Gry  / News

Niemcy przykręcają śrubę: koniec z ofertami „premiera wkrótce“ i „coming soon“. Klient ma znać datę premiery

Gracze doskonale znają tę sytuację. Wchodzą do Steam, eShopu albo PS Store i widzą masę nadchodzących gier. Chociaż daty ich premier nie są jeszcze znane, to już mogą składać zamówienia przedpremierowe wymagające wnoszenia opłat. Niemiecki sąd ukróci te praktyki.

„Już wkrótce“, „premiera wkrótce“, „niebawem“, „coming soon“ - fani gier wideo doskonale znają te pojęcia. Stykają się z nimi na co dzień, widząc reklamy nadchodzących produkcji. Rynek gier wideo to jeden z liderów, jeżeli chodzi o tak zwaną wczesną monetyzację. Towaru nie ma jeszcze na półkach, produkt nie jest jeszcze gotowy, ale jego wydawca już zgarnia pierwszą turę wpłat od fanów. Klientów, którzy są w stanie zaufać dystrybutorowi co do tego, że to „coming soon“ faktycznie będzie „soon“.

Oczywiście bombardowanie klienta sloganami „premiera wkrótce“ to nie tylko domena rynku gier wideo. Podobnie jest w przemyśle książkowym, muzycznym, sektorze RTV AGD, a nawet na rynku mieszkaniowym. Nie wiadomo co, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy, ale już można wpłacać pieniądze i zawierać umowy handlowe. Polscy konsumenci doskonale to znają, a preceder jedynie się pogłębia i umacnia.

Zamówienia przedpremierowe bez wyraźnej daty debiutu to praktyka, którą zablokował niemiecki sąd.

Wyrok sądu regionalnego w Monachium jest poważnym ciosem dla sprzedawców lubujących się w zamówieniach przedpremierowych. Efektem rozprawy sądowej między klientami oraz niemiecką siecią sklepów MediaMarkt jest pełna blokada ofert przedpremierowych, które nie posiadają sprecyzowanej daty dostępności produktu, a za które wymaga się wniesienia części lub pełnej opłaty. Zdaniem niemieckiego sądu, jeśli klient wnosi opłatę, to powinien mieć zagwarantowaną wiedzę na temat dokładnej daty premiery produktu.

Co więcej, taki produkt ma zostać udostępniony klientowi w sugerowanym dniu premiery lub wcześniej. Jeżeli ostateczna data rynkowego debiutu rozminie się z datą rzeczywistą, niemiecki konsument ma prawo dochodzenia rekompensat z tego tytułu. Tym samym niemieckie sądownictwo jeszcze bardziej chroni klienta, po raz kolejny przykręcając śrubę producentom, dystrybutorom oraz sprzedawcom. Na pewno nie zabraknie komentarzy, że to następny obciążnik na wadze konsument - producent, który wykrzywia szalę na korzyść tego pierwszego.

Nie miałbym nic przeciwko, gdyby podobne zapisy zaczęły obowiązywać w Polsce.

Jeśli fani produktu chcą wspierać producenta za pomocą zamówień przedpremierowych - jasne, niech mają taką możliwość. Niech dają twórcom kredyt zaufania, wsparty środkami z własnego portfela. Konsumenci powinni jednak dostawać coś w zamian. Chociażby gwarancję dostarczenia produktu w zadeklarowanej cenie i dacie. Gdy towar znajduje się na etapie „coming soon“ lub „TBA“, to można założyć, że wciąż jest jeszcze na zbyt wczesnym stadium produkcji. Jest z nim związane zbyt wiele niewiadomych, by zasługiwać na finansowe wsparcie klienta.

Skakanie ze skrajności w skrajność również nie jest dobre. Sztywne trzymanie się z góry ustalonych dat premier to ryzykowne posunięcie, które może wpłynąć na ogólną jakość produktu. Łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której jakiś twórca wypuszcza niedopracowany produkt tylko po to, aby zmieścić się w kalendarzu i aby klienci nie mogli oczekiwać zwrotu środków. Producent powinien mieć prawo przesunięcia daty premiery o konkretny i zdefiniowany odcinek czasu, aby dopracować i doszlifować swoje dzieło.

Z tego powodu najsensowniejsze wydaje mi się składanie zamówień przedpremierowych BEZ pobierania pełnej opłaty za produkt. Tak, jak miało to miejsce jeszcze kilka lat temu. Taki system powodował wiele niedogodności dla dystrybutorów, na przykład masowe wycofywanie tzw. pre-orderów, ale z drugiej strony to i tak lepszy wariant niż narażanie się na rekompensaty finansowe lub obniżenie końcowej jakości produktu.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst