Tech  / Felieton

Trudno powiedzieć, kto jest lepszy w "Faktach z Zagranicy" - Kraśko czy Rokita

170 interakcji
dołącz do dyskusji

Jednak nie wygraliśmy losu na loterii i przyszło nam żyć w ciekawych czasach. Pomimo kryzysu konstytucyjnego polska polityka stała się jednak wybitnie nieciekawa, dlatego od pewnego czasu ze zdecydowanie większym zainteresowaniem zerkam na to, co się dzieje za granicą. 

Nie jestem w stanie oglądać programów publicystycznych, gdzie partię rządzącą reprezentuje (symboliczna) Beata Kempa wmawiająca mi, że to Słońce krąży dookoła Ziemi, a obok niej sadzają (symboliczną) Julię Piterę w postaci opozycji totalnej, która kwestionowałaby działania rządu nawet wtedy, gdyby ten nagle - jakimś cudem, pewnie przypadkiem - znalazł uniwersalne i skuteczne lekarstwo na przykład na raka.

Nie dziwi zatem, że od pewnego czasu chętniej zerkam na anglojęzyczne serwisy informacyjne, gdy na świecie dzieje się tyle ważnego, a my taplamy się w błotku. Z dużą przyjemnością - czasami - oglądam też "Fakty z Zagranicy" emitowane w TVN24BiŚ, gdzie mainstreamowa stacja znana z umiarkowanej głębi analizy geopolitycznej choć troszkę stara się patrzeć w kierunku Stanów Zjednoczonych, Rosji, Syrii, Unii Europejskiej czy nawet, choć zdecydowanie za słabo, Chin.

Piotr Kraśko dobrze odnalazł się w tym formacie. Dziennikarz, który był jedną ze spadających gwiazd TVP sprawia wrażenie jak gdyby jeszcze nigdy dotąd nie był tak szczęśliwy prowadząc program telewizyjny. Robi to zresztą w publicystycznym, blogerskim stylu, nie jest tylko maszynką do odczytywania promptera czy z góry przygotowanych pytań, ale wchodzi ze swoimi gośćmi w interakcję, a czasem nawet kłótnię w prezentowaniu stanowisk.

Największą gwiazdą Faktów z Zagranicy jest jednak w mojej ocenie Jan Rokita.

Emerytowany polityk swoją przygodę z parlamentem skończył mniej więcej 10 lat temu. Warto nadmienić, że zrobił to na własne życzenie, ponieważ był gwiazdą komisji sejmowej badającej Aferę Rywina, obywatele mu ufali, media rozpisywały się nawet o "premierze z Krakowa". Rokita jednak był stopniowo wycinany przez Donalda Tuska, nie umiał się do końca odnaleźć w poPOPiSowej rzeczywistości na polskiej scenie politycznej, na dodatek chciał zrobić miejsce na karierę związanej ze środowiskami PiS-u żony.

Kolejne lata Rokita spędzał na uboczu polityki, sporadycznie odnajdując się w roli komentatora, choć z różnymi skutkami. Do opinii społecznej przebijał się głównie przedziwnymi incydentami z gatunku "ratunku, biją mnie Niemcy", w tle przegrywał też sprawy sądowe, które - jak sam przyznawał - miały być zabójcze dla jego portfela, a kiedy od czasu do czasu pojawił się w telewizji, to występy te miały przedziwny charakter - mam w pamięci taki jeden występ z 2010 roku o urokach włoskich dywanów, który należałoby porównać do niedawnego wystąpienia takiej jednej feministki, której nie dano dokończyć w TVN24 pasjonującego monologu o palmie na rondzie De Gaulle'a.

Od jakiegoś czasu Rokita występuje jednak w roli komentatora dla stacji informacyjnych TVN-u i jestem zdania, że jest w swojej roli kapitalny. Prawie zawsze idzie pod prąd, rzucając jednak nowe światło na możliwe interpretacje. Jest to miła odskocznia do wspomnianych wcześniej (symbolicznych) Beaty Kempy i Julii Pitery, partyjnych żołnierzy, którzy nigdy nie są w stanie zaskoczyć nie tylko swoim stanowiskiem, ale i argumentacją. Zresztą, podobny problem mają też i pozostali z komentatorów stacji, nawet bezpartyjni eksperci. Oglądam regularnie i niestety coraz częściej uważam takie spotkania na linii gość stacji-telewidz za marnowanie czasu. Nie dzieje się tak jednak w kwestii nowej tvnowskiej supergwiazdy, czyli Jana Rokity. Polecam wam gorąco programy z jego udziałem.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst