Gry  / Felieton

Bałem się zagrać w Fallouta 76. Teraz już wiem, że słusznie

Drogi Przemku, droga redakcjo, chyba będę potrzebował krótkiego urlopu. Kilka tygodni powinno wystarczyć. No, może miesięcy.

Przyznam się - nie byłem specjalnie podekscytowany Falloutem 76. To znaczy byłem, ale tylko do momentu, kiedy okazało się, że będzie to modna obecnie wieloosobowa gra internetowa, bez offline'owego trybu dla jednej osoby. Nie tak to powinno wyglądać! Nie po to rok po roku przemierzałem postnuklearne bezdroża samotnie, żeby teraz dzielić się nimi z innymi graczami, którzy niekoniecznie muszą czuć klimat.

Z redakcyjnego obowiązku zagrałem jednak dwukrotnie w betę Fallouta 76 i... jeszcze bardziej nie wiem, czy będę chciał w to grać po premierze, zupełnie prywatnie.

A raczej nie wiem, czy powinienem.

Dobrze jest wrócić do świata Fallouta.

Nie jestem przesadnie ortodoksyjnym fanem Fallouta. Świetnie bawiłem się przy jedynce, dwójkę przeszedłem kilkanaście razy, po kilku nieudanych podejściach polubiłem trójkę, żeby potem spędzić długie miesiące w New Vegas. Czwórka nie była może wybitna, ale i tak dostarczyła mi dokładnie tego, czego oczekiwałem - setek godzin spędzonych w fikcyjnym uniwersum, które po prostu uwielbiam.

To jest właśnie minimum, którego wymagam od kolejnych gier z tej serii - możliwość poczucia tego klimatu i możliwość powrotu do dobrze znanego wirtualnego świata. Koledzy z redakcji śmieją się ze mnie, że nie lubię krótkich gier (czyli takich poniżej 50-60 godzin grania), a jeśli już jakiś tytuł mi się spodoba, to męczę go przez 5, 8 albo i 12 miesięcy, nabijając na liczniku rozgrywki często ponad 200 godzin.

I o to właśnie najbardziej bałem się w Falloucie 76. Że wieloosobowa rozgrywka zabije cały ten klimat. Że biegający dookoła gracze będą psuć wszystko to, co Fallout wyrył przez lata w mojej świadomości. Że będę chciał zagłębić się w ten świat - który na pozór wydaje się znajomy - ale w wydaniu wieloosobowym wszystko to zostanie kompletnie spłycone. Ten świat powinien być przecież zniszczony i pusty, a nie zapełniony chaotycznie skaczącymi postaciami.

Gdyby tego było mało, do tej pory nigdy, absolutnie nigdy, nie grałem w żadną grę multiplayer. Nie było mi to do niczego potrzebne.

Myliłem się. Przynajmniej na razie.

Możliwe, że to po prostu kwestia tego, że z dostępu do bety nie korzystają jeszcze wszyscy. Ale możliwe też, że i później będzie dokładnie tak, jak w becie.

Owszem, na samym początku i na pierwszych zadaniach, które wykonują właściwie wszyscy, nasz mały zespół składający się z Piotrka Grabca, Szymona Radzewicza i mnie, co jakiś czas napotykał innych graczy. Najczęściej zresztą robiących dokładnie to samo, co my robiliśmy przed chwilą albo będziemy robić za chwilę. Trochę zabawne, trochę męczące, trochę zniechęcające.

Ale im dalej w grę, tym bardziej świat Fallouta stawał się taki, jak powinien. Przemierzając sporą (choć gigantyczną bym jej nie nazwał) mapę, napotykaliśmy na pojedynczych ocalałych, którzy zresztą głównie starali się nas ominąć. Jeśli coś przerywało nasz marsz, to były to głównie ataki dzikich, zmutowanych zwierząt. Albo nowa lokacja, którą warto zwiedzić.

W jednym i drugim przypadku (a także w wielu innych) okazywało się, że Fallout w wydaniu multiplayerowym... naprawdę sporo zyskuje. Nie, nie jest lepszy od poprzednich części. Jest inny. Kiedy już uda wczuć się w klimat, gra w drużynie ze znajomymi zaczyna przypominać prawdziwą przygodę. Ktoś osłania tyły, ktoś jako pierwszy wchodzi do pomieszczeń i bada teren, ktoś inny w razie potrzeby podzieli się bronią, lekami albo jedzeniem. Wymaga to wprawdzie chwili czasu i nauki, ale jest jak najbardziej możliwe i wierzę, że im dalej w grę, tym bardziej będzie można się wczuć w nastrój tego postapokaliptycznego świata, w którym jesteśmy zdani na siebie i swoich towarzyszy.

Owszem, poza lasami, polami i pozostałymi otwartymi lokacjami, są jeszcze miasta, w których graczy jest więcej. Ale w końcu w normalnych Falloutach miasta też nie były zupełnie martwymi miejscami. Tutaj po prostu nie mamy sztywnego podziału na to, kto jest handlarzem, a kto da nam zadanie. Genialny albo fatalny ruch - zależy od graczy.

Zresztą jeśli chcemy, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby grać zupełnie samotnie i stronić od ludzkich skupisk.

Tak też udało mi się pograć przy okazji ostatniego otwarcia bety, kiedy moich kolegów z redakcji pokonała... zmiana czasu.

I taki samotny Fallout 76 odzyskuje sporo ze swojego klimatu gry samodzielnej. Nagle wszystko robi się zdecydowanie trudniejsze. Nagle nikt nie jest w stanie ostrzec cię, że coś lub ktoś zachodzi cię od tyłu. Nikt nie podzieli się jedzeniem, nikt nie wspomoże ogniem, ani nikt nie uratuje nas przed śmiercią.

Jesteśmy zdani tylko i wyłącznie na siebie. Zaczynamy grać ostrożniej i trochę częściej wybieramy ucieczkę lub skradanie się zamiast bezpośredniej konfrontacji.

To, co zdziwiło mnie najbardziej, to fakt, że w momencie, kiedy Szymonowi i Piotrkowi udało się zalogować i dołączyć do gry, poczułem... ulgę. Ulgę, że nie muszę się już z tym całym postapokaliptycznym światem mierzyć samodzielnie.

No i to budowanie.

Wiem, wiem, budowanie jest zupełnie niefalloutowe i w Falloucie 4 dodano je pewnie głównie po to, żeby gracze mogli spędzić wewnątrz gry choć odrobinę więcej czasu.

Ale nic nie poradzę na to, że spędziłem na rozbudowywaniu osad w F4 chyba więcej czasu, niż na zagłębianiu się w główny wątek. To budowanie zresztą wciągnęło mnie do tego stopnia, że w większości dostępnych lokalizacji dotarłem do limitu liczby budowanych elementów.

To dopiero początek!

Fallout 76 - mam nadzieję - będzie tych ograniczeń pozbawiony. Pozbawiony jest na pewno najważniejszego - miejsca, w którym można założyć obóz. Spodobało mi się to miejsce na zboczu z widokiem na łąki? Cudownie, rozkładam C.A.M.P-a i zabieram się do roboty.

Oczywiście to nie będzie idealna gra.

Beta działała zaskakująco sprawnie jak na betę, więc do tego akurat trudno się przyczepić. Można się natomiast przyczepić do tego, że Fallout nigdy się nie zmienia. Gra nie jest ładniejsza od i tak niezbyt pięknego Fallouta 4, a animacja ruchu postaci Piotrka Grabca zdecydowanie burzyła próby wczucia się w klimat.

Burzy to też przejęty niemal żywcem z poprzednich gier z tej serii interfejs. Przy rozgrywce jednoosobowej jeszcze dało się go zaakceptować, choć np. ograniczona liczba kategorii w Pip-boyu dawała się we znaki. Tutaj, nawet na bardzo wczesnych etapach gry, już widać, że będzie z tym problem. Liczba obiektów w ekwipunku rośnie w zatrważającym tempie, a wyszukiwanie określony obiektów - np. przy wymianie handlowej - jest, delikatnie mówiąc, niezbyt wygodne. Mimo że na liczniku czasu w grze mam dopiero niecałe cztery godziny, już teraz nie za bardzo chce mi się handlować, bo trwa to po prostu zdecydowanie zbyt długo.

Listę mniejszych i większych wpadek można zresztą mnożyć - od kiepskiego skalowania niektórych elementów interfejsu, przez wciskanie Bractwa Stali i innych w niekoniecznie właściwe czasy, aż po brak objaśnienia niektórych istotnych, ale niekoniecznie w całości zrozumiałych na początku elementów rozgrywki.

Wątpię, żeby te wszystkie problemy udało się rozwiązać już na starcie. To w końcu Fallout, a Fallout rzadko kiedy jest idealny w momencie premiery. Nie wiem też, czy Fallout 76 będzie świetny jako gra. Ale wiem, że powinien być świetny i odświeżający jako Fallout.

Wiem też, że nie powinienem zaczynać w niego grać, bo wsiąknę w niego na długie miesiące. Ale że zerkająca mi przez ramię na rozgrywkę dziewczyna - również fanka Fallouta - dopytuje się, czy kupimy drugą konsolę, żeby móc grać razem, to chyba po prostu nie mam wyboru.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst