Tech

Winnetou w kapturze - recenzja Assassin's Creed 3

Asasyn z Tomahawkiem? Gdy tylko Ubisoft ogłosił, że głównym bohaterem gry z serii Assassin's Creed ma być Indianin, w Internecie zawrzało. Wszyscy dziwili się tej decyzji. Gracze twierdzili, że Asasyn powinien pochodzić z Europy lub Azji, a nie żyć w części świata, w której miasta były prawdziwą rzadkością. Czy gracze mieli rację? Czy Asasyn polujący na dziką zwierzynę ma rację bytu? Czy w Ameryce asasyn ma się gdzie wspinać? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi znajdziecie w poniższej recenzji.

Każdy szanujący się gracz musi znać serię Assassin’s Creed. Jej pierwsza część pokazała, że gra o cichym zabójcy może być zrobiona w sposób przystępny zarówno dla niedzielnego, jak też dla bardziej zaawansowanego gracza. Z kolei druga wprowadziła tak dużo przemyślanych nowości, że na stałe weszła do kanonu gier i wypromowała tę markę. Gdy wydawało się, że już lepiej być nie może, pojawił się Assassin’s Creed: Brotherhood, który w perfekcyjny wręcz rozwinął wszystkie idee i sprawił, że Asasyn zachował świeżość. Po nim pojawił się Assassin’s Creed: Revelations, który był niestety odcinaniem kuponów od serii. Niemniej także w tę część dało się przyjemnie grać. Wpływ na to zapewne miał fakt, iż wszyscy traktowali tę grę jako tytuł przejściowy między starym, dobrym Assassin’s Creed II, a trzecią (a faktycznie piątą) częścią, która miała wyznaczyć nową jakość i w mistrzowski sposób zwieńczyć dzieło. Krótko mówiąc, być wisienką na torcie.

Z miasta do lasu

Od dawna już było wiadomo, że akcja trzeciej części Assassin’s Creed dzieje się w czasach rewolucji amerykańskiej. Jak powszechnie wiadomo, ówczesna tamtejsza architektura była po prostu uboga i w żaden sposób nie mogła równać się z europejskimi miastami, które niekiedy rozwijały się już wtedy nawet od ponad tysiąca czy dwóch tysięcy lat. Brakuje tu zatem znanych zabytków, takich jak Hagia Sophia czy Koloseum, jest też znacznie mniej budynków innych niż domy. Miasta takie jak Nowy Jork czy Boston nie były wówczas zbyt duże i pod względem powierzchni nie mogły się równać z Rzymem czy Konstantynopolem. Właśnie dlatego przed premierą trzeciego Asasyna wiele osób twierdziło, że w miasta te nie będą tak urokliwe jak poprzednie i że nie będzie się dało w nich wspinać, czy po prostu ich eksplorować. Niestety, jest to prawda. O ile we wszystkich poprzednich częściach Kodeksu Asasynów eksploracja miast była jednym z najciekawszych aspektów gry, to tutaj po prostu szybko się nudzi. Niestety nie miałem chęci włączenia gry tylko po to, by poznać tajemnice Bostonu czy Nowego Jorku. A zdarzało się to w przypadku poprzednich części tej historii.

Wiadomo jednak, że wszechświat nie lubi pustki, więc duże miasta musiały zostać zastąpione innymi terenami. Twórcy gry uznali, że idealnie sprawdzą się tu lasy. Niestety, nie sprawdziły się. Bieganie po drzewach (tak, da się!) nie jest tak ciekawe jak ta sama czynność wykonywana na dachach. Z kolei polowanie na drapieżniki (a raczej obrona przed nimi) ogranicza się do wciśnięcia sekwencji QTE składającej się z przycisku X na padzie Xboksa 360 oraz innego, który pojawi się na ekranie. W przypadku stosunkowo małych zwierząt takich jak wilki czy puma należy to zrobić raz. Jeśli jednak naszego bohatera zaatakuje niedźwiedź, sekwencję tę trzeba będzie powtarzać kilka razy. Czy to ciekawe? Absolutnie nie. Czy się nudzi? Niestety tak. W lesie jest też możliwość zakładania pułapek, rzucania przynęty czy polowania w sposób iście barbarzyński – z  tomahawkiem, łukiem lub inną bronią w dłoni. Mimo że w samouczku, który stanowi pokaźną część gry, twórcy namawiają do korzystania z dwóch wcześniej wymienionych rozwiązań, to są one na tyle żmudne, że po prostu lepiej jest wypatrzyć zwierzynę, podbiec do niej i zabić ją w mniej wyszukany sposób.

Mamy też możliwość szybkiej podróżny między ważnymi punktami znajdującymi się na mapie. Niestety najpierw trzeba ją w różnych miejscach odblokować. W moim przypadku skończyło się to tak, że zostawiłem tę wątpliwą przyjemność na później i bardzo często biegałem z jednego końca mapy na drugi. O dziwo, nie nudziło mnie to, ale trzeba przyznać, że nie sprawiało też takiej przyjemności jak długie spacery po miastach.

Czy monotonii może być za mało?

Gra wnosi naprawdę dużo nowego do serii. Możemy prowadzić bitwy morskie, dowodzić grupą strzelców, strzelać z armaty, polować na zwierzęta i prowadzić wiele innych aktywności. Wszystkie zostały potraktowane jednak tak powierzchownie, że sprawiają wrażenie niedopracowanych. Tylko bitwy morskie spodobały mi się na tyle, że widziałbym je na stałe we wszystkich  następnych częściach serii. Powiem więcej - jest to bardzo miłe zaskoczenie po beznadziejnej mini-grze typu tower defence polegającej na obronie dzielnic miasta, którą mogliśmy zobaczyć w Assassin’s Creed: Revelations.

Warto odpowiedzieć teraz na pytanie, które zawarliśmy w śródtytule tego akapitu: czy monotonii może być za mało? Okazuje się, że tak. Wiele osób jako wady Assassin’s Creed 2 czy Brotherhood wymieniało zbyt małą różnorodność misji, która poza nielicznymi wyjątkami ograniczała się do śledzenia i zabijania osób. Według mnie to akurat była zaleta. Pierwsze dwie części przygód Ezia Auditore da Firenze właśnie z tego powodu bardzo mi się podobały. Skoro była to gra o Asasynie, liczyłem właśnie głównie na skradanie się i zabijanie. Jakoś nikt grając w nową odsłonę Need For Speed lub DiRTa nie narzeka na to, że jest tam za dużo wyścigów. Dla mnie narzekanie na Assassin's Creed z powodu misji skradankowych to zachowanie właśnie takiego typu.

Oczywiście nie zabrakło tu całkowicie klasycznych misji zmuszających nas do wyeliminowania kogoś lub po prostu śledzenia danej osoby. Jednak oba typy starszych zadań zostały poprawione. Nieco zmienił się też system walki z przeciwnikami. Dzięki krótkim sekwencjom Bullet Time (spowolnionego czasu) wszystko wygląda efektownie i nawet mało wytrawny gracz będzie mógł łatwo pokonać przeciwników. Jednak mimo to walka jest wyzwaniem większym niż w poprzednich częściach. Przeciwnicy są bardziej zróżnicowani i atakowanie ich wymaga zastosowania taktyki. Jedynym minusem obecnego systemu walki jest to, że ponownie premiuje on osoby nie korzystające z różnych gadżetów i strategii, a po prostu kontrujące ciosy. Minusem jest też to, że przeciwnicy ponownie stoją w kółku i atakują nas po kolei. Szczerze mówiąc nie wierzę, by 15 strażników zmagających się z jednym napastnikiem pozwalało sobie na tego rodzaju uprzejmość. Mimo wszystko inteligencja przeciwników względem poprzednich części poprawiła się znacznie. W Assassin’s Creed: Brotherhood można było zrezygnować z walki, po prostu wsiadając na konia i uciekając. W przypadku najnowszej gry nie jest to już możliwe. Strażnicy od razu po przeprowadzonej w ten sposób próbie ucieczki strzelają do naszego zwierzęcia, które wskutek tego pada martwe. Spodobało mi się również to, że jeśli nawet napadniemy na dużą grupę żołnierzy w odosobnionym miejscu i szybko zabijemy ich wszystkich, poziom naszego rozgłosu nie podniesie się i nadal będziemy mogli działać incognito.

O wiele trudniejsze stały się też misje skradankowe. Polegają one głównie na podsłuchiwaniu kogoś, czyli na znajdowaniu się na tyle blisko danej osoby, by usłyszeć jej rozmowę, jednocześnie nie dając się wykryć. Wymaga to dużej zręczności i przemyślanego zmieniania położenia. Jeżeli ktoś myśli, że wystarczy stać na dachu wysokiego budynku nad celem, by z powodzeniem przejść tego rodzaju misję, to bardzo się zdziwi. Gra wymaga znacznie bardziej skomplikowanego działania. Oczywiście nie jest to poziom, z powodu którego będziemy przy jednym zadaniu przez kilka godzin zgrzytać zębami, co mimo wszystko oceniam na plus. Rozgrywka jest na tyle skomplikowana, by zmusić nas do minimalnego wysiłku, ale nie będzie zbyt dużym wyzwaniem dla niedzielnych graczy. Assassin's Creed III po prostu nie przechodzi się sam. W przypadku drugiej części gry niekiedy to się zdarzało.

Mówiąc o misjach skradankowych nie sposób nie wspomnieć o dwóch już na pierwszy rzut oka widocznych zmianach. Pierwsza z nich to możliwość chowania się za budynkami, która znacznie ułatwia misje i czyni je bardziej realnymi, jeśli w ogóle w przypadku parahistorycznej gry, jaką jest Assassin’s Creed można mówić o jakiejkolwiek realności. Druga również ułatwia misje, ale mnie osobiście śmieszy. Chodzi tu o krzaki, w których można się schować. Nie są to ogromne chaszcze, w których może się skryć dorosły mężczyzna, a drobne gałązki, które naszemu asasynowi sięgają co najwyżej do kolan. Jednak mimo to postaci grają w tę dziwną grę, która polega na tym, że asasyn udaje, że się chowa, a wrogowie udają, że go nie widzą. Przebija to nawet pływanie w pełnym stroju i ekwipunku w lodowatej, zimowej wodzie, bo także taka sytuacja występuje w grze.

Connor, Desmond i ktoś

Zmiana bohatera wyszła grze na dobre. Poznaliśmy już całą historię Ezia i dalsze jej prowadzenie byłoby po prostu przesadzone. Już grając w Assassin’s Creed: Revelations niemal przez cały czas czułem przemęczenie historią Ezia, który rozwinął zakon Asasynów we Włoszech i Konstantynopolu.

Teraz głównym bohaterem jest Connor, Indianin, którego pełne imię brzmi Ratonhnhaké:ton. Pochodzi on z plemienia Mohawków, które jest nękane przez osadników. Jest on synem Indianki i ojca, który go porzucił, kolonizatora. Za wszelką cenę musi on bronić swojej ziemi, na której znajdują się artefakty będące wytworem pierwszej cywilizacji. Więcej szczegółów nie będę zdradzał, by nikomu nie popsuć zabawy z grą. Trzeba po prostu przyznać, że brakowało nam w serii wyrzutka, który nie będzie się czuł u siebie, który będzie wszędzie naokoło miał wrogów i będzie świadom tego, że jego sojusznicy w każdym momencie będą mogli go zostawić. Ważnym elementem fabuły jest też to, że gdy Connor wstępuje do bractwa Asasynów, jest ono w opłakanym stanie i niemal zniszczone przez templariuszy. W grze nie zostało to powiedziane, ale można nawet spodziewać się tego, iż Indianin w okresie swojej walki z kolonistami jedynym aktywnym asasynem. Jest to naprawdę miła odmiana po historii Ezia wchodzącego do wielkiego zakonu i stającego się jego Mistrzem. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że Connor jest postacią bardziej wyrazistą niż Ezio i jeśli twórcy serii Assassin’s Creed zdecydują się stworzyć kontynuację jego losów (takie gry jak Brotherhood i Revelations będące dalszym ciągiem drugiej części gry), to zapewne zdeklasuje on Włocha w rankingu najbardziej lubianego asasyna. Z całą pewnością będzie mieć na to wpływ to, że Asasyn ten jest po prostu bezkompromisowy. Nie uznaje odcieni szarości, korupcji i gier o przywileje. Dla niego wszystko jest czarne albo białe, dobre albo złe, a on stara się zawsze stanąć po jasnej stronie. Jest to miła odmiana po ogromie bohaterów, którzy niemal niczym nie różnią się od szwarccharakterów, z którymi walczą. Nie bez znaczenia jest też to, że tomahawk po prostu idealnie współgra z ukrytym ostrzem. Muszę przyznać, że sam w to kiedyś nie wierzyłem, więc była to dla mnie miła niespodzianka.

Nie można zapominać też o tym, że głównym bohaterem Assassin’s Creed w dalszym ciągu jest Desmond Miles, który w celu zdobycia wiedzy i umiejętności niezbędnych przeżywa wspomnienia swoich przodków. Jest to możliwe dzięki urządzeniu znanemu jako Animus. Pozwala ono na odczytanie wspomnień, które są zapisane w DNA. Jednak Desmond musi czasami wyjść z animusa i wykonać kilka misji. Dlatego właśnie są też misje odbywające się w 2012 roku. Mają one głównie związek z pozyskaniem artefaktów potrzebnych do nawiązania kontaktu z pierwszą cywilizacją i tym samym uratowania świata przed zagładą. Cztery długie misje tego typu odbywają się na trzech kontynentach, każda wygląda zupełnie inaczej. Są one momentami o wiele ciekawsze od przygód Connora i mam nadzieję, że powstanie w końcu gra z serii Assassin’s Creed, której akacja będzie dziać się w teraźniejszości i w której będziemy mogli kierować głównie Desmondem.

W grze będziemy mogli kierować też jeszcze jedną postacią, którą jest... nie powiem kto. Zdradzenie tej tajemnicy mogłoby naprawdę popsuć zabawę. Możecie jednak spodziewać się trzeciej postaci, którą zobaczycie w początkowej części gry.

Fabuła

Nie chcę wtrącać tu żadnych spoilerów, dlatego będę pisał tylko ogólnikami. Assassin’s Creed III to gra, której akcja odbywa się w czasie rewolucji amerykańskiej. W trakcie gry możemy spotkać historyczne postaci takie jak Charles Lee, Benjamin Franklin czy George Washington i wiele innych. Najważniejsze jest jednak to, że o ile do niedawna realna historia była tylko tłem historycznym dla serii, tak teraz Connor bierze w niej prawdziwy udział. Muszę przyznać, że w podstawowym stopniu jestem zaznajomiony z historią USA i miło było widzieć Asasyna biorącego udział w wydarzeniach, które naprawdę się zdarzyły. Zabieg taki ma bardzo dobry skutek, mimo że jego przyczyna jest bardzo prozaiczna. Amerykanie to naród wyjątkowo dumny ze swojej krótkiej, ale barwnej historii. Każdy kto był w USA zapewne widział dziesiątki (setki, tysiące?) flag wywieszonych na niemal wszystkich reprezentacyjnych budynkach, a nawet domach. Pod względem patriotyzmu Amerykanie o kilka długości przegonili większość nacji świata. Ubisoft o tym wiedział i oparł Assassins’s Creed III o taką, a nie inną historię po to, by się dobrze sprzedała na najbardziej chłonnym rynku świata.

Warto też wspomnieć kilka słów o zakończeniu. Ponownie stawia ona więcej pytań niż odpowiedzi. Dlatego do końca nie wiemy, czy kontynuacja gry powstanie. Mam nadzieję, że tak. Uniwersum Assassin’s Creed jest ogromne i pozwala na opowiedzenie jeszcze wielu ciekawych historii. Zresztą powstanie nowej gry pomogłoby mi... zrozumieć lepiej fabułę Assassin’s Creed III. Prawdą jest, że w kolejnego Asasyna gra się głównie po to, by do końca zgłębić informacje przekazane w poprzednim.

Misje poboczne, czyli mydło i powidło

Ubisoft zrobił świetną robotę, jeśli chodzi o misje poboczne. Możemy wykonywać wyzwania, misje dla rozmaitych frakcji, znajdować skarby, okradać konwoje, atakować forty oraz kupować mnóstwo przedmiotów. Z całą pewnością jeśli ktoś lubi wyciskać z gry kupionej za duże pieniądze (a taką Assassin’s Creed III jest) ostatnie soki, to jest tytuł dla niego. Nie zabrakło tu też możliwości ratowania ludzi, werbowania ich jako Asasyni i szkolenia ich. Jako że Connor nie mieszka w wielkiej twierdzy, może rozbudowywać tylko swój dom i zapraszać osadników na przyległe do swojej posiadłości tereny.  Z każdą osobą, która chce współegzystować z Asasynem wiąże się inna historia. Po rozwinięciu osady wydaje się ona żyć i na swój sposób przypomina mi rozwój posiadłości Ezia z Assassin’s Creed II. Co prawda nie było to tak efektowne zadanie jak wykupowanie i ulepszanie kolejnych dzielnic Rzymu czy Konstantynopolu, jednak własna, mniejsza posiadłość pozwalała w pewnym  stopniu zżyć się ze społecznością tam mieszkającą. Muszę przyznać, że miałem niemal łzy w oczach, gdy na samym początku Assassin’s Creed Brotherhood poszła ona z dymem. Teraz posiadłość działa na podobnych zasadach, tj. pozwala zarabiać pieniądze, ale oprócz tego jest bardziej interaktywna, przez co bardzo łatwo się do niej przywiązać. Naprawdę, nie ma tu przesady.

Oprawa graficzna i błędy w grze

Assassin’s Creed III bazuje na lekko ulepszonym silniku gry znanym z poprzedniej części przygód Zakonu Asasynów. Oznacza to, że tekstury w grze wyglądają bardzo nieostro. Już na pierwszy rzut oka widać, że zastosowana rozdzielczość jest mniejsza niż Full HD stosowane w większości nowych ekranów. Nie znajdziemy tu też wygładzania krawędzi, które znacznie poprawiłoby wygląd gry. Tekstury mają bardzo słabą rozdzielczość, przez co ściany budynków oraz podłoże nie jest szczegółowe. Nie podobały mi się również cienie, które często nie stanowiły jednej całości, tylko składały się z widocznych pasków. Równie źle, jak w poprzednich częściach prezentowały się efekty cząsteczkowe. Wybuch bomby dymnej czy statku zawsze wyglądał niemal tak samo, a podczas płynięcia czy biegnięcia w rzece woda rozpryskiwała się prawie identycznie (lub identycznie), w dodatku wyjątkowo brzydko. Przypominam, że graliśmy w Assassin’s Creed III w wersji na konsole Xbox 360, a jest to już leciwy, siedmioletni sprzęt. W wersji na komputery PC gra ta z całą pewnością będzie wyglądać o niebo lepiej.

