Tech  / Felieton

Grzebią ci w mailu, mają do tego prawo i nic z tym nie zrobisz

Powinno to szokować. Powinno wywoływać ogromne oburzenie, a powoduje raczej reakcję w stylu: “co za debil, sam sobie winny”.

Microsoft przeszukał konto Hotmaila osoby podejrzanej o odbiór Windowsa 8 od pracownika Microsoftu w 2012 roku. Sprawa nie jest jednoznaczna. Mówi się, że odbiorca to nie bloger, a zwykły forumowicz, który rozprowadza oprogramowanie. Nie wiadomo jak dokładnie było. To akurat mało istotne - najważniejsze, że Microsoft bez nakazu sądowego przeszukał konto mailowe podejrzanego i w ten sposób zdobył dowód, a także rozmowy z czata obu stron.

Microsoft tłumaczy się, że owszem, przeszukał skrzynkę odbiorcy, ale w regulaminie, który odbiorca akceptował stoi, że dostawca usług ma do tego prawo, jeśli wymaga tego ochrona samego dostawcy, w tym jego dóbr intelektualnych.

Microsoft stwierdził jednak, że faktycznie jest to dziwna sytuacja, a sąd, do którego mógłby zwrócić się Microsoft o nakaz na przeszukanie konta nie wyda go na przeszukanie danych na serwerach, które należą przecież do Microsoftu.

Firma przyznała, że nie zrobiła nic niezgodnego z prawem i że sprawdzenie i tak odbyłoby się zgodnie z wolą sądu, jednak na przyszłość wydzieli odrębną komórkę prawną, a dowody za każdym razem będzie przedstawiać prawnikowi, który jest byłym sędzią.

Jak miło.

W całej sytuacji widać dokładnie, dlaczego nigdy nie powinno się żyć w fałszywym przekonaniu, że w sieci jest coś prywatnego. Mimo, że teorie spiskowe od dawna mówią, że wielkie firmy, u których trzymamy dane mogą do nich zaglądać kiedy tylko chcą, mało osób w to wierzy, bo tak wygodnie.

Tym razem Microsoft miał rację i faktycznie chodziło o przekazywanie kodu bez licencji. Jednak czy to znaczy, że za każdym razem, gdy firma ma podejrzenie, że na kontach użytkowników dzieje się coś niezgodnego z prawem czy godzącego w Microsoft, może dowolnie przeszukiwać dane?

email microsoft

Microsoft przeszukuje też dane na kontach użytkowników pod kątem pornografii (która w chmurze Microsoftu jest całkowicie zakazana) czy pirackich plików. Ponoć dlatego, że chroni go to przed późniejszymi pozwami o przetrzymywanie materiałów pedofilskich czy pirackich.

Jednak nie tylko Microsoft ma w regulaminie zapisy o dostępie do danych w sytuacjach, gdy godzą one w firmę. Niemal identyczne mają: Gmail, Apple czy Yahoo.

I ciężko uwierzyć, by firmy te zwracały się do sądu o każdorazowe nakazy na dostęp do kont, gdy chodzi o ich własne serwery.

Michael Arrington twierdzi, że Google przeszukało jego Gmaila w sprawie o wycieku informacji dotyczących Google’a.

Najstraszniejsze jest to, że wcale mnie to nie dziwi. Nic - kompletnie nic, prócz możliwości wydostania się sprawy na jaw - nie stoi na przeszkodzie, by wielkie firmy, z których usług korzystamy, grzebały w “naszych” danych.

“Naszych”, bo w momencie, w którym powierzamy je jakiejś firmie z zagranicy i składowane są na bliżej nieokreślonych serwerach nie są de facto nasze.

Powinnam być zła na Microsoft, zgodnie z trendami w sieci opluwać go za to, że robi na co ma tylko ochotę. Problem w tym, że nie mogę. Osobnik, który odbierał nielicencjonowane pliki od pracownika Microsoftu - pliki, które zostały wręcz wykradzione Microsoftowi - nie zdawał sobie sprawy z zapisów w regulaminie Hotmaila, tak jak i większość z nas nie zdaje sobie sprawy.

Zdjęcie Hacker typing on a laptop with binary code in background pochodzi z serwisu Shutterstock.com

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst