Tech  / Recenzja

Trochę za mało Bieszczad, a za dużo Hollywoodu. Poza tym świetnie, czyli obejrzałem pierwszy odcinek „Watahy”

O serialu „Wataha” produkcji HBO Polska od początku mówiło się, że ma być rodzimą odpowiedzią na najlepsze światowe produkcje serialowe. I rzeczywiście - po obejrzeniu pierwszego odcinka wydaje mi się, że jest tu nieco zbyt dużo Hollywoodu a nieco za mało Bieszczad.

HBO odkodowało na weekend swoją telewizję i serwis streamingu HBO GO. W poważnej weekendowej prasie zanalizowano stan tzw. ambitnych polskich seriali. W mediach społecznościowych panowało naturalne podniecenie. Słowem - od strony PR-owej wyglądało nieźle, dokładnie tak, jak wprowadza się na rynek produkt wideo dziś w dobie dominacji internetu. Wystarczyło, by produkt był odpowiednio dobry i sukces gotowy.

Obejrzałem pierwszy odcinek „Watahy” w HBO GO z wielkimi nadziejami. Nie zawiodłem się, ale nie wszystko do końca przypadło mi do gustu.

Bieszczady

Wataha HBO fot. Krzysztof Wiktor (1)

We wspomnianej analizie stanu ambitnych polskich seriali wspomniano, że nieczęsto polska kinematografia korzystała dotychczas z Bieszczad. „Wataha” miała w pełni wykorzystać to jedno z najpiękniejszych, ale przy okazji najbardziej tajemniczych, dziewiczych i nieodkrytych miejsc w Polsce.

Nie chodziło tylko o umiejscowienie fabuły serialu, ale również wykorzystanie tego miejsca, by odpowiednio zagrać obrazem, klimatem i aurą niesamowitości. Coś jak południowa Luizjana w „True Detective” (notabene również produkcji HBO), która nie tylko stanowiła klimatyczną kanwę dla niesamowitej historii „Detektywa”, lecz także uzasadniała ‚niszczycielską i bezbożną obecność człowieka’.

Po obejrzeniu pierwszego odcinka „Watahy” odniosłem wrażenie, że Bieszczad jakby tam nieco za mało. Niby są ‚beauty shoty’ wspaniałej i tajemniczej polskiej kniei spowitej poranną mgłą, jest surowy wygląd leśniczówek, w których toczy się życie bohaterów Straż Granicznej, ale gdyby akcja rozgrywała się nie na wschodniej, lecz na zachodniej granicy Polski w zasadzie obrazki mogłyby być podobne. Może to się zmieni w kolejnych odcinkach, może Bieszczady okażą się nie tylko miejscem rozgrywania akcji, lecz także stanem umysłu bohaterów.

Hollywoodzki scenariusz w Bieszczadach

Wataha HBO fot. Krzysztof Wiktor (6)

Druga sprawa - scenariusz. Aż kipi od hollywoodzkich chwytów wyświechtanych od zarań Fabryki Marzeń.

Na przykład: główny bohater traci kobietę w zamachu (tzn. tak się wydaje w pierwszym odcinku, bo już w kolejnych ponoć nie…). Co robi? Jest załamany: chleje wódę ze szklanek, odmawia pomocy przyjaciół, leży nagi pod prysznicem szlochając. Nie chce wrócić do pracy, wszyscy go namawiają, ale on nie chce, bo musi chlać w samotności. W końcu się jednak godzi…

Albo inny przykład: przerzut ludzi przez granicę przez przemytników. Dziki bieszczadzki bór, imigranci ze wschodu, a wśród nich kobieta w ciąży, która upada, bo nie ma siły iść dalej. No, bardziej wyświechtanego medialnie zdarzenia nie dało się wymyślić.

Można by jeszcze kilka takich scenariuszowych tricków wymienić, jak chociażby wizje (albo i nie), które główny bohater doświadcza z pewnym wilkiem, albo naturalny podział na dobrych, oddanych i bezinteresownych przedstawicieli straży granicznej oraz złej, bezwzględnej i nieczułej pani prokurator, by zamiast błotnistych i nieprzejednanych Bieszczad bardziej odczuwać w „Watasze” Hollywood.

Mimo to ogląda się znakomicie

Naprawdę. Od dosłownie pierwszej sceny, gdy dzielni strażnicy graniczni łapią na gorącym uczynku przemytników czuć, że zaraz zdarzy się coś strasznego. A gdy już się zdarzy, to jest jak u Hitchcocka - napięcie dalej rośnie.

Może nie będzie to dzieło na miarę „True Detective” ale na pewno będzie to serial unikatowy jak na polskie dokonania. Czuć to w każdej scenie pierwszego odcinka i w tym, że naprawdę szkoda, że HBO nie stosuje strategii Netfliksa i nie wydaje wszystkich odcinków na raz. Na kolejny odcinek trzeba czekać cały długi tydzień.

A najlepszą rekomendacją „Watahy” niech będzie to, że dziś rano obudziłem się z myślą o wydarzeniach z serialu. Wszyscy wiemy, że niezwykle rzadko zdarza się to nam dziś, gdy bombardowani jesteśmy najprzeróżniejszymi produktami medialnymi.

fot. Krzysztof Wiktor | HBO

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst