym, że jeden większy uber poruszałby się po ustalonej wcześniej trasie i nie podwoził klientów pod sam dom, tylko na ustalone wcześniej przystanki. Tak oto Uber próbował wymyślić na nowo transport zbiorowy, a dokładniej autobus. Wtedy się nie udało, ale Uber nie zrezygnował z tego pomysłu. Po prostu przeniósł go do Kairu, gdzie w ubiegłym roku uruchomił Uber Bus, w ramach której można zarezerwować miejsce w klimatyzowanym busiku. Taka luksusowa marszrutka. Z wymyślaniem autobusów na nowo eksperymentował – jeszcze przed Uberem – Lyft, wprowadzając Lyft Shuttle.

Transport jest też jedną z obsesji Elona Muska. Sukcesem jest Tesla, ale znów, samochód elektryczny ma tak samo długą historię jak samochód napędzany silnikiem spalinowym. Hyperloop to ciągle pozostający w sferze koncepcji w zasadzie superszybki pociąg (ale bez większości zalet kolei dużych prędkości – dużej przepustowości i relatywnej dostępności, za to ze wszystkimi jej wadami: specjalną infrastrukturą, wysokimi kosztami budowy, ingerencją w środowisko).

The Boring Company kopie tunele pod Las Vegas i Los Angeles przeznaczone tylko i wyłącznie dla Tesli, coś w rodzaju prywatnego systemu metra. – Jest tu element walki klas. Tunele Muska nie wpuszczają każdego. Ci ludzie dostają potężną infrastrukturę, nieskalowalną, niewydolną, ale pozwalającą im zhakować system, poruszać się pod miastem, z daleka od plebsu stojącego w korkach. Z busami Ubera jest podobnie. Czy po wyparciu taksówek i transportu publicznego transport oferowany przez Ubera będzie dostępny dla wszystkich? Nie sądzę. Do tego to prywatna firma, nie da się jej społecznie kontrolować, jak samorządu – wyraża swoje wątpliwości Zygmuntowski.

Kolejne przykłady wielkich technologicznych biznesów opartych na recyklingu pomysłów już dawno wprowadzonych można by mnożyć i mnożyć.

Trzy lata temu Dolinę obiegł rewolucyjny pomysł na szkolnictwo wyższe. Studenci zamiast płacić czesne na bieżąco, spłacaliby koszt swojej edukacji z przyszłej pensji, proporcjonalnie do uzyskiwanego dochodu. To nie pierwszy raz, kiedy branża technologiczna wymyśla podatki. Startup Cooperative Capital co prawda działa w Detroit, ale myślenie mają rodem z Kalifornii. Wyobraźcie sobie, że jest pewna społeczność, która chce mieć wpływ na to, co dzieje się w sąsiedztwie. Wtedy cały na biało przychodzi Cooperative Capital ze swoim genialnym pomysłem – zróbcie zrzutkę z własnych pieniędzy, a potem będziemy dyskutować, jak te środki wykorzystać. I tak oto za jednym zamachem wymyślili i podatki, i samorząd lokalny. Podniesienie podatków, wzmocnienie roli samorządu? Na to nie ma przecież zgody.

Dylemat innowacji

Jak doszliśmy do tego momentu? Prof. dr hab. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego i Berkman-Klein Center for Internet and Society na Harvardzie zwraca uwagę na prosty fakt: innowacyjność to ryzyko. – Brak innowacyjności dużych korporacji, skądinąd, jest dobrze udokumentowany i bierze się z nieuniknionych procesów proceduralizacji i biurokratyzacji, występujących w rosnących organizacjach. Koniec końców głównym ryzykiem decydentów jest podjęcie kosztownej decyzji, co powoduje, że starają się unikać innowacji jak ognia, bo innowacje z natury obarczone są dużym ryzykiem. Próbuje się temu przeciwdziałać na różne sposoby, zarówno zachęcając do innowacyjności wewnątrzorganizacyjnej, jak i przykładowo tworząc dobre systemy przejmowania startupów, które takie innowacje wypracowują – tłumaczy.

Jan Zygmuntowski wskazuje na to, że my do czynienia po prostu z kolejnymi oligopolami w najważniejszych branżach: technologii cyfrowych, przemysłu motoryzacyjnego, farmaceutycznego. – Są poważne dowody ekonomiczne na to, że innowacyjność spada. Fuzje, przejęcia, zgłaszanie patentów służą obecnie przede wszystkim do blokowania konkurencji i przejmowaniem istniejących strumieni dochodów, co jest łatwiejsze – tłumaczy ekonomista. 

Do tego dochodzi coraz trudniejsza walka na istniejących rynkach. – Jeśli wielki podmiot wchodzi na zupełnie nowy rynek, to jego pozostali uczestnicy mogą się spodziewać, że będzie próbował przejąć jak największy kawałek tortu, może nawet go zmonopolizować. Dlatego wstrzymują wydatki inwestycyjne i nastawiają się na walkę na wyniszczenie, przetrwanie, stawiają na optymalizację kosztów, kampanie marketingowe – dodaje Zygmuntowski.

Ale to wcale nie jest jakaś nowa refleksja. To, że im większa dominacja czołowych firm w danej branży, tym mniejsza szansa na podejmowanie przez nie ryzyka, wykazał już w 1997 roku profesor Harvardu Clayton Christensen w książce "The Innovator's Dilemma" ("Dylemat innowatora: kiedy nowe technologie powodują upadek wielkich firm"). Tyle że po roku 2000 – czyli już po pęknięciu bańki dot.com – czołowe firmy technologiczne poszły pod prąd tym twierdzeniom i zaczęły szaleńczo inwestować w innowacje. I to wtedy obserwowaliśmy ich najsilniejszy wpływ na świat. Często wręcz kanibalizujący branże, z których się wywodził – jak choćby Netflix, który praktycznie dobił świat wypożyczali wideo i DVD.

Ale ten impet wyraźnie osłabł. I widać to wyraźnie ponownie na przykładzie Netfliksa, szczególnie w momencie, gdy wybuchły wojny streamingowe. Ten wciąż przecież potentat VOD nie tylko, jak już wspominaliśmy, zdecydował się po raz pierwszy w swojej historii na zwolnienia (choć tak naprawdę kryzys, jaki przechodzi, jest obiektywnie znikomy, stracił ledwie promil klientów), ale także rozważa wręcz wprowadzenie reklam. Tym samym jeszcze bardziej dokona obrotu o 180 stopni do kształtu tradycyjnej telewizji.

Ale to nie jedyny przykład rezygnacji z innowacji na rzecz okopywania się na zastałych pozycjach. – Ogromny spadek inwestycji w innowacje w Stanach Zjednoczonych na rynku spożywczym został spowodowany przez przejęcie Whole Foods przez Amazona. Automatycznie oznaczało to, że gigant przerzuci zasoby wypracowane w e-commerce na nowy rynek. Wszyscy konkurenci wiedzieli, że wchodzą w sprint, wyścig z Amazonem i wstrzymali inwestycje w innowacje. Whole Foods pozycjonował się jako innowacyjne przedsiębiorstwo, ale wprowadzenie sklepów bez kas wiele nie zmienia. Prawdziwe przełomy w tym sektorze to chociażby kuchenka mikrofalowa, która zrewolucjonizowała dostępność żywności czy zmodyfikowany genetycznie złoty ryż, który ocalił setki milionów ludzi od głodu i utraty wzroku. To są prawdziwe przełomy w sektorze spożywczym – tłumaczy Zygmuntowski.

Kosmiczny wyścig po innowacje

Nie znaczy to jednak, że całkowicie utraciliśmy zdolność innowacji. Zostańmy przy przemyśle żywnościowym. Coraz mocniej rośnie sektor roślinnych zamienników mięsa, co może pomóc w powstrzymaniu globalnych zmian klimatu. Hodowla bydła i trzody jest jednym z największych źródeł emisji.

– Innowacyjności trzeba obecnie szukać przede wszystkim w startupach, zwłaszcza takich, które rozwijają się bez kroplówki w postaci zewnętrznego finansowania. Startupy, które są w stanie rosnąć przez bootstraping (finansowanie się z środków własnych) lub z niewielkim wsparciem inwestorów zazwyczaj mają to coś. W przypadku Ubera natomiast do dziś nie wiemy, w jakim stopniu będzie długotrwale rentowny, bo ciągle nie jest jasne, jaki model na rynku, na którym działa, okaże się dominujący, z jakimi progami cenowymi już bez przepalania gotówki od funduszy venture capital – mówi Jemielniak.

Korporacje z przełomu XIX i XX wieku były bardziej innowacyjne niż obecne, również dlatego, że działały wcześniej w innym otoczeniu prawnym, z mniejszą ochroną pracownika, klienta, praw autorskich. – Większość dobrych pomysłów już powstała. Dzisiaj innowacja nie polega na nowym produkcie, a na opakowaniu produktu, który stanowi odgrzanie pomysłu ze sfery publicznej w postaci produktu czysto komercyjnego. To charakterystyczne dla fenomenu "gospodarki dzielenia", którą z prof. Aleksandrą Przegalińską nazywamy "gospodarką niedzielenia" (unsharing economy). Bardzo często sprowadza się ona do redukowania dóbr wspólnych pod hasłem innowacji i dzielenia się czymś. Dlatego wolimy mówić o społeczeństwie współpracy i taki tytuł ma nasza książka – które obejmuje zarówno te PR-owe harce korporacji, takich jak Uber, jak i autentyczne społecznościowe innowacje, jak Wikipedia czy Linux – mówi Jemielniak.

fot. Lerbank-bbk2 / Shutterstock.com

Skoro głównym napędem dla innowacji od zarania kapitalizmu był zysk, inne motywacje schodziły na dalszy plan. Niektóre wynalazki, jak benzyna ołowiowa, choć przyniosły ogromne pieniądze, wyrządziły równie poważne szkody. W zasadzie ostatni okres, kiedy korporacje były naprawdę innowacyjne, to wyścig kosmiczny, w którym podstawową rolę odgrywały państwa, a konkretnie wyścig technologiczny między mocarstwami. To państwa postawiły ambitne cele, to państwa sfinansowały badania podstawowe, to państwa też finansowały działy badawcze firm.

I to zadziałało. Nie tylko faktycznymi sukcesami w podboju kosmosu, ale także konkretnymi zyskami w postaci kolejnych innowacji i wynalazków. Dzięki wyścigowi kosmicznemu mamy kamery cyfrowe, laptopy, teflon, rezonans magnetyczny. – Innowacje zaczynają się od badań podstawowych. Weźmy mechanikę kwantową. Dopiero teraz po ponad 70 latach badań pojawiają się pierwsze, proste komputery kwantowe wykorzystujące splątanie cząstek. To przełom, ale żadna korporacja nie wzięłaby na siebie ryzyka siedmiu dekad badań bez gwarancji sukcesu. Dopiero teraz prywatne firmy wchodzą w badania nad komputerami kwantowymi – podkreśla Zygmuntowski.

Make Innovations Great Again 

Dolina Krzemowa w szczególności i wielkie korporacje w ogólności sprzedają swoje produkty i budują swój image jako wysoko innowacyjny, również dlatego, że to do pewnego stopnia ochrona przed społeczną i rynkową weryfikacją. To jedyne uzasadnienie, jakie mają dla swoich monopoli, praktyk nieuczciwej konkurencji czy nawet nielegalnych zachowań.

Elon Musk korzysta nałogowo z Twittera i interesuje się kryptowalutami. Szczególnie upodobał sobie dogecoina, którą nazywa "kryptowalutą ludu" (choć dogecoin powstał jako parodia kryptowalut; dowód na to, że nawet najgłupszy i najbardziej bezsensowny pomysł chwyci w środowisku kryptoentuzjastów). Za każdym razem, kiedy Musk tweetuje o dogecoinie, jego wartość rośnie. Nie tak dawno Musk ogłosił, że dogecoinami będzie można płacić za teslowe gadżety, czym tylko umocnił pozycję tej kryptowaluty. Swoimi komunikatami wzmacnia własne aktywa, jest posiadaczem znacznej ilości dogecoinów. – To, co zrobił Musk z dogecoinem, tak naprawdę podpada pod nielegalną spekulację i gdyby coś takiego zrobił ktokolwiek inny, od razu zainteresowałby się nim SEC – mówi Zygmuntowski.

Musk może jednak spać spokojnie. Przecież ze swoją wielką misją podboju Marsa przekonuje, że zbawia świat i ludzkość. Dodatkowo walcząc z poprawnością polityczną na Twitterze, przekonuje, że jego plan – choć coraz bardziej widać, że może nic z tego nie wyjść – zakupu tego portalu społecznościowego podyktowany jest wyższą wartością wolności słowa. Dzięki temu może palić trawkę na antenie, trollować inwestorów (właśnie pozwali go za niejasną propozycję akwizycji Twittera), obrażać Billa Gatesa, mobbingować pracowników, obnażać się przed stewardesami. Zawsze znajdą się wielbiciele, którzy z sekciarskim zapałem będą go bronić. Jak i innych miliarderów z wielką wizją.

– W Dolinie Krzemowej w wielu kręgach panuje kult libertarianizmu, którego naczelnymi kapłanami są Peter Thiel i Elon Musk. Ten pierwszy promował swego czasu pomysły tworzenia samorządnych państewek na platformach wiertniczych z redukcją części wspólnych niemal do zera, choć nawet libertarianie zazwyczaj uważają, że wojsko, policja i drogi powinny być finansowane z podatków. Oczywiście libertariańskie i indywidualistyczne poglądy nie przeszkadzają zupełnie Muskowi żyć z państwowych dotacji dla Tesli i SpaceX, bez których nie miałby najmniejszych szans tych biznesów wykreować – mówi Dariusz Jemielniak.

Nawet jednak wspomniany Thiel kilka lat temu powiedział słynne słowa o tym, że mieliśmy mieć latające samochody, a mamy 140 znaków, czyli Twitter. Tym samym wyraził globalny żal za faktycznie wielkimi wynalazkami, które zaczęłyby zmieniać na korzyść nasze życia.

Elon Musk. Il. thongyhod / Shutterstock.com

Jak na nowo rozbudzić innowacyjność, jak sprawić, żeby inwestycje w innowacje naprawdę pomogły rozwiązać ważne problemy, a nie polegały na sprzedawaniu po raz kolejny tego samego w nowym, atrakcyjniejszym opakowaniu? Coraz częściej postuluje się wielkie misje, projekty cywilizacyjne. Najgłośniejszą propagatorką podobnych rozwiązań jest włoska ekonomistka Mariana Mazzucato, autorka "Przedsiębiorczego państwa". W tej książce Włoszka dowodzi, że bez impulsu ze strony państwa innowacje popychające cywilizację do przodu nie są możliwe.

– Wszystkie innowacje będą napędzane tą misją. Środki państwo przeznacza nie na jedną konkretną technologię, ale na poszukiwanie sposobu, jak te misję wykonać. Czy będzie to ponowne wysłanie człowieka na Księżyc, ograniczenie emisji czy likwidacja raka. W ten sposób działa Unia Europejska – mówi Zygmuntowski. 

Jemielniak widzi rolę państwa i struktur ponadpaństwowych trochę inaczej, w ściślejszej kooperacji z biznesem. – Rola państwa to przede wszystkim finansowanie edukacji, w tym także programów realizowanych przez uczelnie z biznesem, a nakierowanych na innowacyjne rozwiązania. W drugiej kolejności to także finansowanie innowacji w startupach, ale jedynie ręka w rękę z inwestorami – czyli zmniejszanie ryzyka. Dobrym rozwiązaniem byłoby także wynagradzanie decydentów i decydentek w agencjach państwowych, które zajmują się selekcją startupów, w powiązaniu od ich powodzenia. I do tego mogłyby też służyć choćby miniudziały tych agencji w finansowanych startupach, co miałoby sens, gdyby tak uzyskiwane finansowanie było nadal tańsze finansowo i organizacyjnie od VC – mówi ekspert.

Wisi nad nami katastrofa klimatyczna. Innowacyjność i ambicja, która wysłała człowieka na Księżyc, jest potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. Oczywiście, tej ambicji nie da się odmówić Muskowi. To on razem z Jeffem Bezosem ściga się, kto pierwszy skolonizuje Marsa. Jednak miliarderzy zdają się zapominać, że na razie najważniejsza jest Ziemia. Zamiast nowych, lepiej śledzących aktywność w internecie algorytmów, wymyślania na nowo radia, telewizji czy metra potrzebne są rozwiązania, które ocalą ludzkość i planetę. Kto wie, może przy okazji doczekamy się też tych latających samochodów.

Zdjęcie główne: Malchev / Shutterstock.com

DATA: 6.06.2022