Służby cię podsłuchują? Może tak. Może nie. Nigdy się nie dowiesz

Służby cię podsłuchują? Może tak. Może nie. Nigdy się nie dowiesz
456 interakcji
dołącz do dyskusji

2 minuty – tyle potrzebuje policjant, żeby sprawdzić naszą lokalizację z ostatnich 12 miesięcy. Fundacja Panoptykon apeluje, by wreszcie poddać kontroli inwigilację obywateli. Jej skala rośnie, a sądowy nadzór takich działań jest dziś iluzoryczny.

Ewelina Kycia poczuła na własnej skórze, czym jest inwigilacja pod koniec 2018 r. W Katowicach odbywał wtedy się szczyt klimatyczny ONZ, a Greenpeace, z którym Kycia współpracuje, znalazł się pod szczególnym zainteresowaniem polskich służb. Podobnie jak temat ekologii, zielonych źródeł energii i katastrofy klimatycznej zainteresował prywatną Katolicką Szkołę z Charakterem im. Edyty Stein w Gliwicach, z której jeden z nauczycieli zaprosił Kycię na lekcję.

– Kiedy przygotowaliśmy się do spotkania z uczniami, do sali wszedł zdenerwowany dyrektor i zapytał „Czy za panią chodzi policja?” – wspomina działaczka i opowiada, że rzeczywiście do szkoły weszli nieumundurowani mężczyźni, którzy od początku szczytu śledzili działaczy Greenpeace. – Początkowo dyrektorowi szkoły mówili, że przyszli po swoje dzieci, ale gdy ich dociskał o szczegóły, to wyciągnęli blachy. Źle trafili, bo dyrektor sam był opozycjonistą w PRL i zamiast się przestraszyć, to ich wyprosił – dodaje. 

Bardziej jednak wystraszył się sam nauczyciel, który potem z działaczką jechał samochodem i widział, jak jest śledzony. – Był naprawdę zszokowany, nie wiedział, jak ma zareagować, bo to, co w filmach może wydawać się ekscytujące, na żywo już stanowczo takie nie jest – wspomina Ewelina Kycia. 

To tylko jedna z historii związanych z inwigilacją opowiadanych przez tę koordynatorkę wolontariatu w Greenpeace. – Szczyt Klimatyczny był dla mnie i innych aktywistów ekologicznych momentem, gdy regularnie widywaliśmy obserwujących nas tajniaków; gdy mieliśmy ogony samochodowe, policjanci wynajmowali pokoje na tych samych piętrach w hotelach, za niektórymi z nas jechali przez pół Polski. To byliśmy w stanie stwierdzić, bo w którymś momencie po prostu zauważyliśmy ich obecność. Ale czy byliśmy, a może wciąż jesteśmy równolegle podsłuchiwani, czy ktoś pobierał nasze bilingi, śledził naszą aktywność za pomocą logowań do internetu? Nie wiem. Jest takie wysokie prawdopodobieństwo, choć nie jestem oskarżona w żadnym śledztwie. Ale nie mam najmniejszej możliwości, by to sprawdzić – rozkłada ręce Kycia. 

I nie jest w tym odosobniona. 

– Służby państwowe mają coraz większe możliwości i apetyt na działania inwigilacyjne, a obywatele w Polsce nie mają najmniejszej możliwości, by dowiedzieć się, czy byli poddawani takiej kontroli – mówi Wojciech Klicki, prawnik i ekspert z Fundacji Panoptykon.

Panoptykon właśnie rozpoczął kampanię „Podsłuch jak się patrzy”, mającą uświadomić nie tylko skalę inwigilacji, ale przede wszystkim brak kontroli nad tymi działaniami.

16-procentowa skuteczność podsłuchów

W 2019 roku (to ostatni rok, za który obecnie znane są takie dane) służby 1 350 000 razy pobrały od operatorów telekomunikacyjnych informacje o tym, gdzie byliśmy w ciągu ostatniego roku i do kogo w tym czasie dzwoniliśmy. W tym samym roku sama policja założyła też 8065 podsłuchów. – Z tego tylko w 16 proc. przypadków, czyli z 1303 podsłuchów uzyskano faktyczne dowody do procesu karnego – podkreśla Klicki. To pokazuje, jak duża może być skala takiej inwigilacji „na wszelki wypadek”, bez szczególnie dogłębnego uzasadnienia i pewności potrzeby uruchomienia tego typu kroków. 

W Polsce do prowadzenia tzw. czynności operacyjno-rozpoznawczych, czyli m.in. zakładania podsłuchów jest dziś uprawnionych dziewięć instytucji. Służby współpracują z operatorami telekomunikacyjnymi, którzy nie mają prawa odmawiać im takich informacji i co więcej są zobowiązani przechowywać przez 12 miesięcy szczegółowe informacje o tym, gdzie byliśmy i z kim rozmawialiśmy.

Dodatkowo rok temu w ramach Tarczy Antykryzysowej 2.0 uprawnienia w tym zakresie uzyskał też premier. Od niemal roku operatorzy telekomunikacyjni są zobowiązani dostarczyć ministrowi cyfryzacji (dziś w ramach KPRM) dane obejmujące dwa tygodnie o lokalizacji telefonów komórkowych osób zarażonych koronawirusem lub objętych kwarantanną. KPRM ma otrzymywać (teoretycznie zanonimizowane) dane o lokalizacji urządzeń końcowych wszystkich użytkowników sieci, także tych zdrowych. Co więcej, operatorom nie dano możliwości odmowy. – Wystąpiliśmy właśnie o dostęp do informacji, jak bardzo KPRM korzysta z tego nowego uprawnienia, bo żadne raporty, żadne statystyki tych działań nie są jawne – mówi nam Klicki. 

Jakby tego było mało, służby – przynajmniej CBA – korzystają również m.in. z oprogramowania Pegasus, które umożliwia przejęcie kontroli nad czyimś telefonem i wszystkimi znajdującymi się na nim informacjami. 

– A to wszystko i tak jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Przecież służby dziś mają możliwość czerpać informacje w źródłach publicznych: ZUS, skarbówce, placówkach medycznych. Ale także są coraz bardziej zainteresowane źródłami prywatnymi. Ostatnio okazało się, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego chce stałego dostępu do kamer w stołecznych tramwajach – mówi ekspert Panoptykonu. Dodaje, że mimo tej sporej skali i tak wciąż panuje przekonanie, że problem inwigilacji dotyczy tylko osób z pierwszych stron gazet, polityków opozycji, dziennikarzy. 

Pan i pani mogą być inwigilowani

O tym, że problem narasta, od lat nagłaśniają prawnicy zajmujący się ochroną praw obywatelskich. Pod wpływem skargi aktywistów z Fundacji Panoptykon, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz adwokata Mikołaja Pietrzaka Europejski Trybunał Praw Człowieka zwrócił się już pod koniec 2019 roku do polskiego rządu o przedstawienie wyjaśnień w sprawie inwigilacji prowadzonej przez służby specjalne. 

– Udział w zorganizowanej grupie przestępczej, pranie brudnych pieniędzy. Tego typu zarzuty wystarczą, by dana osoba i być może bardzo dużo innych wokół niej została niemalże z automatu objęta działaniami operacyjnymi – mówi nam dr Janusz Kaczmarek, były szef MSWiA i prokurator krajowy, który sam w związku z zarzutami z 2007 r. o utrudnianie śledztwa i składanie fałszywych zeznań był poddany takim działaniom. Sprawę umorzono w 2009 r.

– Nie ma takiej możliwości, by obywatel był w stanie na zwykłej, prawnej ścieżce dowiedzieć się, czy był inwigilowany przez służby. Wszystko jest u nas w wielkim skrócie „tajne przez poufne” – mówi adwokat Kaczmarek. I mimo że obrońcy praw człowieka od lat apelują o uregulowanie tych kwestii, nic się nie zmieniło. – Od lat podnoszone są te same argumenty: nie może być tak, że w ramach działań operacyjnych człowiek jest podsłuchiwany i nawet po ich zakończeniu nie wie, że była dokonywana taka ingerencja w jego prywatność – dodaje. 

Szczególnie, że może ona dotknąć nawet osoby tylko pobocznie związane z ewentualną sprawą. Mariusz Gierszewski, obecnie dziennikarz Wirtualnej Polski, opowiada, że w ramach inwigilacji jego kontaktów prokuratura pobrała... dane lutnika, który naprawia gitarę Gierszewskiego.

– Kluczowa jest też totalnie iluzoryczna kontrola sądowa nad decyzjami o objęciu obywatela inwigilacją. Panoptykon przyglądał się takim decyzjom w ciągu ostatnich 10 lat i okazuje się, że sądy akceptują ponad 99% wniosków o założenie podsłuchów, jakie do niej trafiają. Tylko w 2011 r. liczba ta spadła do 98,57%. Czyli de facto dochodzi do nich automatycznie – mówi Klicki. 

2020 rok: protesty i kapitalizm nadzoru 

Na konieczność zmian w przepisach dotyczących inwigilacji Trybunał Konstytucyjny wskazał już w 2014 roku. Tyle że zmiany, jakie zaczęły następować, zamiast poddać takie działania kontroli, tylko je rozszerzyły. W 2016 r. przyjęto tzw. ustawę inwigilacyjną i ustawę antyterrorystyczną, które powiększyły uprawnienia służb, nie wprowadzając przy tym żadnych mechanizmów kontroli.

Policja podczas protestu kobiet 17 marca 2021 r. we Wrocławiu. fot. DarSzach / Shutterstock.com

A potem przyszedł rok 2020, który pod wieloma względami okazał się być nadzwyczajny. Nie tylko wybuchła pandemia, która wielu rządom – także polskiemu – dała nowe argumenty do ściślejszego nadzoru i ewentualnej nawet inwigilacji.

– Dodatkowo byliśmy też świadkami ogromnej fali protestów od Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, poprzez protesty przedsiębiorców, a wreszcie nawet 11 listopada. Widzieliśmy też, jak policja używała i nie rzadko nadużywała przemocy podczas takich wystąpień, choć działo się to publicznie, nagrywały to kamery i smartfony. Skoro nie mieli z takimi działaniami problemu, to tym bardziej dlaczego miałyby służby krępować się przed używaniem działań inwigilacyjnych, które są niejawne – podkreśla Wojciech Klicki. 

Skoro takiego nadzoru nie ma, to nie ma też mechanizmów autoograniczających takie działania. A te przecież mogą być nadużywane nie tylko z powodów politycznych, ale także z najzwyklejszych osobistych: do inwigilowania niepokornych przedsiębiorców, biznesów konkurencyjnych dla kogoś bliskiego śledczym czy choćby z powodów prywatnych. Jakim problemem jest założenie podsłuchu byłej żonie?

– Profesjonalna obserwacja jest niewidoczna. Smartfon można aktywować bez wiedzy i zgody użytkownika. W państwach demokratycznych, które nie mają złudzeń, że w policji pracują wyłącznie anioły, tworzy się instytucje kontroli poza administracją rządową – mówi w spocie nagranym dla Panoptykonu Piotr Niemczyk, były zastępca szefa wywiadu, wieloletni ekspert komisji ds. służb specjalnych

Stąd apel o wprowadzenie realnego monitoringu, choćby wzorem tego, jak działa on w Niemczech. – Niemieckie komisje parlamentarne, które kontrolują czynności operacyjno-rozpoznawcze, badają je nie tylko z punktu widzenia legalności, ale również efektywności. Sprawdzają, czy grupa przestępcza, która jest nimi objęta, rzeczywiście jest tak groźna, że trzeba stosować aż tak drogie i skomplikowane środki operacyjne – mówi Niemczyk. 

Tam też osoby objęte nadzorem operacyjnym, jeżeli na jego podstawie nie zostały postawione zarzuty, są informowane o działaniach po ich zakończeniu. By pokazać, jak taka informacja wygląda, Fundacja Panoptykon rozesłała do dziennikarzy specjalne listy od fikcyjnej „Agencji Bezpieczeństwa Narodowego”. – To happening, ale chcemy nim uzmysłowić, że nam się taka informacja po prostu należy – podkreśla Klicki. 

Panoptykon zbiera podpisy pod petycją do władz, żeby przygotowały projekt przepisów zmieniających dzisiejszą sytuację. Petycję można poprzeć na stronie podsluchjaksiepatrzy.org.

Ilustracja tytułowa Trismegist san.