Tech  /  Felieton

Policzyłem, ile płacę za abonamenty. Nie żałuję ani złotówki

Picture of the author

Już od dłuższego czasu można powiedzieć, że żyjemy na abonament. Niemal wszystkie ważne programy i usługi sprzedawane są w modelu subskrypcyjnym, i coraz mniej jest takich, które możemy po prostu kupić. W tym roku po raz pierwszy nie żałuję ani złotówki, którą na te abonamenty wydaję.

Temat abonamentów na programy i usługi wraca jak bumerang, bo coraz trudniej od nich uciec. Jednorazowe kupowanie często albo nie jest możliwe w ogóle, albo jest skrajnie nieopłacalne w porównaniu z opłacaniem dostępu do treści. Trzeba jednak przyznać, że czasem subskrypcje mogą się okazać bardzo drogą imprezą.

Pojedynczo subskrypcje są tanie. 20 zł za całą muzykę tego świata w Spotify to grosze. 40 zł za znakomite oryginalne treści od Netfliksa? Tyle, co nic. 30 zł za dostęp do bogatego katalogu gier na Xboksa? Toż to jak za darmo.

Ale połączmy teraz te subskrypcje w jedno i już robi się pokaźna kwota. Dołóżmy do tego koszt oprogramowania i kwota dodatkowo się powiększa.

Osobiście trzy lata temu wydawałem miesięcznie jakieś 250 zł na programy i usługi. Dwa lata temu i rok temu kwota ta była znacznie wyższa, ponad 500 zł - a to dlatego, że opłacałem pełny pakiet Adobe (w promocji, a i tak kosztował 170 zł/miesięcznie) i kilka usług VOD jednocześnie.

W tym roku postanowiłem zrobić porządki i zostać tylko przy tych usługach, z których realnie korzystam, i które stanowią wartość dodaną dla mojego życia oraz pracy.

300 zł. Tyle miesięcznie kosztuje mnie praca i zabawa.

Od początku 2021 r. staram się przykładać większą uwagę do własnego „cyfrowego Zen”, trzymając się tylko tych programów, które są najlepsze w swojej kategorii i tylko tych usług, których potencjał wykorzystuję w pełni. Aktualny bilans wygląda tak:

Miesięczne wydatki na rozrywkę:

  • Netflix: 52 zł
  • Spotify: 30 zł
  • Gamepass Ultimate: 55 zł
  • Apple One: 25 zł
  • YouTube Premium: 25 zł

Miesięczne wydatki na pracę:

  • Adobe: 50 zł
  • Office: 43 zł
  • Evernote: 11 zł
  • Google One: 9 zł

Razem: ok. 300 zł.

Czy to dużo, czy mało? Moim zdaniem kwota śmieszna, zważywszy jak wiele dostaję w zamian. W cenie jednej gry na PS5 każdego miesiąca otrzymuję bezkres rozrywki i narzędzia, z których korzystam każdego dnia, i dzięki którym zarabiam na życie.

Dotychczas miałem tak, że nieco żałowałem wydawanych pieniędzy na niektóre usługi. Na przykład na serwisy VOD, w których oglądałem jeden film miesięcznie, albo abonament na książki, który był nieużywalny na czytnikach e-booków. W tym roku nie żałuję jednak ani jeden wydawanej co miesiąc złotówki.

Netflix to mój sposób na wyciszenie po całym dniu pracy.

Gdy ktoś mi mówi, że „na Netfliksie nic nie ma”, albo „Netflix to same śmieci”, pusty śmiech mnie ogarnia. Na Netfliksie jest bowiem tak wiele treści, że życia by nie starczyło, by je wszystkie obejrzeć. I pewnie, część seriali jest ewidentnie robiona na siłę, a sporo filmów ma poziom tak niski, że polskie komedie romantyczne to przy nich kultura wysoka; nie zmienia to jednak faktu, że na Netfliksie jest co oglądać.

Każdy dzień kończę, oglądając serial w tym serwisie. Oglądam tam również anime, którego jest w nim coraz więcej (Yu Yu Hakusho - polecam serdecznie!). Wszystko to w bardzo wysokiej jakości i bez ustawicznych problemów technicznych - czyli dwóch powodów, przez które zrezygnowałem z HBO Go po ponownym obejrzeniu wszystkich sezonów Gry o Tron.

Spotify towarzyszy mi każdego dnia przez wiele godzin.

Jeśli miałbym z całej powyższej listy usług wybrać jedną, bez której bym się nie obszedł, byłoby to właśnie Spotify. Płacę 30 zł za pakiet rodzinny, a w zamian mam dostęp do (prawie) całej muzyki tego świata. W dodatku w końcu, po kilku miesiącach intencjonalnego „karmienia” algorytmu, udało mi się doprowadzić do porządku sytuację z playlistami i polecankami - Spotify w końcu zaczął mi serwować składanki pasujące do mojego gustu, co bardzo doceniam.

Od tego roku Spotify zastąpił mi również aplikacje do podcastów, bo wszystkie audycje, których regularnie słucham, są tam dostępne, a odtwarzacz w końcu dogonił (a nawet przegonił) inne usługi pod względem funkcjonalności. Ostatnimi czasy co prawda coraz mocniej korci mnie stuprocentowa przesiadka na Apple Music, ale algorytmy poleceń i Spotify Connect jeszcze długo będą mnie trzymać przy Spotify. Bez chwili wahania zapłacę za wersję Hi-Fi, gdy tylko się pojawi.

GamePass Ultimate przywrócił mi radość z grania.

Uwielbiam grać, od małego jestem graczem, ale wiecie, jak to jest, gdy przychodzi dorosłość - czasu jest coraz mniej. A jako że całymi dniami pracuję przy komputerze, mam też coraz mniej chęci na granie. Nie mam konsoli, gram na PC, więc perspektywa spędzenia kolejnych godzin przy tym samym monitorze nieco męczy.

GamePass Ultimate okazał się znakomitym rozwiązaniem. Kosztuje śmiesznie mało w porównaniu do kupowania gier w ich pełnej cenie i pozwala żonglować grami - jak się jedna nie spodoba, można od razu zagrać w inną. Idealne rozwiązanie dla tych, którzy nie mają czasu na granie. W ramach subskrypcji Ultimate mam też dostęp do strumieniowania gier na telefon; kilka dni temu w końcu otrzymałem zaproszenie do bety programu na iOS i od tamtej pory, zamiast siadać przed komputerem, siadam z padem na kanapie i gram na telefonie. O dziwo, działa to świetnie.

Apple One bardziej się opłaca opłacać, niż nie opłacać

Nic dziwnego, że Spotify wytoczył pozew przeciw Apple’owi za Apple One - ta usługa jest irracjonalnie tania. Osobno każda z usług dostępna w tym pakiecie kosztuje 20 zł/mies. Razem kosztują raptem 25 zł miesięcznie. 25 zł miesięcznie za Apple Music, Apple TV+, Apple Arcade i 50 GB iClouda - toż to grosze.

Z Apple TV+ nie korzystam, a w Apple Arcade nie widzę nic dla siebie, a mimo to nadal opłaca mi się płacić za Apple One, bo kosztuje tyle samo, ile kosztowałoby Apple Music i iCloud, którego i tak muszę opłacać, chcąc mieć jakikolwiek backup iPhone’a. Samo Apple Music jest zaś dla mnie głównie biblioteką utworów, które kupiłem gdzieś indziej i których nie ma w streamingu - usługa Apple’a radzi sobie z samodzielnie dodanymi plikami o niebo lepiej od Spotify.

YouTube Premium to gorzka pigułka, ale trzeba ją przełknąć.

Powiedzmy to wprost: YouTube’a z reklamami nie da się oglądać. Ilość (bo już nawet nie liczba) reklam wyświetlanych na każdej stronie i wewnątrz filmów dawno przekroczyła masę krytyczną. YouTube oczywiście zrobił to celowo, by wepchnąć użytkowników w objęcia swojego abonamentu - 25 zł miesięcznie i cyk, reklamy znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a do tego twórcy dostają więcej kasy za wyświetlenia.

Z terrorystami się nie negocjuje, ale jednak zdecydowałem się zapłacić. I tak płacę już od prawie dwóch lat, i chociaż wciąż brzydzi mnie sposób, w jaki YouTube tę zapłatę wymusza, tak nie żałuję. Z YouTube’a korzystam każdego dnia, subskrybuję dziesiątki kanałów - to bardzo ważny element mojej „diety medialnej”. YouTube uczy, YouTube bawi, YouTube pozwala mi się rozwijać. 25 zł za to, żeby móc z serwisu korzystać bez zakłóceń, to niewielka cena.

Dużo bym dał, żeby mieć dostęp do tak tanich narzędzi pracy 10 lat temu.

Jak ktoś mi mówi, że abonamenty za oprogramowanie do pracy są zbyt drogie i nieopłacalne, to mam ochotę walnąć go w głowę moim zepsutym tosterem. Drogie? Co na przykład jest takie drogie? Pakiet Office z chmurą OneDrive, który kosztuje 43 zł miesięcznie dla PIĘCIU UŻYTKOWNIKÓW? Pokroić bym się dał, by ten abonament był dostępny 10 lat temu albo nawet wcześniej, gdy tak samo jak dziś potrzebowałem dostępu do Pakietu Office, a zwyczajnie nie było mnie na niego stać. Przez długie lata jako biedny student byłem skazany na szroty pokroju Libre i Open Office, bo najpopularniejszy program biurowy był poza moim zasięgiem.

To samo zresztą ze zdjęciami - płacę 50 zł miesięcznie za pakiet fotograficzny Adobe, Lightroom + Photoshop. Czy to dużo? Nie, to śmiesznie mało, w granicach możliwości absolutnie każdego. Pewnie zaraz ktoś powie, że „można odłożyć pieniądze i kupić program jednorazowo”. A ja powiem, że 10 lat temu po stokroć bardziej wolałbym płacić niską ratę miesięcznie i już się czegoś uczyć, niż marnować długie miesiące na oszczędzanie na program, a w międzyczasie nie uczyć się niczego.

Evernote jest moim drugim mózgiem. 11 zł miesięcznie to absurdalnie niska cena za drugi mózg i tak dobry notatnik. W ostatnich latach Evernote zaliczał co prawda wtopy i rozwijał się raczej powoli, ale po wewnętrznej restrukturyzacji sprzed dwóch lat ruszył z kopyta i dziś jest bezwzględnie najlepszym programem w swojej klasie. No, może oprócz Notion, ale Notion to kombajn, nie dla każdego. Zdecydowanie nie dla mnie.

Google One z kolei to przykra konieczność, ale też nie żałuję wydawanych nań pieniędzy. Jeśli za raptem 9 zł miesięcznie (pakiet 200 GB) mogę bez stresu korzystać z poczty, dokumentów online i - od czerwca - przechowywać zdjęcia z telefonów w pełnej rozdzielczości, to nie mam prawa narzekać. Google mógłby równie dobrze za takie usługi kasować znacznie więcej, 9 zł to nie pieniądz przy tak wielkiej stopie zwrotu.

Można taniej. Ale po co?

Z całą pewnością znajdzie się ktoś, kto po przeczytaniu tego tekstu powie: przecież można taniej. A ja powiem: oczywiście, można. Ale po co?

Wiele z tych usług dałoby się wyciąć z miesięcznego kosztu. Na przykład Spotify i Apple Music, które przecież mógłbym zastąpić YouTube Music, dostępną w pakiecie z YouTube Premium. Pakietu Office i Evernote też nie potrzebuję, bo mogę mieć nieograniczone Dokumenty Google w ramach abonamentu Google One. A zamiast płacić 600 zł miesięcznie „zdziercom z Adobe”, mógłbym równie dobrze wydać połowę tego na jednorazowy zakup Affinity Photo.

Tylko że te pozorne oszczędności nie są warte utraty funkcjonalności, które bardzo sobie cenię, a 300 zł miesięcznie to naprawdę niewielka cena, gdy człowiek pomyśli, ile dostaje w zamian. Każda z wymienionych wyżej usług ubogaca moje życie. Każdy z wymienionych wyżej programów pozwala mi zarabiać na utrzymanie moje i mojej rodziny.

Kiedyś „życie na abonament” traktowałbym jako wielką wadę współczesnego systemu i negatywny znak czasów. Dziś widzę jednak, że modele subskrypcyjne nie bez powodu stały się normą: są dobrym rozwiązaniem i dla firm, które mogą się dzięki nim utrzymać, i dla użytkowników, którzy w zamian dostają nieporównywalnie więcej, niż mogliby dostać płacąc jednorazowo.