SW+

100 dni Bidena. Dolina Krzemowa i przeciwnicy Big Tech na wojnie o wpływy u prezydenta USA

100 dni Bidena. Dolina Krzemowa i przeciwnicy Big Tech na wojnie o wpływy u prezydenta USA

Po cichu, gdzieś w tle pandemii i kryzysu gospodarczego toczy się rozgrywka, która może nam zagospodarować świat na długie dekady. W wojnie o to, kto i jak bardzo ureguluje Wielką Technologię, obie strony starają się rozmieścić swoje wojska na jak najlepszych pozycjach. A nie ma dziś cenniejszego miejsca niż w otoczeniu prezydenta USA.

Na długo zanim Joseph Robinette Biden Jr. stanął pod budynkiem Kapitolu 19 stycznia 2021, by złożyć przysięgę prezydencką, zaczęła się pierwsza rozgrywka personalna w jego administracji. Co więcej, trwała ona jeszcze zanim w ogóle było wiadomo, że Biden wygra te wybory. Toczyła się przy pomocy wieczornych telefonów, szeptów na bankietach z politykami i mejli z kompletami CV w załączniku. Była to jedna z tych potyczek, które dziennikarzom trudno jest złapać na żywo – ale zarazem nikt nie ma wątpliwości, że trwa ona w najlepsze. Także gdy uwagę milionów przykuwa kampania wyborcza i prezydenckie debaty. Z punktu widzenia – przynajmniej niektórych – biorących w niej udział graczy to nawet lepiej, że nie depczą im po piętach dziennikarze i wszystko odbywa się w cieniu bardziej spektakularnych wydarzeń. 

W tej rozgrywce starła się z jednej strony Dolina Krzemowa, a z drugiej zwolennicy ostrzejszego podejścia do Big Techów. Trochę jak w grze w gorące krzesła (choć o nieporównywalnie wyższe stawki): chodziło o to, by zająć jak najwięcej miejsc w amerykańskim rządzie dla przyjaciół lub krytyków platform cyfrowych. Dolina Krzemowa miała w tym starciu olbrzymie środki finansowe na lobbing, pielęgnowane latami sieci kontaktów i niezwykłą determinację. Ale czas grał na jej niekorzyść. Z każdym kolejnym artykułem prasowym, raportem służb czy przesłuchaniem komisji w Kongresie o nadużyciach Wielkiej Technologii rosła presja opinii publicznej, by w końcu gigantów uregulować. 

Każda ze stron odniosła pewne zwycięstwa i poniosła porażki. Walka o to, kto i jak będzie decydował o losach platform cyfrowych i ich klientów, jest wciąż też daleka od rozstrzygnięcia. Po 100 dniach prezydentury Bidena nikt jednak już nie powie, że technologia nie jest polityczna. Przeciwnie – te personalne rozgrywki i walkę o każdy urząd ogląda się dziś z zainteresowaniem takim, jak kiedyś grę o najwyższe urzędy w polityce zagranicznej i obronności. 

Albo i większym. Bo to faktycznie gra o przyszłość. 

Doktorantka kontra gigant

„Jeff Bezos rozwijał swój biznes tak, jak gdyby najpierw stworzył mapę prawa antymonopolowego, a następnie poruszał się wyłącznie po szlakach, które pozwalają je ominąć. Amazon szedł w stronę monopolu, nucąc starą śpiewkę o konkurencyjności” – pisała w 2017 roku Lina Khan, niespełna 29-letnia wówczas doktorantka i prawniczka. „Amazon jest dziś nie tylko sprzedawcą, ale platformą marketingową, siecią obsługującą dostawców i logistykę, operatorem płatności, liczącym się wydawcą książkowym, domem aukcyjnym, wytwórnią filmową i telewizyjną, projektantem mody, producentem sprzętu elektronicznego oraz wiodącym dostawcą przestrzeni w chmurze i mocy obliczeniowych” – wyliczała Khan. Jej tekst opublikowany na łamach Yale Law Journal uznano wtedy za przełomowy. 

Główna teza Khan mówiła bowiem, że cała filozofia prawa antymonopolowego w USA jest dziś – w obliczu potęg w rodzaju Amazona – zwyczajnie przestarzała. Dotychczas bowiem uważano, że monopol jest groźny, gdy zaczyna zawyżać ceny i nadmiernie obciążać konsumentów. Khan na przykładzie Amazona pokazała, że nowe platformy mogą działać antykonkurencyjnie i zaburzać funkcjonowanie rynków, cały czas utrzymując niskie ceny i wysoki standard obsługi klienta. Działając przez lata na stracie, uzależniają od siebie i klientów, i inne branże właśnie przez zaniżanie cen i tworzenie warunków, w których innych na cenową konkurencję zwyczajnie nie stać. 

fot. Ascannio

Dziś autorka tej tezy – w wieku 32 lat – została wytypowana przez prezydenta Joe Bidena na kolejną członkinię FTC (Federalnej Komisji Handlu), gdzie jeszcze kilka lat temu była na praktykach i pełniła funkcje doradcze. Khan nie urodziła się w Stanach, ale w Londynie, jej rodzice pochodzą z Pakistanu. To jednak tylko jeden z powodów, dla których nominacja kogoś takiego jak Khan do ważnego federalnego urzędu jest niecodzienna. FTC łączy w sobie kompetencje urzędu ochrony konsumentów i agencji antymonopolowej, może wszczynać śledztwa, nakładać kary i proponować Kongresowi nowe przepisy. To FTC w grudniu 2020 roku wystąpiła do sądu przeciwko Facebookowi z oskarżeniem o nielegalne praktyki monopolistyczne.

Khan dołączy do już surowo nastawionego do technologicznych gigantów urzędu, gdzie większość głosów – FTC zgodnie z nazwą zarządzane jest komisyjnie – będą mieć w nadchodzących latach demokraci. Jeszcze kilka lat temu nie do pojęcia było, aby odważyli się oni powołać na podobne stanowisko kogoś, kogo do sławy katapultowała surowa krytyka i wezwania do rozbicia największej firmy w amerykańskim handlu. Co jasne, kandydaci na podobne stanowiska z ramienia partii republikańskiej mieli zazwyczaj dotychczas mocno wolnorynkowe poglądy i korzenie w prawicowych think-tankach. Demokraci chętniej nominowali prawników i profesorki, osoby z urzędniczą i naukową przeszłością. Ale niekoniecznie tak otwarcie rzucające rękawice korporacjom, które mają nadzorować. 

Przykład? Równo 10 lat temu Barack Obama powierzył Elizabeth Warren stworzenie agencji broniącej interesów konsumentów przed nieuczciwymi pożyczkami. Późniejsza kandydatka w demokratycznych prawyborach prezydenckich była wówczas znana właśnie ze swojej krytyki tych nieuczciwych praktyk i specjalizowała się w tematyce upadłości konsumenckiej. Gdy jednak skład agencji skompletowano, profesor Warren nigdy nie zaoferowano stanowiska szefowej. Z obawy, że nie przejdzie procesu nominacji lub by zawrzeć jakiś rodzaj kompromisu z sektorem finansowym – tak czy inaczej Consumer Financial Protection Bureau pokierował ktoś inny. 

Elizabeth Warren fot. Sheila Fitzgerald

Historia Warren i Khan ma o tyle dużo wspólnego, że i w przypadku Warren wszystko zaczęło się od artykułu naukowego. Oraz tego, że jej publikacje i wezwania do regulacji finansowych gigantów również wpadły wtedy w ręce doradców najważniejszych demokratycznych polityków. Różnica polega na tym, że szukający wówczas bezpiecznego środka demokraci poświęcili Warren na rzecz innych spraw. Dlatego dziś w nominacji Khan do FTC wielu chce odczytywać nie tylko delikatną zmianę nastroju, ale symbol całkowicie nowego kursu. Kursu, który nie wyklucza kolizji z gigantami w rodzaju Amazona. 

Wiekowy rewolucjonista? 

Paradoksalnie jednym z powodów, dla których kadencja 78-letniego Joe Bidena może okazać się decydująca dla przyszłości regulacji Wielkiej Technologii, jest wiek polityka z Delaware. Biden najprawdopodobniej nie będzie nawet ubiegał się o kolejne cztery lata w Białym Domu. I choćby dlatego nie widzi sensu, by zwlekać z kluczowymi i trudnymi reformami, które w innym przypadku można by przeprowadzić na późniejszym etapie kadencji. Demokraci rządzą dziś dzięki większości, która w senacie wisi na jednym głosie, jaki w przypadku remisu tradycyjnie przypada urzędującemu wiceprezydentowi – czyli Kamali Harris. W listopadzie 2022 roku dojdzie do wyborów uzupełniających, które mogą im tę większość odebrać. Czas na zdecydowane czy kontrowersyjne działania jest więc mocno ograniczony. 

Biden należy też do tej generacji demokratycznych polityków (podobnie jak Nancy Pelosi, najważniejsza osoba w Izbie Reprezentantów), którzy nie są zauroczeni geniuszem Bezosów, Dorseyów i Zuckerbergów tego świata. Biden był wiceprezydentem u Obamy, w szczycie romansu Doliny Krzemowej i Waszyngtonu, gdy zachwyt nad mediami społecznościowymi i demokratycznym potencjałem internetu był powszechny. Gdyby miał popaść w uwielbienie dla kalifornijskich innowatorów, stałoby się to już wtedy. Dodatkowo dziś konsensus w partii demokratycznej mówi, że potęga grupy GAFA – Google’a, Facebooka, Apple i Amazona – szkodzi wolnej konkurencji, prawom pracowniczym, mediom, a przede wszystkim demokracji. Dziesięć lat temu szefowie i dyrektorki korporacji technologicznych byli mile widzianymi gośćmi w Białym Domu, gdzie na poważnie pytano ich, jak uczynić świat lepszym. Teraz demokraci wzywają ich raz za razem na posiedzenia komisji w Kongresie, gdzie każą się spowiadać ze współpracy z Rosją, publikowania fake newsów i dezinformacji oraz podkręcania dzielących społeczeństwo algorytmów. 

Biden zrobił już też coś, co raczej nie przeszłoby przez głowę jego demokratycznemu poprzednikowi (choć Trumpowi już owszem). Zabrał głos w sporze z Amazonem. Gdy w Bessemer w stanie Alabama pracownicy giganta handlu postanowili się uzwiązkowić, urzędujący prezydent wprost wyraził dla nich swoje poparcie. „Pracownicy w Alabamie – i w całej Ameryce – głosują nad tym, czy założyć związek zawodowy w swoim miejscu pracy. To żywotna decyzja, którą powinni móc podjąć bez zastraszania i gróźb ze strony pracodawcy. To nie ode mnie zależy, czy ten związek powstanie. Ale nie zależy to też od właścicieli firmy. Decyzja, czy założyć związek zawodowy, należy wyłącznie do pracowników”. 

I choć prezydent nie wymienił z nazwy pracodawcy, o którego groźby i zastraszanie mu chodzi, wszyscy wiedzieli, że oświadczenie Bidena przygotowano właśnie przed głosowaniem nad uzwiązkowieniem Amazona w Alabamie. Niektórzy co bardziej lewicowi czy prodemokratycznie nastawieni komentatorzy zresztą nazwali te słowa wydarzeniem bez precedensu. Stanowisko Bidena jednak nie zmieniło wyniku głosowania, który wypadł niekorzystnie dla zwolenników założenia związku. Pod względem języka i retoryki wobec Big Techów Biden idzie jednak rzeczywiście bardziej w lewo, niż ktokolwiek spodziewał się po tym wiekowym polityku stroniącym od łatki radykała. 

„Nigdy nie byłem fanem Facebooka, jak pewnie wiecie. Nigdy nie byłem fanem Zuckerberga, myślę, że on stanowi duży kłopot” – tak Biden przekonywał redaktorów „New York Timesa” jeszcze na początku 2020 roku. W pewnym momencie tego wywiadu Biden zresztą nazywa jednego z prezesów z Doliny Krzemowej, z którym się spotkał jeszcze w czasach rządów Obamy, „zwyrolem” (creep) i mówi, jak w negocjacjach z nim prezesi cyfrowych platform mieli rzekomo szantażować go groźbą „wyłączenia internetu”. Co jednak ważniejsze, już wówczas dzisiejszy prezydent ogłosił, że platformy społecznościowe należy pociągnąć do odpowiedzialności za to, co jest publikowane na ich stronach. A konkretnie skasować „paragraf 230”, czyli prawo wyłączenia odpowiedzialności dla usługodawców. 

To kontrowersyjny postulat, bo nie brakuje głosów, że to właśnie fundamentalna zasada czy reguła internetu – administratorzy czy właściciele serwisów nie są ciągani po sądach za to, co robią ich użytkownicy. Z drugiej strony, świat się zmienił od czasów, gdy dominującą formą korzystania z internetu było przeglądanie sieci www i wymiana plików przez serwisy p2p. Dziś znów staje się aktualny staromodny argument Bidena, że skoro „New York Times” musi pilnować tego, co puszcza na swoich stronach i na czym zarabia, to i Facebook oraz YouTube też powinny. 

Nadzieje, że Biden nie tylko będzie mówił, ale i coś zrobi, tylko wzrosły, gdy prezydent do grona swoich doradców dołączył Tima Wu. Wu jest autorem kilku ważnych książek, w tym klasycznej już, napisanej przeszło 15 lat temu „Who Controls the Internet? Illusions of a Borderless World” o pozycji technologicznych gigantów. Co więcej, w ostatnich latach również ściślej zajął się kwestią działań antymonopolowych. To po tej nominacji telewizja CNBC ogłosiła, że Biden „wypakowuje po brzegi swoją administrację najbardziej wpływowymi krytykami technologii”. 

Ale czy faktycznie tak jest?

Doradcy i dolary 

Cofnijmy się na chwilę do 2015 roku, gdy Obama i Biden wyprowadzają się z Białego Domu, a Donald Trump i republikanie wygrywają wybory. Cała budowana przez Bidena od kilkunastu lat ekipa zostaje bez pracy. Także dlatego, że skoro współpracownicy Bidena i Obamy sięgnęli już wyżyn w Białym Domu, to wielu z nich zwyczajnie nie chce wracać do doradzania szeregowym kongresmenom albo pracować w senacie. Szczególnie, że tam i tak większość ma prawica. Mogą dołączyć do grona licznych krytyków Trumpa w prasie lub think-tankach, ale tych jest pełno. Najbardziej wpływowi i liczący się ludzie Obamy/Bidena z tamtych lat idą więc do biznesu. 

Antony Blinken, prawa ręka Bidena do spraw zagranicznych, zostaje współzałożycielem firmy doradczej WestExec. To nazwa korytarza, który wiedzie do Gabinetu Owalnego w Białym Domu – co wprost i nieco bezczelnie sugeruje, jak blisko ze światem władzy są ludzie, którzy tam pracują. Firma była tak pełna urzędników i polityków, że nazywano ją „rządem Bidena w blokach startowych” (pisaliśmy o tym więcej w SW+ w styczniu 2021 roku). I choć WestExec nie zajmowało się wprost i wyłącznie doradztwem firmom technologicznym, to prędko okazało się, jak licznych klientów z Doliny Krzemowej mieli współpracownicy Bidena. 

Antony Blinken przemawia w ttowarzystwie prezydenta elekta Joe Bidena, 12 styczeń 2021 r. fot. vasilis asvestas / Shutterstock.com

Sam Blinken w swoim oświadczeniu majątkowym wymienił honoraria od Facebooka, Ubera, Microsoft i LinkedIn. Michele Flournoy, druga współzałożycielka WestExec, doradzała firmom na przecięciu sektora zbrojeniowego i technologicznego, co podobno ostatecznie kosztowało ją posadę – administracja Bidena nie powołała jej na stanowisko szefowej Departamentu Obrony, choć długo to ją właśnie na nie typowano. Z kolejnymi miesiącami okazuje się (im więcej oświadczeń majątkowych spływa), że pieniądze od firm technologicznych brali inni najbliżsi doradcy Bidena. Jak choćby Jake Sullivan, także kolega z czasów rządów Obamy, który dziś pełni niezwykle ważną funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. 

Sullivan od 2017 roku do maja 2020 – gdy trwała już kampania wyborcza – doradzał firmie Microsoft, za co dostawał 45 tys. dolarów rocznie. Ma też akcje Alphabet/Google'a, Facebooka i Microsoftu warte łącznie ponad 100 tys. dolarów. Sullivan obiecał pozbyć się akcji, a stanowisko Białego Domu – co jest już swego rodzaju rutyną – mówi, że nie ma tu konfliktu interesów, bo Sullivan nie podejmuje decyzji dotyczących Microsoftu. Ron Klain, szef personelu Białego Domu, również ma związki ze światem technologii: pracował w funduszach inwestycyjnych i osobiście uchodzi za „wyznawcę” Billa Gatesa. Ale zarazem niekoniecznie jest człowiekiem nowej generacji CEOs z Doliny Krzemowej w rodzaju Zuckerberga. 

Sprawy Blinkena, Flournoy, Sullivana i Klaina ma ze sobą tyle wspólnego, że są to ludzie bardzo personalnie bliscy prezydentowi. Biden mógł nigdy w życiu nie spotkać Liny Khan osobiście, za to z ludźmi w rodzaju Blinkena czy Sullivana przepracował lata. Więc ich amortyzujące stanowisko w sprawie Big Techów będzie czynnikiem łagodzącym nawet ostre deklaracje Bidena z czasów kampanii. Tym bardziej, że czołowi doradcy Bidena mogą po drugiej stronie spotkać… także swoich kolegów z Białego Domu. Dziś bowiem szefem komunikacji Amazona, który publicznie ściera się z krytykami firmy, jest były rzecznik prasowy Bidena. Jay Carney, bo o nim mowa, był najpierw rzecznikiem wiceprezydenta Bidena w 2008 roku, by później awansować na rzecznika Białego Domu u Obamy. Co oznacza, że choć administracja znajduje się na komunikacyjnej wojnie z firmą Bezosa, to jednocześnie po obu jej stronach są ludzie, którzy doskonale się znają. Co ciekawe, sam Carney wspierał Bidena i Harris w kampanii wyborczej. Sytuacja jest podobno tak niezręczna (utrzymuje serwis „Huffington Post”), że trudno znaleźć kogokolwiek, kto zechce się do niej pod nazwiskiem odnieść. 

Podobnych problemów nie miał jednak lewicowy magazyn „Jacobin”, który w niedawnym tekście ogłosił wprost, że „Obamanauci reprezentują dziś zło”. Tekst wymienia szereg istotnych współpracowników, doradców i polityków z obozu Obamy/Bidena, którzy po utracie władzy przez demokratów poszli do pracy dla Ubera, Facebooka, Google, Tesli i Amazona. Lista ta zawiera także nazwiska, które pojawiały się przy okazji dyskusji o nominacjach samego Bidena, jak Erica Holdera czy Rahma Emmanuela. I nawet jeśli ostatecznie Biden nie sięgnął po konkretnie te nazwiska „z rynku”, problem pozostaje realny. Bo gdy urzędnicy nowej administracji zajmą się mocniejszą regulacją Wielkiej Technologii i konflikt będzie eskalować, będą musieli faktycznie zaatakować miejsca pracy swoich kolegów i koleżanek, a nierzadko i te same firmy, od których chwilę temu jeszcze pobierali honoraria za doradztwo i konsulting. 

Czy wtedy wystarczy im determinacji? I co gdy urwą się pieniądze, które hojnie płynęły od sektora technologicznego do demokratycznych inicjatyw i kandydatów? Gdy latami budowane kontakty przyjdzie przetestować w ostatecznym starciu? 

W tej wojnie o to, kto ureguluje Wielką Technologię, Dolina Krzemowa nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. 

Jakub Dymek – kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Autor Przeglądu". Publikował m.in w „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Tygodniku Powszechnym”, „Dwutygodniku”, Gazecie.pl i NewsweekuZa publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. Można go również czytać na portalu Substack.

Główna ilustracja fot. Hadrian / Shutterstock.com