REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. Tech

Ech, BlackBerry. To dało się zrobić dużo, dużo lepiej

BlackBerry zrobiło to, co powinno zrobić już od pewnego czasu. Stworzyło telefon z Androidem, ale nie po prostu kolejny smartfon, jakich wiele, ale taki, który może się czymś wyróżnić z tłumu. Tyle tylko, że wszystko co na razie rozgrywa się wokół niego jest po prostu… słabe.

Ech, BlackBerry. To dało się zrobić dużo, dużo lepiej
REKLAMA
REKLAMA

O tym, czy wybranie Androida jako systemu operacyjnego dla swojego nowego, sztandarowego modelu jest decyzją słuszną, można oczywiście dyskutować i dyskutować. Według niektórych jest to desperacja i skazanie BlackBerry 10 na bolesną wegetację, według innych jedyna szansa na to, by smartfonowy biznes Kanadyjczyków miał możliwość przynajmniej nieco powstać z kolan.

To jednak nie jest w tym momencie tak bardzo istotne. Istotne jest to, że o Priv (wtedy jeszcze znanym raczej jako Venice) mówiło się całkiem sporo. Sporo, a do tego przeważnie dobrze, co w przypadku większości ostatnich produktów BlackBerry nie było tak oczywistą sprawą. I nie chodziło o pisanie, jak to było przy Passporcie, z pozycji „bezpiecznej”, tj. „ten telefon jest ciekawy, oryginalny, ale nie kupię go ani ja, ani nikomu z czystym sercem nie polecę, bo jest po prostu dziwny”.

BlackBerry Priv ma szanse stać się po prostu dobrym telefonem dla każdego, kto szuka telefonu z Androidem z wyższej półki, z dodatkami (w tym przede wszystkim klawiaturą), których nie ma u konkurencji. Bez - jak to miało miejsce w przypadku Passporta - niespotykanych normalnie ograniczeń i utrudnień. Ot, po prostu dobry, uniwersalny smartfon i wydawało się, że tak zresztą zaczynają postrzegać go potencjalni klienci.

Tyle tylko, że wszystko co działo się od tej - niedawnej w końcu - piątkowej „premiery”, wygląda bardzo, bardzo kiepsko.

Już sama nazwa wywołała sporo kontrowersji - czy to przez jej niewielką nośność, czy przez kilka niezbyt pozytywnych skojarzeń. CrackBerry przeprowadziło nawet ankietę, z której wynikało, że przytłaczającej większości osób, które można uznać za fanów BlackBerry, nazwa ta nie podoba się ani trochę. Zresztą i tłumaczenie jej genezy jest niezbyt przekonujące.

Classic zamiast bezpłciowego Q20 był świetnym posunięciem. Passport, zamiast podobnej kombinacji literka-cyferki też sprawdził się dobrze. Tym razem - pudło.

Cóż, nazwa to jednak nie wszystko, co jest w stanie sprzedać dobry produkt. Tyle tylko, że tego również brakowało.

Premiera? Trudno tu mówić o jakiejkolwiek premierze. Właściwie to wygląd Priva poznaliśmy dobrych kilka miesięcy temu, kiedy na kilka sekund pojawił się podczas konferencji BlackBerry na scenie. Znów - jak można wzbudzić emocje urządzeniem, które sam producent zaprezentował (nawet jeśli tylko powierzchownie) dawno, dawno temu.

Teraz dowiedzieliśmy się, że to właśnie pierwszy smartfon BlackBerry z Androidem i… to tyle. Absolutnie nic poza tym. Ani dokładnej daty premiery, ani prognozowanej ceny, ani specyfikacji, ani tego, jakie dodatki od BlackBerry znajdziemy w systemie. Nic, dokładnie nic. Naprawdę chciałbym kupić ten telefon, bo przekonuje mnie do niego nie tyle producent, co po prostu forma i możliwości, jakie jest w stanie zaoferować taka para oprogramowania i sprzętu.

Ale nie wiem czy faktycznie go kupię, czy może do tego czasu zdecyduję się na coś innego - w końcu prawie wszystkie tegoroczne, sztandarowe modele innych producentów smartfonów z Androidem trafiły już na rynek. O nich wiadomo już wszystko, w tym to, czy warto wydać na nie gotówkę. O BlackBerry Priv wiadomo tyle, że istnieje, że kiedyś tam będzie, a poza tym… nic.

Co teraz? Premiera (trzecia?) i ujawnienie specyfikacji? Czy może po prostu prasówka za jakiś czas, gdzie informacje na temat Priva będą mniej ukryte, niż w raporcie o wynikach kwartalnych? Nie mam żadnego doświadczenia marketingowego, ale jestem prawie pewien, że nie tak buduje się pozytywne emocje wokół nowego produktu, zwłaszcza w przypadku firmy w tak trudnej sytuacji. A była szansa, żeby wyszło z tego coś mocnego pod każdym względem.

BlackBerry wprawdzie starało się tłumaczyć, że ta premiera nie była do końca planowana i postanowiono po prostu wykorzystać zamieszanie, jakie powstało wokół Priva w sieci, ale… czy firma na takim poziomie faktycznie powinna musieć się z takich akcji tłumaczyć? Tym bardziej, że całość wygląda jak na nie tylko przygotowaną naprędce, ale i na kolanie. I choć prawdopodobnie nie wpływa to w żaden sposób na jakość czy dopracowanie samego urządzenia, ale gdy trafi już ono na rynek, na jego percepcję wpłynie z pewnością.

Chociażby dziś - po Sieci krąży wideo, na którym CEO firmy, John Chen, próbuje zaprezentować dziennikarce możliwości Priva. „Próbuje” jest tu akurat bardzo dobrym określeniem, bo wyraźnie widać, że do takiej prezentacji nie jest przygotowany, że przede wszystkim nie jest przyzwyczajony do obsługi Androida. Niby to dobrze, że gesty z BlackBerry 10 tak uzależniają - znam to również z autopsji - ale to w niczym nie usprawiedliwia prezesa firmy, która już niedługo będzie sprzedawać smartfon z Androidem. Może trzeba było brać przykład z Heinsa i nosić ze sobą wcześniej jakieś Galaxy?

Taką wpadkę można jednak jeszcze jakoś przeżyć, ale to, jak wygląda oficjalna strona Priva woła już o pomstę do nieba. Nawet jeśli decyzję o ujawnieniu Priva podjęto w ostatniej chwili i nie było czasu przygotować niczego konkretnego, to dlaczego nie można było tego zrobić w ciągu ostatnich trzech dni? Kazać dwóm grafikom i jednemu marketingowcowi zostać po godzinach i zdjąć to, co wisi teraz na stronie BlackBerry. Bo to po prostu straszy.

Przecież na miejscu klienta, który usłyszał o tym, że BlackBerry oficjalnie potwierdziło, że robi telefon z Androidem, i który wszedłby na tę stronę, uciekłbym z krzykiem. Ponownie - tam nie ma właściwie nic. Garstka zebranych na poczekaniu cytatów, garstka tekstu, który nic o samym urządzeniu nie mówi.

Gdzie choć jeden czy dwa rendery? Gdzie przycisk „powiadom mnie o nowościach”? Gdzie… cokolwiek. Cokolwiek co sprawiłoby, że ktokolwiek chciałby kupić ten smartfon. Nie ma. Co mówi to nam, klientom, o samym urządzeniu? Oczywiście nic, albo nic dobrego. Sugeruje ogromny, zupełnie niepotrzebny pośpiech.

REKLAMA

I właściwie od czasu piątkowej konferencji, zresztą nie poświęconej tak naprawdę Privowi (choć stał się jej głównym punktem) nie zobaczyliśmy niczego, co miałoby nas do jego zakupu przekonać. Nawet o tym „ponadstandardowym bezpieczeństwie” nie wiadomo nic. O niczym nic nie wiadomo. Może poza tym, że ma klawiaturę.

I jak w takim wypadku wiedzieć, że chce się ten telefon kupić?

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA