1. SPIDER'S WEB
  2. Tech

Chciałem tylko wypić kawę nad Wisłą, a cały dzień mnie śledzono

prywatność w sieci
474 interakcji
dołącz do dyskusji

Lubię jeździć z córką nad Wisłę, na kawę. Nie lubię być rekordem o wielu polach.

Wolny dzień nad Wisłą miał być wolny od trosk, a nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak ciężko się napracowałem pijąc kawę. Byłem zajęty, bo z każdym krokiem zbliżającym mnie do papierowego kubka, pieczołowicie wypełniałem bazę danych. Po kilku godzinach wypoczynku będę musiał kupić kucyka, bo nie chciało mi się dbać o prywatność w sieci.

Byłem śledzony, zanim ruszyłem w drogę

Dla pewności, jeszcze przed wyjściem i siedząc przed komputerem, sprawdziłem, czy gdzieś po drodze nie pojawił się korek. Zerknąłem też, jakie kawiarnie są otwarte i od której godziny. Gdy córka myła zęby i szykowała się do wyjścia, przejrzałem wiadomości, wyszukałem potrzebną mi do samochodu część, sprawdziłem, czy w sklepie z butami on-line pojawił się mój rozmiar i zamówiłem tabletki do zmywarki. Nie musiałem pilnować córki, przecież czas mycia mierzyła jej odpowiednia aplikacja.

Nigdy nie chciało mi się kontrolować ustawień przeglądarki i nie stosowałem dodatkowych zabezpieczeń. To normalne, że pozostawiam po sobie ciasteczka - pliki tekstowe zawierające podstawowe dane o użytkowniku, które są konieczne do właściwego wyświetlania treści. Zawsze machinalnie klikam OK przy otwieraniu strony, ale informacje, które pozornie są bez znaczenia, połączone ze sobą mogą być wykorzystywane, by śledzić naszą aktywność w sieci. Są jak cyfrowy odcisk palca.

Ciasteczka pomagają stronie dopasować się do naszych potrzeb i nie są szkodliwe dla naszych urządzeń. Dopasowanie reklam do użytkownika też nie wygląda groźnie, jednak niektóre pliki towarzyszą nam w drodze przez internet dłużej, niż jest to konieczne.

Tych kilka porannych czynności wystarczyło, żeby szczegółowo mnie opisać, łącznie z tym, jak często myję zęby, choć te akurat nie były moje. Zrobiłem zaledwie kilka kroków po mieszkaniu, a skorzystałem z kilku aplikacji i wszedłem na kilka stron internetowych. Na pewno ciągnęły się też za mną ciasteczka firm zewnętrznych, ze stron, z których dzisiaj nawet nie korzystałem. Może nie otwierałem dziś Facebooka, ale to nie znaczy, że ten nie otworzył się na mnie, śledząc, co robię w sieci.

Do firm, których nazw nawet nie znam, trafił mój adres IP, wersja mojej przeglądarki, system operacyjny, parametry sprzętowe i inne dane, które pomogą zidentyfikować mnie w sieci. Komputer w końcu zostawiłem w domu, ale towarzyszyli mi niewidoczni przyjaciele na moim smartfonie.

Liczbą aplikacji na smartfonie zaimponowałem kiedyś nastoletniej kuzynce

Mam tam wszystko, ale to chyba one mają mnie. Za pomocą telefonu kupuję bilety autobusowe i na pociąg. Płacę za paliwo, parkowanie i potwierdzam rezerwacje hoteli. Biegam, korzystając z aplikacji sportowych i zamawiam jedzenie. Praktycznie nie robię już przelewów siedząc przy komputerze  i nie używam karty debetowej, skoro mam odpowiednią aplikację pod ręką. Nawet w wolny dzień użyłem wielu z nich.

Po drodze odtwarzałem muzykę, nawigacja oczywiście była włączona (pewnie, że mam tam oznaczony Dom, żeby było łatwiej), a przed wyjściem jeszcze raz sprawdziłem pogodę. Nad Wisłą płaciłem telefonem za kawę, miejsce do parkowania i lody dla dziecka. Robiliśmy też sobie zdjęcia, które córka uparła się ozdobić śmiesznymi maskami i uszami dodawanymi do zdjęcia za pomocą aplikacji. Wysłała je rodzinie za pomocą dwóch różnych komunikatorów, nie sprawdzałem oczywiście, które z nich zapewniają szyfrowanie. O tym, że ich właściciele mogą śmiało analizować umieszczane w nich treści, zdaje się też nie pamiętałem.

Zazwyczaj aplikacjom na smartfonie dawałem uprawnienia, których potrzebują. Mikrofon? Proszę bardzo, na pewno się do czegoś przyda. Szkoda, że niekoniecznie mnie. Wiele z tych aplikacji nieustannie też śledzi moją aktywność, a ja im na to nie do końca świadomie pozwoliłem. Mają też dostęp do moich prywatnych zdjęć i nagrań dźwiękowych. W najlepszym razie te dane zostaną wykorzystane tylko do tego, żeby zachęcić mnie do kupna jakiegoś przedmiotu.

Aplikacje, strony internetowe, rozszerzenia do przeglądarek, zbierają dane na nasz temat, by jak najbardziej szczegółowo nas opisać i dopasować przekaz reklamowy. Wartość rynku danych liczy się w dziesiątkach miliardów dolarów, a każda informacja jest istotna. Numer buta i to, że myję zęby, też. Trackery nie muszą widzieć rachunku za kawę, wystarczy, że wiedzą, że szukałem kawiarni, byłem w jednej z nich i dokonałem płatności.

Czy grozi mi niebezpieczeństwo z powodu picia kawy?

Informacja, że piję kawę, nie jest niebezpieczna sama z siebie, ale zgromadzenie dużej liczby danych na nasz temat - już tak. Jeśli denerwuje nas wścibska sąsiadka, która zawsze wie, skąd i o której wracamy, mimo że nic z własnej woli nie powiedzieliśmy jej sami, to nasze dane fruwające po internecie powinny niepokoić nas bardziej. Jesteśmy brutalnie profilowani.

Użyteczność ustępuje miejsca potrzebom marketingowym. Zapamiętanie mojego koszyka zakupów po przypadkowym zamknięciu strony jest mniej ważnej od tego, jak często i jakie produkty kupuję. Trackery mają na celu dostarczyć jak największej liczby danych na mój temat. Po ich połączeniu da się mnie sprzedać - cyfrowy ślad to rzecz do spieniężenia. Zgodnie z prawem nie zawsze nawet muszę wyrażać zgodę na proces profilowania.

Profilowanie służy temu, żeby jak najlepiej nas opisać według naszych cech i zachowań w internecie. Cel jest oczywiście marketingowy - reklama jest skuteczna, gdy jest dobrze dopasowana. Taki dobór treści reklamowych wykracza już poza tak pożyteczne sprawy, jak nie wyświetlanie lokalnych reklam z Przemyśla osobom mieszkającym w Szczecinie. Liczba kilometrów pokonywanych w weekendy to jedna z wielu informacji, jaka pomaga nas dokładnie opisać. Mój pobyt nad bulwarach nad Wisłą nie pozostał anonimowy, wiadomo dokładnie, ile czasu tam spędziłem i co tam robiłem.

Pora na drugą kawę

  • Tato, mogę zainstalować tę grę ze śmiesznym kotkiem?
  • Oczywiście, proszę, ja w tym czasie, w spokoju wypiję drugą kawę.

Tego, co robi duże już dziecko na telefonie, szczegółowo nie kontrolowałem. Przecież zapytało czy może, a aplikacja pochodzi z oficjalnego sklepu. Wie też, że ma trzymać się z daleka od mikropłatności. Ale zapłacić za śmiesznego kotka jakoś trzeba, najlepiej kolejną porcją danych.

Kotek może śmiesznie zniekształcać naszą mowę, dlatego w aplikacji nawet mikrofon został udostępniony. Dostęp do multimediów też uzyskał, bo przecież zabawa polega na przerabiania zdjęć i nagrywaniu plików dźwiękowych. Kotek poprosił również adres email, dostęp do kontaktów i numer telefonu, jest mu bardzo potrzebny, by zaprosić do zabawy znajomych. To wszystko przyda się, żeby śledzić moje dalsze cyfrowe życie, a nigdy sam nie otworzę już tej aplikacji. I jeszcze te reklamy na dole ekranu - czy córka na pewno musi oglądać tam produkty, których szukałem na Walentynki dla żony? I czy dzień później ja muszę być zachęcany do kupowania kucyka?

To, że jestem produktem, to nie jedyny problem śledzenia w internecie. Utrata prywatności sprzyja wyłudzeniom - im więcej danych pozostawimy, tym łatwiej nas podejść i zastosować phishing, by ostatecznie, tradycyjnie nas okraść. Z pieniędzy, nie tylko z prywatności.

Jak zabezpieczyć się przed utratą prywatności w sieci?

Do ochrony własnej prywatności w sieci da się przygotować. Są ustawienia przeglądarek, dodatkowe chroniące prywatność rozszerzenia, ale są też rozwiązania zapewniające większe bezpieczeństwo, większe niż tryb incognito w przeglądarce, który wcale taki incognito nie jest.

Jednym z nich jest korzystanie z szyfrowanych połączeń VPN. Fałszywe dane lokalizacji, wolność od reklam i niedający się odczytać ruch w sieci sprawiają, że zbieranie informacji o nas jest uniemożliwione, a nasza prywatność chroniona.

Rozwiązania dla wielu platform, także na telefony, dostarcza Surfshark VPN. We współpracy z nimi powstał ten artykuł.

Materiał powstał we współpracy z marką Surfshark VPN.

Lokowanie produktu