Gry  / Recenzja

Pierwsze DLC do The Legend of Zelda: Breath of the Wild zamienia przygody Linka w Dark Souls. Nie przesadzam

Na liczniku The Legend of Zelda: Breath of the Wild mam wbite ponad 100 godzin rozgrywki. Posiadam ostre jak brzytwa miecze, tarcze twardsze od głazów, pancerze pochłaniające ataki wrogów i masę mikstur, które leczą skuteczniej niż służba zdrowia. Moja kolekcja okazała się jednak zupełnie nieistotna w obliczu pierwszego DLC, jakie zostało wydane do gry.

Mam wielki problem z DLC do fabularnych produkcji z filmowymi kampaniami. Takie rozszerzenia najczęściej odnoszą się do zawartości gdzieś w środku scenariusza, nie po zakończeniu głównego wątku. Jak gdyby producent nie rozumiał, że przez kilka miesięcy od premiery ich produktu zdążyłem już ubić najtrudniejszego bossa, uratować świat, zdobyć serce księżniczki i tak dalej. Nie chcę poszerzonego środka. Chcę wiedzieć, do wydarzyło się później. Po napisach końcowych. Po szczęśliwym zakończeniu.

Nim rozpoczniesz wyzwania z DLC, system dokonuje oceny siły gracza

Na szczęście DLC The Legend of Zelda: Breath of the Wild zostało idealnie dopasowane zarówno do weteranów, jak i nowych graczy.

Rozszerzenie wprowadza do gry serię przedmiotów (i powiązanych z nimi zadań), które przydadzą się na każdym etapie przygody. Przykładowo, specjalna maska zacznie drżeć, gdy Link znajdzie się w pobliżu jednego z ukrytych Koroków - sympatycznych duchów lasu, których nasiona zbieramy i wymieniamy na miejsca w ekwipunku. Koroków jest w Breath of the Wild aż 900 (!), więc nowy element odzieży bez dwóch zdań przyda się podczas eksploracji oraz czyszczenia mapy.

Odnośnie mapy, pierwsze DLC nanosi na nią niezwykle ciekawą opcję. Teraz gracz może podejrzeć dokładną trasę, jaką przebył w otwartym świecie, wyświetlając szlak archiwizujący 200 rzeczywistych godzin podróży. Do tego zapis możemy swobodnie przewijać, analizując postępy Linka krok po kroku. Na co komu coś takiego? Oczywiście po to, aby zobaczyć, w których częściach krainy nas jeszcze nie było, do jakiego miasteczka jeszcze nie zajrzeliśmy, jakiej wyspy nie zbadaliśmy i tak dalej. Niezwykle przydatna sprawa. Uważam jednak, że taka opcja powinna zostać udostępniona wszystkim graczom, nie tylko posiadaczom DLC.

Mapa świata z nową funkcjonalnością

Prawdziwe „mięso” zostało jednak zarezerowane dla doświadczonych graczy, którzy oczekują po Breath of the Wild nowych wyzwań.

Z myślą o nich został przygotowany wyśrubowany poziom trudności - Master Mode. Ten wymaga rozpoczęcia zupełnie nowej przygody, przeznaczając dla niej zaledwie jeden slot pod stany zapisu. Master Mode to nie tylko potężniejsze wersje klasycznych przeciwników, ale również kilka nowych zasad, które skutecznie przeszkodzą weteranom w płynnym, łatwym eliminowaniu wrogów.

Zdrowie przeciwników regeneruje się teraz z czasem. Oznacza to, że walki muszą być szybkie, agresywne oraz kontaktowe. Zapomnijcie o mozolnym bombardowaniu potworów z wysokiej półki skalnej, podczas gdy maszkary nie mają jak dostać się do Linka. Do tego przeciwnicy posiadają zwiększone poziomy, a także dzierżą potężniejsze bronie. Zmieniono również położenie niektórych skarbów. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko konieczności cyklicznego posilania się przez głównego bohatera. Dodawałoby to ciekawego, mocno survivalowego pazura do rozgrywki.

Breath of the Wild na Master Mode to przede wszystkim trudniejsi przeciwnicy

Najważniejszą częścią pierwszego DLC jest jednak Trial of the Sword, które oddziela mężczyzn od chłopców.

Trial of the Sword to zestaw unikalnych wyzwań, w których tracimy dostęp do swojego skrupulatnie kolekcjonowanego ekwipunku. Bronie, pancerze, nawet mikstury - wszystko to zostaje zablokowane na czas wyzwania, a Link ląduje na zamkniętej arenie tak, jak stworzyli go bogowie. „Łaskawi” producenci gry zostawili mu jedynie slipki. Oczywiście wrogowie nie mają tego problemu - są uzbrojeni po zęby, ufortyfikowani oraz działają w grupach.

Trial of the Sword wymaga od gracza korzystania z tego, co daje otoczenie. Moją pierwszą bronią w tym trybie była żałosna gałąź drzewa, którą okładałem przeciwników wyposażonych w miecze i maczugi. Seria wyzwań zawsze stawia gracza na straconej pozycji i zmusza go do kombinowania. Do rozglądania się. Do taktycznego zarządzania zdobytymi zasobami, których zawsze jest za mało, aby poczuć się bezpiecznie i komfortowo. Do tego brak pancerza sprawia, że niemal każdy przeciwnik może nas położyć za sprawą dwóch - trzech celnych trafień. Nawet z dystansu.

Trial of the Sword rozpoczynamy właśnie z ten sposób

Teraz najlepsze - gdy Link ginie, a ginie w Trial of the Sword jak szalony, system przenosi gracza na sam początek wyzwania. To składa się z 30 aren, podzielonych na trzy poziomy trudności. Zapis stanu odbywa się co 10 zwycięskich potyczek. Jeżeli padniemy pod naporem ciosów na 9 obszarze - nie ma zmiłuj. Tracimy zebrany dobytek i zaczynamy od samego początku. Jeżeli czyta to miłośnik Dark Souls, gwarantuję mu - poczuje się jak w domu.

Czy nagroda za Trial of the Sword jest proporcjonalna do trudności stawianych przed graczem? Zdecydowanie tak!

Osoba, która pokona wszystkie 30 aren, odblokuje nielimitowaną energię dla Master Sworda - legendarnej broni pieczętującej ciemność. Taki miecz działający bez żadnych ograniczeń to coś niespotykanego w świecie The Legend of Zelda: Breath of the Wild. Jedna z fundamentalnych zasad tej gry to podatność broni i tarcz na zużycie i zniszczenie. Posiadanie potężnego, zadającego 60 punktów obrażeń ostrza, które nigdy się nie tępi, nie pęka ani nie wyczerpuje magicznej energii to prawdziwy skarb. Nagroda godna wielu, wielu porażek jakie zaznacie w Trial of the Sword.

W Trial of the Sword trzeba korzystać ze wszystkiego, co daje otoczenie. Nawet kamieni

Gwarantuję wam, że będziecie padać jak muchy. Będziecie się frustrować. W przeciwieństwie do wszystkich poprzednich zadań z gry, Trial of the Sword nie jest wyzwaniem, które musi ukończyć każdy gracz. Ba, śmiem twierdzić, że jedynie mniejsza część wszystkich fanów Zeldy poradzi sobie w tym wymagającym trybie. Nagroda jest jednak warta trudów, a jak wiadomo, gonienie króliczka
bywa przyjemniejsze niż jego złapanie.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst