Bezpieczeństwo  / Artykuł

Coraz więcej państw śledzi obywateli, by uchronić ich przed koronawirusem

Czy w walce z koronawirusem wszystkie chwyty są dozwolone, a prywatność możemy wyrzucić przez okno? 

Tajwan to wirusowy prymus.

Tajwan jest powszechnie chwalony za to, jak radzi sobie z pandemią. Rzeczywiście liczba zachorowań na wyspie jest zaskakująco wręcz niewielka. Nad systemem zapobiegania rozprzestrzenianiu się koronawirusa zaczęto pracować już w styczniu i szybko wprowadzano w życie kolejne zalecenia z zamknięciem granic i monitorowaniem przyjezdnych na czele.

Choć na Tajwanie działają biura i szkoły, restauracje i centra handlowe, żeby z nich skorzystać trzeba pozwolić zmierzyć sobie temperaturę i umyć ręce płynem do dezynfekcji. Choroba rozprzestrzenia się tam wolniej niż w Europie. Poza fizycznymi środkami zabezpieczającymi wprowadzono także systemy monitoringu, które mają ułatwić utrzymanie choroby, a raczej jej ofiar, w ryzach.

Władze sprawdzają, czy obywatele przestrzegają kwarantanny, śledząc ich telefony i testowo dzwoniąc na nie kilka razy dziennie. Biada temu, kto spróbuje opuścić miejsce stałego pobytu. Policja szybko się o tym dowie i wyśle patrol, jak deklaruje władzę, w kwadrans. Śledzenie obywateli pozwala ponadto wskazać potencjalnych zarażonych, gdy ci mieli kontakt z kimś zarażonym wirusem. Ten ostatni argument pojawia się na ustach kolejnych państw wprowadzających własne systemy zbierania danych o tym, gdzie są ich obywatele.

Izrael otwiera furtkę do masowej inwigilacji.

Benjamin Natanyahu, premier Izraela, 17 marca oficjalnie zalecił służbom, by zbierały informacje o lokalizacji obywateli państwa. Odbywa się to oczywiście w imię zapewnienia bezpieczeństwa społeczeństwu w obliczu ataku nowego niewidzialnego wroga – koronawirusa.

Shin Bet (odpowiednik naszej ABW) dzięki właśnie uzyskanym kompetencjom może na podstawie zgromadzonych danych identyfikować osoby, które zetknęły się z zakażonymi i same są teraz potencjalnymi nosicielami wirusa. O swoim nowym statusie są informowane za pomocą SMS-ów, tłumaczących bezwzględną konieczność poddania się kwarantannie.

W Izraelu wychodzić z domu można tylko, jeśli jest to absolutnie konieczne.

W Korei Południowej wszyscy śledzą zarażonych.

W Korei informacje o ruchach osób z koronawirusem uzyskuje się za pomocą starego dobrego wywiadu, danych lokalizacyjnych smartfona, kamer i transakcji kartami płatniczymi, które są rejestrowane i udostępniane do wglądu odpowiednim służbom. Już sam zakres zbieranych w ten sposób informacji może budzić poważne wątpliwości, jednak Korea poszła o krok dalej i stworzyła cały system ostrzegania przez zarażonymi. Nie bez powodu budzi on ogromne kontrowersje.

Na telefony obywateli przychodzą ostrzeżenia o osobach zarażonych, które mogły znajdować się w ich okolicy. Na stronie Ministerstwa Zdrowia jest mapa, na której można sprawdzić, czy naszą drogę przecięła ofiara koronawirusa. Komunikaty zawierają informacje zdradzające takie szczegóły, jak to, gdzie i kiedy dana osoba miała kontakt z zakażonym, gdzie potem była, co robiła.

W niektórych wypadkach informacje te są na tyle szczegółowe, że pozwalają zidentyfikować zarażoną osobę i narażają ją na ostracyzm, ataki w mediach społecznościowych, w skrajnych wypadkach na groźbę linczu. Wiele osób deklaruje, że bardziej niż choroby boi się wystawienia na bezlitosną krytykę współobywateli.

Chiny śledzą korzystając ze smartfonów, dronów, monitoringu.

Chiny, znane z tego, że nie boją się przesadnie oskarżeń o inwigilowanie obywateli. W walce z wirusem sięgnęły po szerokie spektrum narzędzi. Kamery wyposażone w technologię rozpoznawania twarzy bacznie obserwują, czy w ich polu widzenia nie znajdują się osoby, które powinny w czterech ścianach przechodzić kwarantannę.

Obywatele w wielu miejscach pracy przechodzą codzienne kontrole zdrowotne. Mieszkańcy budynków przed wejściem do nich muszą spowiadać się z miejsc, w których byli. Nad głowami mieszkańców Państwa Środka latają obsługiwane przez policjantów drony, które wyłapują osoby błąkające się po ulicach i zaganiają je do domów.

Na słowa krytyki narażają się także wszyscy, którzy nie noszą na twarzach ochronnych masek. Do tego dochodzi także ścisła kontrola informacji, mediów społecznościowych i dziennikarzy, dzięki której oficjalnie można ograniczać rozprzestrzeniania się niesprawdzonych informacji, a mniej oficjalnie narzucać narrację na temat epidemii, która coraz częściej jest opisywana jako przyniesiona z USA do Chin.

Obrońcy praw człowieka już teraz przestrzegają, że stan wyjątkowy, który spowodował wprowadzenie dodatkowych środków ostrożności, nie wszystkie z nich uzasadniał. Dodatkowo wiele wskazuje na to, że część z nowych zwyczajów może pozostać w kraju na dobre.

Na Zachodzie bez zmian.

Odpowiedź państw z Azji na koronawirusa w dużej mierze wnika z doświadczeń z epidemią SARS, która wybuchła w 2003 r. Niektóre kraje wyciągnęły z niej wnioski, wprowadzając systemy gwarantujące, że taka katastrofa już nie się powtórzy (Tajwan), inne wpadły w podobne koleiny, które stworzyły już lata temu (Chiny także wtedy próbowały zataić informacje o wybuchu epidemii).

W Europie SARS nie było takim zagrożeniem, a na błędach cudzych znacznie trudniej się uczyć. Stary Kontynent jest więc w zupełnie innym miejscu niż Azja. Ani nasi politycy, ani naukowcy, ani obywatele nie mają za sobą doświadczenia poważnego zagrożenia epidemicznego. Reakcja na koronawirusa jest więc tu zupełnie inna, czasami dużo gorsza, czasami spóźniona, czasami niekompletna. Jeśli chodzi jednak o śledzenie obywateli i monitorowanie ich lokalizacji, powściągliwość byłaby w tym wypadku rozwiązaniem godnym pochwały.

Na koronawirusa aplikacja.

W Polsce na razie nie ma przymusowego śledzenia obywateli, można się za to śledzić dobrowolnie. Pod koniec zeszłego tygodnia Ministerstwo Cyfryzacji zaprezentowało aplikację Kwarantanna domowa, która pomaga kontrolować osoby podawane kwarantannie. O losowych godzinach jej użytkownik musi zrobić selfie, które zostanie porównane ze zdjęciem referencyjnym zrobionym podczas logowania się do aplikacji. Metadane ze zdjęcia będą zaś zestawione z adresem, który podaliśmy jako ten, pod którym przechodzimy kwarantannę.

Aplikacja nie jest obowiązkowa, ale jest alternatywą dla odwiedzin policjantów, którzy pukaliby do naszych drzwi sprawdzić, czy siedzimy w domu.

Za złamanie kwarantanny grozi grzywna - 30 tys. zł.

Obywatel twierdzi, że jest na kwarantannie. Państwo: sprawdzam.

Państwa zachodnie także chcą mieć na oku przemieszczanie się obywateli, choć deklarują inny sposób ich wykorzystania. Jeden z największych niemieckich operatorów ogłosił, że przekazuje zanonimizowane informacje o lokalizacji swoich klientów agencji zajmującej się kontrolą choroby.

Podobnie robią operatorzy w Austrii i we Włoszech, a nad systemem gromadzącym dane o lokalizacji obywateli pracuje także ponoć Wielka Brytania. I choć wszyscy zapewniają, że mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową, a zebrane informacje mają być anonimizowane, niektórzy i tak czują niepokój na myśl o tym pomyśle.

Dane geolokalizacyjne są bowiem wyjątkowo wrażliwe – zdradzają nie tylko nasze przyzwyczajenia, miejsce zamieszkania i pracy, ale także słabostki (wizyty w barach, kasynach lub hotelach), stan zdrowia (wizyty w przychodniach, klinikach, u terapeutów), a także, w normalnych warunkach, pozwalają z dużą dawką prawdopodobieństwa przewidzieć, gdzie będziemy w przyszły wtorek (jesteśmy stworzeniami przyzwyczajeń).

Wprowadzenie możliwości przekazywania ich do odpowiednich służb mogłoby stworzyć niepokojący precedens. Co gorsze, obostrzenia wprowadzane w teorii tylko na czas kryzysu, mają w praktyce brzydki zwyczaj zostawania na dłużej. Po 11 września w Stanach Zjednoczonych wprowadzono szereg nowych narzędzi, które mogły być wykorzystywane do inwigilowania obywateli na masową skalę, wszystko to oczywiście w imię zapewnienia bezpieczeństwa państwa. Po raz kolejny potwierdziło się to, że władzę raz zdobytą, bardzo trudno z własnej woli oddać.

Rozważając możliwość skorzystania z dodatkowych narzędzi w czasie wyjątkowym, trzeba brać pod uwagę także potencjalne zagrożenia, które zostaną z nami w czasie spokoju. Trudno nie zadać pytania, co stanie się z tymi wszystkimi narzędziami po epidemii i czy świat, do jakiego wrócimy, będzie tym, który opuściliśmy kilka miesięcy temu, chowając się w zaciszach naszych domów.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst