Tech  /  Artykuł

Apple się nie kończy, Apple się zaczyna. Kolorowy MacBook Air będzie początkiem wielkiej przemiany

Picture of the author

Apple wraca do korzeni i wyraźnego podziału, co jest dla profesjonalistów, a co dla plebsu. Nowego MacBooka Air nikt już nie weźmie za profesjonalną maszynę.

Lata temu, gdy świat elektroniki użytkowej był jeszcze nowy, świeży i ciekawy, wśród sprzętów Apple’a istniało wyraźne rozgraniczenie między sprzętami profesjonalnymi, a tymi dla zwykłych użytkowników. Te pierwsze miały stonowaną, „roboczą” stylistykę, zaś te drugie były kolorowe i dostępne w wielu wariantach, by umożliwić każdemu konsumentowi wybór pod własne preferencje.

Ten stylistyczny rozdział definitywnie zakończył się mniej więcej w okolicach premiery pierwszego MacBooka Pro z obudową unibody, wykonaną z jednego kawałka aluminium. Od 13 lat wszystkie urządzenia Apple’a były monolitycznie eleganckie. Żadnego funu, żadnej odwagi - nawet po wprowadzeniu do portfolio edycji space gray czy złotego patrzyliśmy na złote, srebrne lub ciemnoszare bloki metalu. Zero emocji.

Emocje wróciły wraz z premierą tegorocznego iMaca 24 z czipem M1, którego w ogóle nie da się kupić w „stonowanej” wersji, tylko w jednym z siedmiu ostentacyjnych kolorów. Czarna ramka wokół ekranu? Zapomnij - teraz rządzi biel.

I wiele wskazuje na to, że zabawa wróci także do laptopów Apple’a.

Nowy MacBook Air ma być tak kolorowy, jak iMac 24.

Źródłem tych rewelacji jest Jon Prosser, który ostatnio ma dobrą passę w przewidywaniu rzeczywistych posunięć Apple’a.

Według jego informatorów, Apple pracuje nad MacBookiem Air w tych samych wariantach kolorystycznych, co nowe komputery stacjonarne. Jak taki MacBook Air będzie wyglądał? Tego dowiadujemy się z renderów przygotowanych przez współpracującego z Prosserem grafika. To oczywiście tylko czyjaś fantazja, nie finalny produkt, ale ten projekt wygląda na wielce prawdopodobny. Autor uwzględnił w nim nawet rzekomy powrót magnetycznego portu ładowania MagSafe, który Apple pożegnał w 2016 r.

Źródło: Front Page Tech

Informator Prossera donosi także, iż Apple zamierza powrócić do wyraźnego wizualnego rozróżnienia sprzętów konsumenckich i „profesjonalnych”. To właśnie dlatego nowy mały iMac nie ma „stonowanej” wersji kolorystycznej - będzie miał ją nowy duży iMac, skierowany do profesjonalistów.

Źródło: Front Page Tech

Podobnie rzecz się ma w przypadku laptopów: nowy MacBook Air ma być kolorowym, ciekawym sprzętem dla przeciętnego użytkownika, który wybierając komputer myśli nie o tym, jakie ma on podzespoły, a właśnie jakiego koloru jest obudowa. Tymczasem „profesjonaliści” preferują elegancką, oszczędną stylistykę, którą dostarczą im nowe MacBooki Pro 14 i 16.

Źródło: Front Page Tech

Zresztą już dziś podobny podział widoczny jest także w iPhone’ach i iPadach. iPhone 12 jest dostępny w sześciu różnych kolorach. iPhone 12 Pro - tylko w czterech. iPada Air można kupić w pięciu wariantach kolorystycznych. iPada Pro - tylko w dwóch.

Nie będę zdziwiony, jeśli ten rozdział przeniesie się na wszystkie grupy produktowe, w tym zegarki Apple Watch i słuchawki Apple AirPods. Byłoby to logiczne i w pełni uzasadnione posunięcie - Apple umożliwiłby tym samym posiadanie pełnego portfolio produktów w tym samym odcieniu, lub mieszanie kolorów według własnego gustu. To zgoła odmienna strategia od tej, którą widzieliśmy przez ostatnią dekadę, kiedy to produkty Apple’a były do bólu homogeniczne. Teraz w końcu coś zaczyna się dziać.

W głowie się nie mieści, jak Apple w ostatnim czasie rozgrywa konkurencję.

Wiem, że brzmi to jak bajdurzenie fanboja, ale wystarczy odrobina rozgarnięcia w tej branży, by dostrzec, jak Apple po wirtuozersku odgrywa kolejne takty swojej produktowej symfonii.

Weźmy np. iPhone’a. Premiera i wycena iPhone’a X była prawdopodobnie najlepszym blefem w niedawnej historii elektroniki użytkowej. Wszyscy pukali się w czoło, widząc kwotę 5000 zł przy smartfonie. Wszyscy kpili. A wystarczyły dwa lata, by konkurenci wypuścili na rynek swoje produkty wycenione tak samo albo wyżej. I wtedy Apple wypuścił iPhone’a XR, następnie iPhone’a SE i iPhone’a 11. I nagle okazało się, że po raz pierwszy to iPhone jest tym bardziej opłacalnym, tańszym zakupem.

Teraz z kolei Apple - po latach bycia na marginesie rynku komputerów osobistych - idzie na całość. Czip M1 i jego nadchodząca mocniejsza wersja rozkładają na łopatki wszystko, co mają do zaoferowania Intel i AMD. Miną lata, nim producenci laptopów i desktopów z Windowsem będą w stanie nawiązać równą walkę, a Apple bezlitośnie to wykorzystuje.

Wypuścił najszybsze ultraprzenośne laptopy na rynku, które w dodatku wcale nie są droższe od znacznie wolniejszych i gorzej wyposażonych maszyn z Windowsem. Teraz z kolei dodaje do nich kolory, doskonale wiedząc, że dla przeciętnego użytkownika to właśnie estetyka maszyny jest ważniejsza niż jej podzespoły. I podczas gdy producenci maszyn z Windowsem będą dwoić się i troić, by przekonywać konsumentów, będą wypuszczać pożal się Boże reklamy udowadniające, że warto zostać z pecetami, udziałowcy Apple’a będą pływać w dolarach. A konsumenci wchodzić do Apple Store’ów i mówić „poproszę niebieskiego”.

Innymi słowy - na naszych oczach zmienia się układ sił na rynku elektroniki użytkowej. Oczywiście, dotyczy on sprzętów powyżej pewnego progu cenowego. Apple nie rywalizuje ani z tanimi smartfonami z Androidem, ani z najtańszymi laptopami z Windowsem. Nie rywalizuje też z segmentem komputerów dla graczy, choć… nadal pojawiają się plotki, że gdzieś w podziemiach Cupertino powstaje cała seria komputerów gamingowych od Apple’a.

Apple rywalizuje jednak tam, gdzie zarabia się największe pieniądze. I jeśli nadal będzie rozgrywał tę partię z taką finezją, to w ciągu najbliższych kilku lat przejdzie z pozycji niszowego producenta sprzętu dla bogoli, do pozycji producenta najbardziej opłacalnych maszyn dla przeciętnego konsumenta. W tym roku nikt nie napisze, że „Apple się kończy”. Apple się dopiero zaczyna.