Tech  / Artykuł

Dlaczego Zatoka Piratów jest niezatapialna?

Pirate Bay można uznać za swoisty fenomen. Ani nie jest największą, ani najlepszą, ani nawet najpopularniejszą stroną tego typu. Mimo to, a także mimo wielokrotnie podejmowanych prób zniszczenia pirackiej zatoki, serwis trwa i nie schodzi z ust całego świata. Gdzie kryje się ta magia, która milionom internautów każe żeglować właśnie tam i głośno wyrażać swoje niezadowolenie w czasie "awarii", zamiast po prostu skorzystać z usług konkurencji?

Tym bardziej, że przez lata założyciele Pirate Bay trzymali się praktycznie zawsze jednej linii obrony - na ich stronie i serwerach nie przechowuje się fizycznie żadnych danych, które mogłyby być objęte prawem autorskim. Praktycznie wszystko, co można znaleźć u nich, można znaleźć w innych częściach Internetu. W związku z tym wszelkie roszczenia o zamknięcie serwisu czy usuwanie plików są całkowicie bezpodstawne. Odwiedzający mogą bowiem jedynie pobrać pliki, które umożliwią pobieranie właściwych, rozproszonych części filmów, albumów, zdjęć czy gier. Ręce właścicieli PB pozostają czyste.

Przez jakiś czas taka argumentacja okazywała się nawet skuteczna...

"To moja krucjata"

W ten sposób, w wywiadzie udzielonym w 2009 roku BBC, jeden z twórców Pirate Bay opisał swoją motywację do walki z wielkimi korporacjami i powód, dla którego serwisy takie jak PB muszą istnieć w Internecie. Cała historia zaczęła się jednak prawie dekadę wcześniej.

To właśnie w 2000 roku powstała w Szwecji organizacja Piratbyran - zrzeszająca aktywistów, wśród których znajdowali się także ci, których zdaniem obowiązujący porządek i prawo dotyczące dystrybucji multimediów były krzywdzące, niewłaściwe i należało je zmienić. Młodzi Szwedzi nie mieli w tamtym czasie zbyt wielkiej torrentowej konkurencji, ale planowali podejść do zagadnienia nieco inaczej. Podczas gdy większość tego typu stron była wtedy wybitnie międzynarodowa, oni zdecydowali się na stworzenie serwisu z treściami szwedzkimi, czy ogólnie skandynawskimi. Nie planowali więc stawać się konkurencją dla dotychczasowych graczy, a uzupełnieniem oferty z myślą o swoich rodakach.

piratebay 1

Ani wtedy, ani teraz nie towarzyszyły im przy ich działalności jakiekolwiek wyrzuty sumienia i nie mieli sobie nic do zarzucenia. Tobias Andersson, współzałożyciel PB, nawet niedawno, w rozmowie z Junkee.com, mając pełną świadomość obecnego rozmachu pirackiego serwisu, jest przekonany, że jedynymi, którzy ponoszą ewentualne straty, są prezesi gigantycznych korporacji, i tak zarabiający miliony dolarów. Anarchiści i idealiści - w ten sposób opisuje grupę, która stworzyła podwaliny zatoki piratów.

Przez pierwsze kilka lat istnienia grupy powstało kilka projektów, z których jednak żaden nie odniósł większego sukcesu. Dopiero w 2003 udało się stworzyć taki, który warto było kontynuować. Pirate Bay, przygotowywany z myślą o zasięgu zdecydowanie lokalnym, wystartował pod koniec tego roku, na zlokalizowanym w Meksyku serwerze należącym do firmy, w której pracował jeden z założycieli - Gottfrid Svartholm. Cały niezbędny kod został napisany w ciągu jednej nocy, przez - jak wspomina inny członek grupy - programistę, który trochę za bardzo lubił narkotyki.

klawiatura komputer

Szybko jednak podjęto decyzję, o przeniesieniu cyfrowego mózgu całej operacji na rodzime ziemie. W ten sposób pierwszym szwedzkim serwerem Pirate Bay stał się... prywatny laptop Fredrika Neiji, o przerażającej mocy dostarczanej przez procesor Intel Celeron (1,3 GHz) i 256 MB RAM. Przy przyjętej wtedy skali projektu okazało się to być rozwiązaniem jak najbardziej satysfakcjonującym i zaspokajającym potrzeby zarówno nielicznych na początku użytkowników, jak i twórców.

Żaden z kolejnych projektów twórców Pirate Bay nie okazał się nigdy sukcesem porównywalnym do oryginału, nawet pomimo tego, jak rozpoznawalna stała się w przyszłości ta marka.

Niezależny i światowy

Szybko okazało się, że to, co miało mieć wymiar lokalny, zaczęło być popularne na całym świecie, zwracając tym samym uwagę wielkich tego świata. Pod koniec 2004 roku biblioteka uniezależnionego od Piratbyran Pirate Bay liczyła sobie już kilkadziesiąt tysięcy pozycji, a coraz większy udział w ruchu mieli mieszkańcy krajów innych niż skandynawskie. Powołując się jednak na lokalne prawo, założyciele PB regularnie ignorowali wszelkie nakazy usunięcia wybranych plików czy informacji, stając się w oczach użytkowników jednymi z nielicznych wytrwałych i ocalałych.

pc

Przez trzy lata taka taktyka okazywała się skuteczna, zapewniając internautom dostęp do materiałów, których nie można było odnaleźć na wielu innych stronach z torrentami. W 2006 roku szwedzki rząd ostatecznie zdecydował się jednak interweniować, rekwirując w pierwszej połowie 2006 cały należący do Pirate Bay sprzęt, oraz zatrzymując trzy osoby. Co ciekawe, początkowo ucinano spekulacje na temat tego, aby powodem podjęcia takich akcji były naciski ze strony MPAA (Motion Picture Association of America), jednak jak później ujawniono, przedstawiciele władz spotkali się odpowiednio wcześniej z przedstawicielami tej organizacji.

Atak na Zatokę Piratów przyniósł jednak skutek zupełnie odwrotny do zamierzonego. Serwis w błyskawicznym tempie, po zaledwie 3 dniach, został w pełni odbudowany, a medialne zamieszanie spowodowało wielokrotne zwiększenie liczby odwiedzających i aktywnie korzystających z jego oferty. Do 2008 roku ich liczba wzrosła prawie trzykrotnie, podczas gdy kampania MPAA przeciwko serwisom takim jak isoHunt, TorrentBox czy TorrentSpy, okazywała się w wielu przypadkach skuteczna, prowadząc do ich długotrwałego wyłączenia lub nawet całkowitego zamknięcia.

blocking-access-to-pirate-bay

Nie oznaczało to jednak, że Pirate Bay mógł liczyć na jakąkolwiek taryfę ulgową. Po prostu, z lepszym lub gorszym skutkiem, udawało mu się utrzymać na powierzchni, przynajmniej jeśli mówimy o perspektywie zwykłego użytkownika. Z perspektywy twórców wyglądało to już zdecydowanie mniej kolorowo - w 2009 czterech "pracowników" Pirate Bay uznano za winnych zarzucanych im czynów (pomoc przy rozpowszechnianiu treści chronionych prawem) i skazano na więzienie oraz wielomilionową grzywnę. Każdy z nich miał spędzić w więzieniu dokładnie 12 miesięcy i zapłacić grzywnę w wysokości około 900 tys. dol.

Ostatecznie po apelacji wyroki więzienia zmniejszono, podnosząc jednak poziom kary pieniężnej. Nie przeszkodziło to jednak serwisowi w dalszym funkcjonowaniu - jak bowiem zaznaczał rzecznik PB, największą wartością Zatoki są użytkownicy, którzy pomagają zapełnić ją treściami. Po stronie właścicieli jest tylko utrzymanie dostępu do baz oraz serwerów przechowujących odpowiednie informacje. Coś, z czym radzą sobie zaskakująco dobrze, pomimo licznych akcji policji i prób zablokowania serwisu.

Zrzut ekranu 2015-01-26 16.38.32

Słynne już zmiany domen, blokady regionalne, które dało się błyskawicznie obejść (i ostatecznie uznano je za nieskuteczne i zbędne), konieczność zmiany lokalizacji serwerów (zakończona przynajmniej częściową ucieczką w chmurę), czy usuwanie powiązanych aplikacji z Google Play, to tylko część z akcji, jakie podjęto przeciwko Pirate Bay. Nawet ostatnie, grudniowe działania, które usunęły na pewien czas PB z sieci, prawdopodobnie nie okażą się rozwiązaniem ostatecznym. Już teraz pojawiło się co najmniej kilka form alternatywnego dostępu do bazy serwisu, wciąż trwa odliczanie do wielkiego "jeszcze-nie-wiadomo-czego" zaplanowanego na pierwszy dzień lutego tego roku, a kto chce, może Pirate Bay odtworzyć... samemu na swoim komputerze.

Ucięcie głowy temu stworowi wydaje się być zadaniem niemożliwym do realizacji, a każda próba takie działania powoduje jedynie zwiększenie zainteresowania ze strony internautów. Prostota (przynajmniej w porównaniu do konkurencji), przejrzystość, łatwość obsługi i niesamowita wprost baza materiałów. Dodajmy do tego rozpoznawalność, którą wykreowały w dużym stopniu organizacje, chcące piractwo ukrócić, a także opór ze strony właścicieli PB. Według corocznych statystyk, istotnym czynnikiem jest tutaj także najzwyklejsze ludzkie przyzwyczajenie. Nawet jeśli konkurencja jest czasem lepsza, korzystamy z tego, z czego korzystaliśmy już do tej pory i bardzo nie lubimy, kiedy ktoś siłą chce nam to odebrać.

Trudno, żeby osoby, które nie lubią płacić za treści lub nie miały do nich z jakiegoś powodu dostępu, nie chciały przywrócenia serwisu do stanu używalności (nawet poprzez... organizację publicznych protestów!). Czy to na złość wielkim korporacjom, czy to po prostu z "oszczędności" czy przekonania, że cyfrowe treści znajdujące się w Internecie nie należą do nikogo.

Kupmy sobie kraj

Przy całym ideowym podejściu twórców i zwolenników do Pirate Bay, którego misja pozostaje nadal niezmieniona - szkodzić wielkim, pomagać mniejszym, co najmniej odrobinę kontrowersyjna pozostaje kwestia finansowania serwisu. Początkowo utrzymywany z własnych pieniędzy twórców, wspomagany (co wyszło na jaw dopiero w 2007 roku) przez pieniądze przedsiębiorców, takich jak Carl Lundström, w pewnym momencie - z racji swojej popularności i ogromnego ruchu, który generował - stał się doskonałą maszynką do zarabiania pieniędzy.

Nie wiadomo dokładnie, jakie przychody i zyski z tego tytułu mieli jego twórcy. Z jednej strony szacunki mówiły o setkach tysięcy dolarów zarabianych rocznie (miejscami pojawiały się nawet informacje o "milionach dolarów"), natomiast z drugiej strony właściciele bronili się przed zarzutami o zarabianiu na piractwie, sugerując, że wydatki na utrzymanie serwerów często równają się lub przewyższają przychody z tytułu reklam. Neij w jednym z wywiadów wprost zapytał, czy wygląda na kogoś, kto dorobił się milionów na swojej działalności.

zatoka-piratow-the-pirate-bay-open-bay-2

Powodem tak niskich przychodów z reklam, pomimo niesamowitej popularności strony, mógła być m.in. niewielka liczba chętnych do reklamowania się na takiej właśnie stronie. Były rzecznik serwisu, Tobias Andersson, stwierdził wprost, że właśnie z tego powodu reklamy na PB są "g*wniane" i sam zachęcał do stosowania AdBlocka.

Słyszałem, że w ciągu ostatnich lat, po tym jak odszedłem [z Pirate Bay], serwis prawdopodobnie zaczął zarabiać pieniądze i to jest według mnie problem. Nawet jeśli nie uważam, że piractwo jest złe, czerpanie z tego korzyści już takie jest - Tobias Andersson dla Junkee

Mimo to trudno założyć, aby właścicielom kiedykolwiek (może z wyjątkiem początkowego etapu rozwoju) brakowało gotówki. Wystarczyło wymyślić powód, zorganizować zbiórkę wśród użytkowników, aby uzbierać w rekordowo krótkim czasie dziesiątki tysięcy dolarów. Tak było chociażby w przypadku planów zakupu mikro-państwa (czy raczej byłej platformy wiertniczej), Sealandii, które jednak nie zakończyły się powodzeniem. Właściciele PB przyznają, że od razu kiedy usłyszeli o planach sprzedaży Sealandii, uznali to za świetny pomysł.

Kluczowe pytanie pozostaje więc bez odpowiedzi. O ile bowiem samego umożliwiania pobierania często nielegalnych plików z sieci można jeszcze jakoś bronić, o tyle w momencie, gdy ktoś zaczyna na tym zarabiać, całość nie wydaje się być już tak krystalicznie czysta. Czym bowiem różni się ten, kto zarabia na legalnej dystrybucji i według piratów jest "tym złym", od tego, kto... zarabia na nielegalnej dystrybucji, przy okazji nawet w 1% nie dzieląc się z artystami czy producentami swoim zarobkiem? Jakby na to nie patrzeć, jest tutaj pewna luka w rozumowaniu obrońców PB, jeśli założyć, że serwis przynosi wymierne dochody określonej grupie ludzi.

Pirate Bay powinni zniknąć

To stwierdzenie nie zostało sformułowane ani przez przeciwników piractwa, ani przez rządy, ani przez wydawców, ani przez organizacje zrzeszające artystów i walczące o ich (lub częściej - swoje) dobro. Takie słowa padły z ust dwóch były "pracowników" Pirate Bay -  Petera Sunde'a oraz przywoływanego wcześniej Tobiasa Anderssona, związanego z Pirate Bay niemal od samego początku.

Ich zdaniem cały projekt, który początkowo traktowany był jako "coś fajnego" i miał zakończyć się po kilku, maksymalnie 10 latach, całkowicie wymknął się spod kontroli i stał się czymś, czym nie miał nigdy być. Andersson jest przekonany, że Pirate Bay jest obecnie zbyt duży, polega na nim zbyt wiele osób, które jednocześnie wierzą w to, że taki stan rzeczy będzie trwał zawsze. Efektem tego, przynajmniej jego zdaniem, jest brak jakiejkolwiek potrzeby rozwoju tej części "rynku" i stagnacja, która szkodzi wszystkim.

piractwo1

Początkowo zakładano, że powstanie i popularyzacja Pirate Bay będzie czynnikiem, który nie tylko będzie przez pewien czas stymulował rynek dystrybucji i zmuszał wydawców do poszukiwania nowych, atrakcyjniejszych sposobów sprzedaży, ale też mechanizmy, na których PB się opiera, zostaną zastąpione czymś nowszym i lepszym. Tak się jednak, przynajmniej w ogólnym rozliczeniu, nie stało.

To samo mówił zresztą nieco później Sunde, licząc na to, że grudniowy upadek Pirate Bay był tym ostatnim. Zgodnie z jego opinią, zamknięcie serwisu pchnęłoby użytkowników i programistów do wymyślenia czegoś zupełnie nowego, zamiast prób wskrzeszania starego, czy wręcz przestarzałego rozwiązania. Tak się jednak nie stało, chyba że właśnie to jest niespodzianką, którą Pirate Bay szykuje na luty.

Nie da się przy tym ukryć, że nawet najwięksi przeciwnicy cyfrowego piractwa muszą przyznać, że serwisy w rodzaju Pirate Bay zmieniły sposób w jaki konsumujemy treści - przede wszystkim te legalne. Poszukiwania przez dystrybutorów sposobów, które w dobie powszechnej dostępności darmowych treści wydałyby się atrakcyjne dla klientów, dały nam twory takie jak Spotify, Deezer, Netflix czy Hulu. Często płacimy za dostęp do nich, nawet wiedząc, że tuż obok (bo w Internecie wszystko jest przecież obok siebie) leżą dokładnie te same materiały, ale nie kosztujące ani grosza. A wszystko to przez presję wynikającą m.in. z popularności Pirate Bay.

Jak widać, da się to zrobić tak, aby wszyscy byli przynajmniej w pewnym usatysfakcjonowani. Wszystkich zadowolić się nie da i nie warto nawet próbować.

W dalszym ciągu istnieje jednak szereg problemów, wliczając w to ograniczenia regionalne, które muszą zostać docelowo rozwiązane, zanim piractwo stanie się jeszcze mniej atrakcyjne. Czy pomoże w tym Pirate Bay w obecnej formie? Może. Czy pomoże w odświeżonym wydaniu? Przekonamy się już niedługo. Czy rozwiąże wszystkie problemy raz na zawsze? Z całą pewnością nie, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna, że jemu się przecież należy za darmo i jeszcze pochwali się tym na publicznym forum.

W końcu czemu on ma płacić, skoro nie musi.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst