Gry  / Felieton

Xbox Game Pass sprawił, że boję się kupować gry

Za małolata nie płaciłem za gry, bo nie było mnie na to stać. Latami sobie wmawiałem, że to nic złego, skoro „i tak można je ściągnąć za darmo z sieci”. Potem dojrzałem i te mroczne czasy mam już za sobą, ale… powoli znowu nabieram awersji do kupowania gier. „Przecież i tak zaraz będą w Game Passie”.

Uwielbiam gry wideo, ale czasu ostatnio miewam na nie tak mało, że więcej ich kupuję, niż przechodzę. Kupka wstydu rośnie zresztą w nieubłagalnym tempie i to na każdym froncie — czytnik puchnie od e-booków, tablet od komiksów, a seriale (uwaga, niepopularna opinia) wolę takie, które wychodzą raz na tydzień, chociaż wiem, że to przysłowiowe kopanie puszki wzdłuż drogi.

Mimo to do niedawna, gdy tylko wychodziły tytuły, na które czekałem miesiącami lub wręcz latami, od razu biegłem do cyfrowego sprzedawcy i rzucałem w niego bitami reprezentującymi złotówki. Jeszcze chętniej robiłem to, gdy tylko trafiałem na ograniczone czasowe promocje — świadomość, że prędko ta sama cena się nie trafi, dodawała mi animuszu. Chomik w duchu silny!

Tyle że nie ma lepszej ceny niż „darmo”.

Teraz, jak tylko w mej głowie pojawia się ochota na zakup gry, nawet w ramach fantastycznej promocji, tłumię ją. Ze wszystkich sił. Już zbyt wiele razy moja wewnętrzna cebula aż skwierczała, niczym na patelni, gdy jakiś tytuł, za który uprzednio płaciłem, nierzadko wręcz pełną kwotę w przedsprzedaży, sam z siebie trafiał do mojej biblioteki bez dodatkowych opłat.

Już pal licho, gdy mowa grze, przy której już zdążyłem spędzić trochę czasu — niestety w zalewie premier narobiłem sobie takich zaległości, że ciągle w kolejce mam kupione za pełną cenę Red Dead Redemption 2 w wersji na PS4. Nie dość, że potem najpierw dostałem płytę z tą grą w bonusie do Xboka One X, to od tego czasu zdążyła ona wpaść do (i wypaść z) Game Passa…

I to właśnie przez Xbox Game Passa nabawiłem się takiego gamingowego PTSD!

Lista produkcji, które przypisałem do swojego konta na tej czy innej konsoli, co okazało się w retrospekcji roztrwonieniem pieniędzy, rośnie z miesiąca na miesiąc. Oprócz wspomnianego Red Dead Redemption 2 mogłem ograć w ramach abonamentu też m.in. Doom Eternal, Life is Strange 2, Metro: Exodus, Rage 2 i cały zestaw reedycji wszystkich części Kingdom Hearts. Ała.

Jakby tego było mało, wiele gier, których zakup jedynie mi chodził po głowie, też tam trafiło. To dzięki temu mam za sobą fenomenalne polskie Blair Witch (które przejdę chyba jeszcze raz, ale na goglach VR) i skłaniające do refleksji Tell Me Why, a także przyjrzałem się remasterowi Wasteland (trzecia część była dostępna na premierę) oraz grze logicznej Talos Principle.

Już nigdy więcej nie kupię już multiplatformowej gry, jeśli nie będę miał w planach grać w nią minutę po zakupie!

Nie mówię, że nie kupię w ogóle, bo takiego Cyberpunka 2077 sobie nie odpuszczę i wrzucę go na sam początek kolejki, podobnie jak nowego Spider-Mana, ale większość gier może przecież poczekać. Z kupowania w ciemno zresztą już się wyleczyłem, a dokładniej wyleczyło mnie… Remedy, czyli studio odpowiedzialne za grę Control, do której cały czas się zbieram.

Uznałem, że skoro gra kupiona jeszcze w pre-orderze, i to w edycji Deluxe, to za mało, by liczyć na łatkę graficzną na PS5, a o sprzedaży samej łatki nikt nic nie mówi, to nawet od swoich ulubionych wydawców nie będę już zamawiał gier w ciemno. Niech się gonią! Zostały jednak te nieszczęsne promocje, które zawsze kuszą, oj kuszą, żeby wydać kolejne złotówki.

Walczę jednak teraz cały czas ze sobą, by nie brać gier w promocji nawet za 1/3 ceny.

Oczywiście mogą być przypadki, gdy się debiutu danej produkcji w Game Passie nie doczekam — swego czasu obawiałem się, że pomimo partnerstwa z Sony pojawi się tam Control — a w efekcie za tę grę przepłacę, ale już pal to licho. I tak stawiam dolary przeciw orzechom, że w perspektywie czasu będę do przodu, a na brak gier nie narzekam (tylko na klęskę urodzaju).

No i nie oszukujmy się, poza kilkoma hitami pokroju Cyberpunka naprawdę nic się nie stanie, jeśli jakiegoś tytułu nie odpalę od razu po premierze — te gry potem i tak zwykle trafiają do backlogowego limbo. Do tego dzięki wsparciu EA Play mogę się doczekać również gier elektroników (nie licząc tych z serii „Star Wars”, zamiaru na nie czekać roku nie mam).

I pewnie, że można kupować płyty, ale szanujmy się — mamy już 2020 r.

Już pod moim poprzednim felietonem, w którym pozwoliłem sobie porównać Xboksa do Netfliksa, a PlayStation do kina, pojawiły się głosy, iż granie można uczynić bardziej opłacalnym poprzez kupowanie płyt i co do zasady się z tym zgadzam — ale! Zawsze jest jakieś „ale”, a w tym przypadku jest nim lenistwo, gdyż to właśnie z tego powodu przerzuciłem się na cyfrowe kopie gier.

Skoro gra instalowana z Blu-raya zajmuje tyle samo jak pobrana z sieci, działa tak samo i tak samo wymaga pobrania day-one patcha, a wysyłka pudełka trwa (lub samemu po nie fatygować), to nie widzę powodu, by się na to decydować. Do tego dochodzi późniejsze szukanie kupca… Mnie jednak i tak najbardziej męczy w fizycznych kopiach to ciągłe żonglowanie płytami. No ileż można!

Mama zaś mi zawsze powtarzała, iż „każdy wiek ma swoje prawa”, więc po trzydziestce roszczę sobie prawo do tego, by nie wstawać z kanapy za każdym razem, gdy chcę zagrać w coś innego. Parafrazując mama: skoro wydałem już krocie na Xboksa Series X z dyskiem SSD, to chcę korzystać z dysku SSD i skakać dzięki Quick Resume z zaśnieżonej Norwegii wprost do psychodelicznego Tetrisa.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst