Apple zrobił zbyt dobry produkt. Nic nie jest w stanie skłonić mnie do wymiany
Słuchawki AirPods Pro 2 wciąż blokują mi zakup nowszych modeli, bo Apple stworzył produkt zbyt bliski ideału. Szczerze mogę stwierdzić, że po prostu nie ma żadnych racjonalnych powodów do zmiany.

Jestem autentycznie zaskoczony tym, jak bardzo Apple zepsuł sobie sprawę z własną linią produktową. Od momentu premiery drugiej generacji w wersji Pro nie potrafię znaleźć ani jednego logicznego argumentu, aby przesiąść się na jakikolwiek inny, rzekomo nowszy model.
Trudno oprzeć się nieodpartemu wrażeniu, że firma z Cupertino zaszkodziła samej sobie, projektując słuchawki bezkompromisowe - takie, które wytrzymują próbę czasu znacznie lepiej, niż zakładały to wewnętrzne plany.
Prawda jest taka, że po zaprezentowaniu tego konkretnego modelu w 2022 r., amerykański producent nie miał już za bardzo pomysłu na dalszy, rewolucyjny rozwój swoich flagowych bezprzewodowych pchełek.
Po testach nie mam żadnych wątpliwości, że AirPods Pro 2. generacji są lepsze pod praktycznie każdym względem od poprzedniego modelu - nasz Piotr Grabiec 4 lata temu.
Owszem, Apple starał się wprowadzić istotne zmiany w podstawowej odsłonie swojego katalogu, co od strony czysto konstrukcyjnej udało się całkiem nieźle. Niestety, w globalnych wynikach sprzedażowych na próżno szukać wyraźnego odzwierciedlenia tych marketingowych starań.
Taka przesiadka na nowszy, ale pozycjonowany inaczej sprzęt oznacza konieczność dopłacenia około 300 lub 400 złotych do kwoty uzyskanej ze sprzedaży używanego zestawu Pro, co z perspektywy konsumenta wydaje się kompletnie pozbawione sensu.
Inwestycja na lata

Swój egzemplarz kupiłem w lutym 2023 r. w Stanach Zjednoczonych. Dzięki - wtedy - sprzyjającym okolicznościom, ostateczna cena po doliczeniu podatku wyniosła w przeliczeniu zaledwie około 900 złotych.
Oczywiście nie była to całkowicie darmowa okazja, ale w tej klasie sprzętu audio okazała się po prostu sensowną inwestycją. Inwestycją, która do dziś, po wielu, wielu miesiącach intensywnego użytkowania, nie daje mi absolutnie żadnego powodu do poszukiwania nowoczesnego następcy.

Te słuchawki bez najmniejszego problemu wystarczają na każdy, nawet najbardziej morderczy przelot na drugi koniec świata. Znoszą wielogodzinne podróże lotnicze w obie strony do słonecznej Kalifornii, oferując nienaganną wydajność wbudowanej baterii oraz wybitnie skuteczny system aktywnego tłumienia hałasów.
Pisząc te słowa, siedzę właśnie na pokładzie Airbusa i słucham w tle kultowego programu Top Gear. Słyszę jedynie bardzo delikatny, wręcz kojący szum silników oraz wyraźne głosy brytyjskich prezenterów, a cała, wyczerpująca zazwyczaj podróż w ogóle mnie akustycznie nie męczy.
Pchełki, które wygrywają z nausznymi gigantami
W plecaku mam ze sobą wysłużone, większe słuchawki nauszne od Bose'a (QC35 II dla geeków), które powinny radzić sobie z izolacją akustyczną i komfortem na długich dystansach znacznie lepiej niż małe, dokanałowe pchełki. Mimo to nie czuję najmniejszej potrzeby wyciągania ich z bagażu podręcznego, bo mały produkt Apple radzi sobie z tym zadaniem wystarczająco dobrze.
W obliczu tak codziennych doświadczeń, realistycznie widzę na horyzoncie tylko dwie alternatywne opcje, które w ogóle mogłyby skłonić mnie do rozważenia zmiany sprzętu:
- Pogoń za audio: pierwszą z nich byłaby chęć uzyskania absolutnie bezkompromisowej jakości dźwięku, co oznaczałoby konieczność zabrania z domu Technicsów AZ-100. To sprzęt grający wybitnie i rewelacyjnie, jednak w hałaśliwych, codziennych sytuacjach podróżnych nie radzi sobie z redukcją szumów tak sprawnie i gładko jak AirPodsy.
- Porzucenie ekosystemu: druga opcja wiąże się nierozerwalnie z ewentualną, całościową przesiadką na system Android, gdzie naturalnym, systemowym wyborem stałyby się Galaxy Buds4 Pro, co chyba nie wymaga dodatkowego komentarza i tłumaczenia.
Trzecią, czysto teoretyczną drogą mogłaby być u mnie wymiana na kolejną generację słuchawek od Apple lub ewentualnie nowsze modele sygnowane sportową marką Beats. Ponawiam jednak to samo, kluczowe pytanie: po co zmieniać coś, co wciąż działa idealnie?
Kupowanie nowości tylko dla samej, pustej zasady posiadania na własność świeżego gadżetu z nowym numerkiem całkowicie mija się z celem.
Jeden mankament i wniosek dla Tima Cooka
Jedynym elementem, który po tak długim czasie potrafi mnie jeszcze lekko irytować w moim codziennym zestawie, jest obecność prehistorycznego złącza Lightning wbudowanego w etui ładujące.

Ten drobny mankament można na szczęście bardzo łatwo rozwiązać, po prostu godząc się na noszenie dodatkowego, małego kabla w torbie lub - co znacznie wygodniejsze - korzystając regularnie z ładowania indukcyjnego na biurku. Co więcej, osoby kupujące ten sam model zaledwie rok później mają już całkowity spokój z kablami, dzięki odświeżonej przez producenta wersji z uniwersalnym złączem USB-C.
Z perspektywy rynkowej wniosek jest prosty: Apple strzelił sobie w stopę, wydając kilka lat temu produkt tak bliski technologicznej doskonałości, że teraz firmie zwyczajnie brakuje racjonalnych argumentów, by przekonać zadowolonych klientów do zakupu czegokolwiek innego. A klienci? Ci dostali produkt prawie idealny.
Co prawda w ofercie firmy z Cupertino nadal pozostają jeszcze horrendalnie drogie, wokółuszne słuchawki AirPods Max, ale bądźmy szczerzy - o tym zapomnianym projekcie w obecnych realiach lepiej w ogóle nie rozmawiać.



