Niestety w grze znalazły się błędy.  Nie występowały one rzadko, ale potrafiły naprawdę zirytować. Gdy po raz pierwszy spotkałem niedźwiedzia, siedział on w rzece. Kiedy mnie zobaczył, wbiegł w kamień, z którego wystawała jego głowa, swoją drogą całkiem ruchliwa. Nie mogłem go zaatakować, on mnie też nie. Przez kilkadziesiąt sekund trwaliśmy w impasie, po czym postanowiłem sobie znaleźć inny cel. W podobny sposób potrafiły utknąć wilki w drzewie czy strażnicy w budynku. Sytuacje tego typu mogę policzyć na palcach jednej ręki, jednak i tak bardzo mnie zdenerwowały. Każdy gracz wie, że nie ma nic gorszego niż błąd, który w chwilę potrafi zniszczyć radość z gry.

Werdykt

Assassin’s Creed III to gra bardzo nierówna, przez co trudno ją ocenić. Jej twórcy za wszelką cenę chcieli uniknąć tego, co było według wielu osób największą wadą serii, czyli powtarzalności. Udało się im to tylko częściowo. Co prawda możemy polować, grać w młynek (gra planszowa dostępna w miejskich knajpach), czy zdobywać wiele skarbów, jednak z wprowadzonych nowości tylko bitwy morskie budzą we mnie naprawdę miłe wspomnienia. Elementy klasyczne, czyli zabójstwa i skradanki są teraz trudniejsze i ciekawsze, ale jest ich znacznie mniej. Mimo licznych nowości przez cały czas gry nie opuszczała mnie tkwiąca gdzieś w podświadomości myśl mówiąca, że już gdzieś to wszystko widziałem. Zabrzmi to wyjątkowo niekonsekwentnie, ale Assassin’s Creed III jest taki sam jak jego poprzednie części, ale... zupełnie od nich inny. Z całą pewnością mocna strona gry to bohater, który jest wyjątkowo wyrazisty i łatwo się z nim zidentyfikować. W dodatku fabuła gry to historia para-dokumentalna, która pozwala bardzo dobrze wczuć się w czasy walki Amerykanów o niepodległość. Wciąga ona nie gorzej niż dobra książka i pozwala cieszyć się nie tyle grą, co kolejnymi przygodami bohatera. Grając w dowolną część Assassin’s Creed chciałem zobaczyć co będzie dalej i dalej... Tak samo jest tym razem. Idąc dalej, fabuła i bohater doskonale przekładają się na ogromne zaangażowanie w grę, a co za tym idzie - naprawdę dużą grywalność. Tę uzupełniają świetne misje poboczne, dzięki którym tym tytułem można cieszyć się przez dziesiątki godzin. Zapewne znajdą się osoby, które osiągną trzycyfrową liczbę godzin grając w Assassin's Creed III. Niespecjalnie podobała mi się kiepska oprawa graficzna oraz przeniesienie akcji gry z wielkich, średniowiecznych miast do miasteczek i przedmieści.

Krótko mówiąc, trzecia gra z serii Assassin’s Creed to tytuł, który ma mnóstwo wad, ale i tak ucieszy każdego gracza. Czy warto w go zagrać? Tak, jeśli grało się w poprzednie części. Jeżeli jednak przyjemność grania we wcześniejsze epizody tego uniwersum Cię ominęła, możesz zacząć od Assassin's Creed II. Nie stracisz wówczas wiele, a dzięki przeżyciu całej historii Ezia docenisz to, co najlepsze w Assassin’s Creed – fabułę i tło historyczne. A to będzie doskonały wstęp do obecnie wydanej części gry, która tak jak poprzednicy zapewne stanie się prawdziwym hitem.

Ocena Spider’sWeb: 7.5/10 - Ocena ta dotyczy trybu dla pojedynczego gracza. Po dłuższym czasie spędzonym z tym tytułem opiszemy też tryby dla wielu graczy.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst