SW+

Polacy w domach zrobionych ze starych kontenerów. Pandemia pchnęła nas do mikro-M

170 interakcji
dołącz do dyskusji

Zamiast M3 Polacy wybierają „mikro-M”. Minidomki z drewna, przerobionych kontenerów, zamawiane gotowe od razu z wyposażeniem – to nowy, mieszkaniowy trend, który dodatkowo nakręciła pandemia. 

Maciek i Paulina mieszkają dziś w 60-metrowym mieszkaniu w warszawskim Wilanowie. Pod koniec wakacji ich życie będzie jednak wyglądać nieco inaczej. 60 metrów mieszkania zamienią na 35 metrów własnego domu. Miejski zgiełk i gwar – na ciszę i spokój własnej działki.

– Zmęczyła nas ciągła pogoń, związana z życiem w dużym mieście – mówi Maciej Bojar.  Paulina Skalbani zaś dodaje: – Szukaliśmy dzikości natury, śpiewu ptaków, ciszy. Prowadzimy firmę produkująca dietetyczne batony naturalne. Więc i nasz domek poniekąd ma być reprezentacją naszego stylu życia.

Maciek Bojar miał drugie mieszkanie na Woli, w kredycie, które wynajmował. W końcu, jak sam mówi, miał dość wiecznego dbania o lokal i wiecznych problemów z lokatorami. Sprzedał mieszkanie i rozpoczął poszukiwanie działki na wsi. Padło na ziemię o powierzchni 7200 m2 we wsi pod Warszawą, w kierunku Mińska Mazowieckiego, z planowanym szybkim dojazdem do stolicy, ale też niedaleko siedziby firmy jego i Pauliny. Manufaktura Dobry Squat znajduje się w Sokołowie Podlaskim, więc dzięki nowemu domowi Paulina i Maciej będą mieli też bliżej do pracy. Budowę zaczęli tuż po majówce. Gdy z nimi rozmawiam dwa miesiące później, zbliżają się do finiszu.

– Myślę, że do końca lipca powinniśmy się wprowadzić, zależnie od tego, ile rzeczy będziemy robić sami, a ile roboty oddamy fachowcom – opowiada Maciek. Paulina dodaje: - Sami zrobiliśmy to, co chcieliśmy i mogliśmy zrobić, na co mieliśmy czas. Trudniejsze prace, np. pokrycie dachu, zleciliśmy specjalistom.

Maciej Bojar i Paulina Skalbani przy swoim mikro-domku.
fot. Natalia Poniatowska

Początkowo Paulina i Maciek mieli inny plan: kupić stary opuszczony dom, jakich wiele na Podlasiu i przetransportować go na nową działkę. Wtedy jednak odkryli, że istnieje prostsze i tańsze rozwiązanie. Do wybudowania mikrodomku zainspirował ich YouTube.

Zbuduj sam dom

Wojciech Zatuszek od 2016 r. pomaga wybudować własne 35 m kw. ludziom, którzy nie chcą wiązać się z bankiem na całe życie. Facebookowy profil jego firmy – Zbuduj Sam Dom – obserwuje ponad 62 tys. użytkowników. Jego filmy na kanale YouTube, gdzie pokazuje krok po kroku, jak samemu wybudować dom na zgłoszenie (i nie tylko), obejrzano łącznie ponad 17 milionów razy. Na jego stronie znajdziemy wiele projektów domów wraz ze szczegółowymi instrukcjami, jak je samodzielnie wybudować.

Gdy pytam go, kim są ludzie, którzy decydują się na takie przedsięwzięcie, wyjaśnia: - Osoby, które budują samodzielnie, to w większości osoby wchodzące na rynek mieszkaniowy i zderzające się z jego rzeczywistością. Budują same, ponieważ oszczędności wynikające z budowy takiego domu są ogromne. Samodzielne zbudowanie domu o powierzchni 35 m kw. przez 4 osoby, które nigdy nie budowały, zajmie ok. 6 tygodni i będzie to dom gotowy do zamieszkania z wykończeniem w środku. Sam prowadzę firmę budowlaną we współpracy z wspólnikiem i za taki dom, za samą pracę trzeba zapłacić 40 tys. zł netto, więc oszczędności są olbrzymie. Biorąc paru przyjaciół, możemy tę kwotę zatrzymać dla siebie. Kiedyś to było normalne, że jeżeli ktoś się budował, to przyjaciele mu pomagali, a później pomagało się swoim przyjaciołom. Budują też minimaliści, którzy nie lubią żyć na kredytach w ciągłym stresie – opowiada Zatuszek. 

Być może teraz zaczną też budować ludzie, którzy za sprawą zamknięcia w czasie pandemii COVID-19 przekonali się, że życie w bloku w wielkim mieście ma swoje minusy. Nie można wyjść z dzieckiem na plac zabaw, zabrać psa na spacer do parku, a jedynym kawałkiem zieleni staje się balkon.

Zainteresowanie Polaków rynkiem nieruchomości w ostatnich miesiącach zmieniło się diametralnie względem tego, jak wyglądało w ubiegłych latach. Według danych serwisu ogłoszeniowego Morizon.pl w maju 2020 r. ilość zapytań o działki podskoczyła o 128 proc. w stosunku do maja 2019 r. O 31,6 proc. wzrosło zaś zainteresowanie domami na sprzedaż. Za to o niemal jedną czwartą spadło zainteresowanie kupnem i wynajmem mieszkań.

Porównywarka wyszukiwań Google Trends udowadnia, że na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy Polacy wyszukiwali frazę hasło „dom na zgłoszenie” ponad dwukrotnie częściej niż w analogicznym okresie w ubiegłych latach.

Ruch przenoszenia się do mikrodomów rozwija się w różnych zakątkach świata od ponad dekady. Coraz więcej jest historii o ludziach porzucających wielkomiejskie klimaty i wyścig szczurów dla spokojnego życia w malutkim domu postawionym w urokliwym otoczeniu lub takim na kółkach, który można łatwo przetransportować z miejsca na miejsce.

Kanał „Living Big in a Tiny House” na YouTubie subskrybuje 3,31 mln widzów. Były aktor i muzyk Bryce Langston wraz z partnerką odwiedził blisko 200 mikrodomów różnych kształtów i wymiarów na całym świecie, a liczba wyświetleń pod poszczególnymi filmami sięga kilkunastu milionów. Odwiedzili 8-metrowe mieszkanko w Tokio, dom na kółkach połączony z biblioteką w Nowej Zelandii, trzy metalowe kontenery połączone w domek zasilany bateriami słonecznymi w Victorii.

Z biegiem lat ów trend dotarł zza wielkiej wody także do Europy. Mikrodomy są dziś szczególnie popularne w Skandynawii i krajach Beneluksu. Im bardziej rosną ceny wynajmu czy kupna mieszkania w innych państwach, tym bardziej swoisty boom na „Tiny Houses” możemy zaobserwować także na kolejnych rynkach. 

Na ziemi polskiej 

Mikrodomy mają różne kształty i wymiary. Od pięknych drewnianych konstrukcji na przyczepach, poprzez przerobione autobusy szkolne i wielkie kampery, aż po schrony ziemne – po angielsku nazywane earthships, wykonywane wyłącznie z materiałów naturalnych lub pochodzących z recyclingu.

W Europie, w tym również nad Wisłą, szczególną popularnością cieszą się zaś drewniane domy modułowe, domki letniskowe przerabiane na całoroczne oraz domy mobilne (w tym tzw. „holenderki”). Nie brakuje też naprawdę innowacyjnego podejścia do form mieszkalnych, jak choćby w postaci adaptacji kontenerów morskich przekształcanych na lokale użytkowe i mieszkalne.

Domy o metrażu nieprzekraczającym 35-50 m kw. nie są w Polsce nowością. Miejscowości turystyczne usiane są domkami letniskowymi, wspomnianymi holenderkami czy nawet starymi wagonami towarowymi przekształconymi w kwatery dla turystów. Do niedawna jednak były to konstrukcje służące wyłącznie wypoczynkowi. Teraz coraz więcej osób dochodzi do jednego wniosku: dlaczego by w takim domku nie żyć przez cały rok.

Oczywiście względy ekonomiczne są w czołówce powodów takiej zmiany. Na początku 2020 r. średnie ceny mieszkania w Warszawie oscylowały od 8 do 10 tys. zł za m kw. Przy obecnych cenach materiałów i robocizny należy do tego doliczyć co najmniej 1,5 tys. zł za wykończenie 1 m kw. Za miejsce parkingowe trzeba doliczyć co najmniej 30-40 tys. zł.

Eliza Ziemińska-Żak z pracowni projektowej Nasze Nowe wskazuje właśnie na takie uzasadnienie jako jeden z głównych powodów boomu na mikromieszkania: – Koszt w pełni wyposażonego domku jest znacznie niższy niż mieszkania o podobnym metrażu, np. w Warszawie czy w innych dużych miastach, a działkę można wynająć. Również miesięczne koszty eksploatacji domku nie są wysokie, nawet zimą. Ponadto domek ma tę zaletę, że może zostać przestawiony w inne miejsce, np. jeśli właściciel zmieni pracę. Można go też łatwo sprzedać.

Dom na wynos 

Choć w Stanach Zjednoczonych czy w Skandynawii rośnie popularność domów mobilnych, czy nawet mikrodomów stawianych na przyczepach, łatwych w transporcie, Polacy nadal w głównej mierze stawiają na stacjonarne konstrukcje. Nawet jeśli są to budynki zaprojektowane i wykonane w nowoczesny sposób, mało kto myśli o ich przemieszczaniu.

Wojtek Zatuszek podjął się budowy własnego domku na kółkach i tłumaczy, dlaczego w Polsce takie rozwiązanie się nie przyjęło i raczej nie przyjmie się w przewidywalnej przyszłości.

–  Zarobki Polaków są nieadekwatne do zarobków w USA - tłumaczy Wojtek. - W 2018 roku zbudowałem przyczepę „Tiny House” z profili stalowych z osiami kół. Chciałem sprawdzić, jak to się ma do kosztów. Okazało się że sama przyczepa, która będzie dopuszczona do ruchu, kosztuje pomiędzy 15-20 tys. złotych. Postawienie na niej domku to koszt rzędu 8 tys. złotych Do tego nie da się jej ciągnąć zwykłym samochodem z powodu wagi ładunku –  wspomina Wojtek.

- Spróbowałem więc zrobić taką mobilną platformę sam. Profile stalowe i koła kosztowały 2 tys. złotych. Całkowity koszt wraz z mini domkiem na niej wyniósł 10 tys. złotych. Dlatego w Polsce nie ma to sensu, ponieważ ceny przyczep rejestrowanych, dopuszczonych do ruchu, są bardzo wysokie. Moje rozwiązanie można co najwyżej przewieźć z miejsca na miejsce na lawecie. Domek na kółkach jest za to idealnym produktem eksportowym; 99 proc. firm produkujących przyczepy mobilne sprzedaje je na eksport, ponieważ dla obywatela Niemiec czy Francji nie jest to wielki wydatek.

Mikrodom – mikrozmartwienia

Postawienie mikrodomu to nie tylko niższy koszt, ale też zdecydowanie mniejszy ból głowy. Zakup mieszkania, a już w szczególności budowa własnego domu zwykle wiąże się z czasochłonnym i stresogennym procesem. Począwszy od załatwienia niezbędnych pozwoleń na budowę, poprzez zorganizowanie ekip budowlanych i ich nadzór, aż po wykończenie – budowa domu może potrwać nawet kilka lat, zwłaszcza, jeśli chcąc zaoszczędzić, decydujemy się na konstruowanie części domu „systemem gospodarczym”. Czytaj: własnymi rękami.

W przypadku domów modułowych, mobilnych czy adaptacji kontenerów morskich większość z tych problemów znika. Budową i dostarczeniem mieszkania zajmuje się jedna firma. Są nawet firmy, które oferują umeblowanie i wykończenie lokum w ramach jednej usługi.

– W parze z minimalnymi formalnościami idzie też bardzo szybki czas realizacji, zarówno w przypadku domów modułowych, jak i tych z kontenera – zachwala Rafał Bendyk z firmy Flexicube, zajmującej się adaptacją kontenerów morskich. – Proces od złożenia zamówienia do dostarczenia kontenera na miejsce trwa 6-8 tygodni dla kontenera o wielkości 35 m kw. Zależnie od wykończenia czas oczekiwania może oczywiście wzrosnąć. Natomiast nawet uśredniony termin 3 miesięcy to bardzo krótki termin, a dom może przyjechać na miejsce nie tylko wykończony, ale nawet w pełni umeblowany. Zostaje tylko zrobienie przyłączy i można się wprowadzać – przekonuje. 

Przed tymi, którzy postanawiają samodzielnie wybudować dom zamiast kupować „gotowca” od firmy, stoi znacznie mniej przeszkód niż w przypadku budowy domu z wymaganym pozwoleniem. Gdy Paulina opowiada, jak przebiegał cały proces, nie sposób odnieść wrażenia, że jest to zupełnie odmienna wizja od typowej walki z urzędami i wielomiesięcznego oczekiwania na pozwolenia.

– Formalności są dość proste: trzeba tylko złożyć wniosek w gminie. Gmina ma możliwość zanegowania go w ciągu 30 dni. Jeśli nie otrzymasz w tym czasie pisma, następuje „milcząca zgoda” i można budować. W naszym przypadku wystarczył telefon do działu planowania, by postawić dom w odpowiedniej odległości od granicy działki w planie zagospodarowania terenu. Postawiliśmy na konstrukcję, którą będziemy mogli w przyszłości rozbudować. Więc sam projekt spełnia wymagania projektu budowlanego wraz ze wszystkimi wyliczeniami, które musi wykonać architekt – opowiada przyszła właścicielka mikrodomku. 

Cena to nie wszystko. Zmienia się przede wszystkim sposób, w jaki patrzymy na świat, a wraz z nim to, jak patrzymy na dom: – Młode pokolenie, zwłaszcza generacja Z, to grupa, która deklaruje zupełnie inne przyzwyczajenia. Zniknęło przeinwestowywanie w wielkie domy. Zamiast tego pokolenie mówi, że potrzebuje tyle, ile jest niezbędne do życia. Chce spędzać czas z przyjaciółmi, podróżować, żyć. Młodzi ludzie podchodzą do wielu kwestii inaczej niż choćby generacja X. Nie potrzebują samochodu, nie potrzebują domu o powierzchni 300 m kw. i nawet nie chcą ich mieć, chociażby ze względu na koszty utrzymania – tłumaczy Rafał Bendyk.

Coraz częściej słyszy się o ludziach, którzy mogliby kupić czy wybudować dom o znacznie większym metrażu, jednak świadomie decydują się na mikrodom. Po pierwsze: większa przestrzeń do życia po prostu nie jest im potrzebna. Po drugie: taki dom to po prostu mniej zmartwień.

35 metrów na życie 

Magda Bębenek wraz ze swoim partnerem Piotrem mieszkała przez siedem miesięcy w domku mobilnym projektu polskiej firmy Letniskowo. Cały proces dokumentowała na blogu i kanale YouTube w ramach projektu „Las w Nas”. Gdy mówi o doświadczeniu życia na 35 m kw., można odnieść wrażenie, jakby mówiła o klasycznym mieszkaniu o znacznie większej powierzchni użytkowej.

– Przez lata podróży i ciągłych przeprowadzek przyzwyczaiłam się do życia na małej przestrzeni i z małą ilością rzeczy, więc tak naprawdę metraż domku, w którym mieszkaliśmy nie był dla mnie żadnym problemem. Dodatkowo 35 m kw. kawalerki w mieście, a 35 m kw. ustawnego domku, który ma spory taras i stoi w lesie, to zupełnie inne 35 m kw. Dzięki dobrze przemyślanemu rozkładowi pomieszczeń w domku mobilnym mieliśmy do swojej dyspozycji trzy małe pokoje i w pełni wyposażoną łazienkę, co dla dwóch osób było zdecydowanie wystarczające. Ponadto mieliśmy cztery miejsca noclegowe dla gości: dwa w pokoju gościnnym na łóżku piętrowym i dwa na rozkładanej kanapie w pokoju dziennym z aneksem kuchennym – mówi.

Dodaje też, że największą różnicą względem życia na podobnym metrażu w mieście jest okolica i własne podwórko: – Superdodatkiem był też wspomniany taras, choć tak naprawdę największym szczęściem i radością była okolica, w której zaparkowaliśmy dom. Taras wychodził na kilka starych jabłoni, za którymi witała ściana otaczającego nas z trzech stron lasu.

Oboje z partnerem nie tylko żyli na 35 m kw., ale zdalnie pracowali, mając do dyspozycji jedynie ten niewielki metraż. W rozmowie Magda nie sprawiała jednak wrażenia, jakby niewielka przestrzeń była jakąkolwiek przeszkodą dla efektywnej pracy zdalnej.

– W domku mobilnym mieliśmy dość głębokie i długie biurko w pokoju gościnnym, który służył nam głównie za biuro. Tam stał komputer stacjonarny z dużym ekranem, potrzebny nam do edycji filmów na YT i obróbki zdjęć. Piotrek prowadzi kanał „Piotr Horzela – Opowiada”, a ja „Wracamy do natury”. Resztę pracy, np. pisanie tekstów publikowanych na mojej stronie magdabebenek.pl, mogłam wykonywać gdziekolwiek, jak w każdym innym domu. Jeśli pracujemy zdalnie – szczególnie z laptopa – potrzebujemy tak naprawdę jedynie tyle przestrzeni, żeby wygodnie usiąść. A do tego nie jest potrzebny duży metraż.

Lata pędu za coraz większymi i coraz bogatszymi wnętrzami sprawiły, że wyrobiliśmy sobie określone poglądy na to, jak nasze mieszkania powinny wyglądać i funkcjonować. Tymczasem, jak mówi Eliza Ziemińska–Żak, problemem nie jest metraż, a nasze przyzwyczajenia. 

– Mogłoby się wydawać, że niewielka powierzchnia domku i narzucone wymiary to największy problem do rozwiązania w procesie projektowym. Tymczasem to raczej przyzwyczajenia i paradygmaty kierujące naszym postrzeganiem tworzą ograniczenia dotyczące tego, jak i co powinno zmieścić się w domu – tłumaczy i dodaje: – Zmierzenie się z własnymi, czasem nawet nieuświadomionymi przekonaniami to najtrudniejsza praca do wykonania. Osoby, które decydują się na zminimalizowanie przestrzeni i liczby posiadanych przedmiotów, zazwyczaj mają już wszystko dobrze przemyślane. Dlatego narzucone wymiary i waga, w których trzeba się zmieścić, stają się raczej wyzwaniem wyzwalającym kreatywność niż problemem.

Paulina i Maciek również postawili na „powiększenie swoich 35 m kw. poprzez otworzenie ich na naturę”. – Budujemy dom, który będzie otwarty na ogród. Chcemy mieć duży i tak rozbudowany taras, by dołożyć część kuchenną z piecem do pieczenia chleba, starym podgrzewaczem do gotowania, grillem zewnętrznym, miejscem do siedzenia, a nawet saunę. Robimy minimalizm w środku i otwieramy go na zewnątrz. Cała przestrzeń we wnętrzu jest zminimalizowana do podstawowych potrzeb: spanie, podstawowe gotowanie, niewielka część wypoczynkowa, łazienka. Do tego wydzielona część na przechowywanie, szafy wbudowane we wszystkie możliwe ściany. Stawiamy na dodatki zbudowane poza domem, więc ogród staje się częścią domu – tłumaczy Paulina.

Ciekawa jest również różnica w postrzeganiu metrażu zależnie od jego umiejscowienia. Czym innym jest 35 m kw. kawalerki, a 35 m kw. własnego domu. – Najciekawsze jest to, że domy o powierzchni 35 m kw. ludzie określają jako „budy dla psa”, „kurniki” z powodu małej powierzchni użytkowej. Wystarczy porównanie do mieszkania w bloku w nowo wybudowanych osiedlach i nagle zmieniają nazewnictwo, nazywając takie mieszkania „miniapartamentami” lub „ministudio” – mówi Wojtek Zatuszek.

Ciasnoty twej nie boimy się skutków 

Mieszkanie na tak małym metrażu ma oczywiście swoje obiektywne minusy wynikające z ograniczonej przestrzeni. Nie jest to choćby optymalne miejsce do życia dla rodzin z dziećmi. 

– Przy 30 m kw. mieszkanie w rodzinie 2+2 jest można powiedzieć niemożliwe – mówi Wojtek i wyjaśnia: – Taki dom jest idealnym rozwiązaniem dla singli lub par. Nawet jeżeli para planuje dziecko, to przez pierwszych miesięcy życia malca zawsze jest się blisko. Minusem działki jest to, że trzeba o nią zadbać, dojeżdżać do pracy... Nie będę tu opowiadał, że mieszkanie na działce ma same plusy, bo tak nie jest. Sam mam działkę o powierzchni 1,6 tys. m kw. i gdy mam kosić trawę, to szlag mnie trafia. Trzeba po prostu lubić obcowanie z naturą.

Każdy z rozmówców podkreśla również, że 35 m kw. to raczej rozwiązanie tymczasowe, nie docelowe. Wojtek Zatuszek projektując i budując domy dla klientów, również potwierdza, że większość z nich stawia dom z myślą o późniejszej rozbudowie lub – jak Paulina i Maciek – postawieniu na działce kolejnych budynków na zgłoszenie.

Wizja przytulnego domku, postawionego na urokliwej działce w pięknej okolicy brzmi pociągająco. Niestety w Polsce na przeszkodzie ku jej realizacji stoją problemy z finansowaniem. Mimo że alternatywne formy zamieszkania są tańsze od klasycznych domów czy mieszkań, dla większości osób pozostają one nadal za drogie, by sfinansować inwestycję z własnej kieszeni.

Tym szczęśliwcom, którym uda się zgromadzić niezbędną sumę w gotówce, można tylko pozazdrościć. Życie w mikrodomu oznacza dla nich życie bez wiszącego nad głową kredytu z niskimi kosztami eksploatacji. Ci zaś, którzy chcąc zamieszkać w wymarzonym „mikro-M”, muszą udać się po pomoc do banku i mogą spotkać się z bolesną odmową.

– W Polsce jedynym bankiem patrzącym przychylnie na nowe technologie i alternatywne budownictwo, jest bank ING. Wymaga to natomiast złożenia wniosku ze szczegółowym opisem inwestycji. Jeśli klient złoży wniosek bez konkretnego opisu, dostanie decyzję negatywną. Złożony wniosek musi też przejść dodatkową weryfikację działu zabezpieczeń, nim zostanie rozpatrzony pozytywnie – mówi Karol Zimnoch, ekspert ds. nieruchomości z agencji pośrednictwa Mieszkaj u Siebie.

Jak mówi, inne banki teoretycznie nie mają procedury, która uniemożliwiłaby otrzymanie kredytu na taki cel, lecz większość banków odrzuca nietypowe technologie. Zwłaszcza te związane z domami mobilnymi, które właściciel może zechcieć po czasie przemieścić w inną lokalizację.

– W skrajnym przypadku bank może wypowiedzieć umowę kredytową, jeśli zabierzemy dom, ze względu na utratę wartości nieruchomości. Tak samo klient nie dostanie kredytu hipotecznego, jeśli planuje tylko dzierżawić działkę, bo wtedy wartość nieruchomości jest za mała, by stanowić zabezpieczenie kredytu – tłumaczy Zimnoch.

Zdaniem Zimnocha pewnym sposobem na wybrnięcie z sytuacji jest pożyczka hipoteczna. Jest to o wiele tańsze rozwiązanie od konsumpcyjnego kredytu gotówkowego, a bank nie wymaga dokumentacji technicznej, więc nie trzeba tłumaczyć, na co potrzebujemy tych środków. Taka forma finansowania również oznacza pewne kompromisy.

– W takim przypadku banki sfinansują jednak maksymalnie 80 proc. inwestycji, a są też takie, które sfinansują tylko 60 proc. Chyba że mamy inną nieruchomość pod zabezpieczenie albo zabezpieczeniem może być działka, na której ma stanąć nieruchomość – wyjaśnia.

Trend mikrodomów i minimalistycznego życia rozpędza się poza granicami Polski od ponad dekady. Nad Wisłą jednak dopiero raczkuje, choć nie ma wątpliwości, że ustawicznie rosnące ceny mieszkań i pandemiczna refleksja Polaków nad życiem na własnej działce mogą przyspieszyć popularyzację alternatywnych form zamieszkania.

Magda Bębenek jest pełna optymizmu, jeśli chodzi o szansę na popularyzację tego trendu w Polsce. – Nie widzę żadnych przeszkód, a wręcz mnóstwo korzyści przemawiających za takim rozwiązaniem. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, że większe wcale nie znaczy lepsze. Dążą do zbudowania takiej rzeczywistości, która z jednej strony pozwala na piękne, wygodne i spokojne życie, a z drugiej strony nie obciąży środowiska naturalnego tak bardzo, jak dotychczasowe ramy. Małe domy mogą być idealną odpowiedzią dla osób pragnących bardziej świadomego, minimalistycznego i odpowiedzialnego stylu życia – opowiada. 

Trend samodzielnej budowy domu na zgłoszenie silnie wpisuje się też w etos zaradnego Polaka, który żadnej pracy się nie boi i wszystko może zrobić sam. Nie wszystkich przekonuje minimalistyczny styl życia, wciąż mylnie kojarzony z dobrowolną ascezą, ale dla Polaka-majstra pociągająca jest wizja samodzielnej budowy własnego miejsca zamieszkania, bez bieganiny po urzędach i bólu głowy związanego z pilnowaniem ekip budowlanych.

Ze względu na to, że budowa mikrodomu kosztuje ułamek kwoty, jakiej potrzeba na zakup mieszkania czy budowę domu o większym metrażu, możemy się tylko spodziewać coraz większej liczby domów na zgłoszenie stawianych we wszystkich regionach Polski.

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst