Tech

Piano to na razie rozdwojenie jaźni

Z ciekawością czytam wszystkie komentarze o Piano – pierwszym “dużym” paywallu w Polsce, który obejmuje serwisy i strony siedmiu wydawców. To, że u tych wydawców pojawiają się pozytywne artykuły i felietony o Piano jest zrozumiałe – nie robi się we własne gniazdo. Piano dopiero niedawno weszło w pełni oficjalnie i do pierwszych wyników jeszcze pewnie daleko – o ile je w ogóle poznamy. Mam za to jeden, spory problem z Piano. Mianowicie szeroko pojętą jakość, o której to mówi się, że wymaga płacenia.

To znaczy nie jakość sensu stricte – ta jest dyskusyjna od zawsze i to, co dla jednego będzie jakościowe, dla drugiego całkowicie bez znaczenia. Dużo mówi się o tym, że za paywallem mają znajdować się i znajdują autorskie, wymagające sporego wkładu pracy treści – na przykład analizy czy rozbudowane artykuły. Zastanawia mnie, jakie zapotrzebowanie na takie treści jest w społeczeństwie? Konsumujemy dużo, coraz więcej, ale zarazem coraz płycej – lecimy po nagłówkach i zdjęciach, a tak naprawdę po szersze analizy i treści sięgamy “przy okazji” lub gdy musimy (pozdrowienia dla studentów).

Poza tym, to też ważne, patrząc na listę podmiotów “schowanych” za Piano ciężko nie wyrazić wątpliwości co do haseł o tym, że jakość kosztuje. Bez urazy, ale stawianie dzienników czy serwisów profesjonalnych czasopism na jednej linii z SE.pl, serwisami o gotowaniu i ogrodnictwie, poradnikami zdrowotnymi i mnóstwem serwisów regionalnych jest co najmniej niepoważne i powoduje, że nie wiadomo za co się płaci.

W kwestii jakości pisania gazety i czasopisma, które najszumniej ogłaszają Piano jako przyszłość, bo dzięki niemu mogą zaoferować dostępność materiału z druku także w sieci, pozostawiają dużo do życzenia. Internet to inne medium i wydaje się, że wielcy wydawcy zapominają o tym i próbują przenosić modele prasowe do sieci. To się nie może udać, bo internet jest innym medium, a internauci oczekują od niego w większości innych treści. Wchodzisz na portal, powiedzmy, wyborcza.pl. Co widzisz? Mieszaninę wszystkiego: newsów, krótkich notatek, opinii, odsyłacze do innych części portalu, komentarze czytelników… Klikasz po różnych treściach, czytasz, w pewnym momencie jedna z nich informuje, że “Zostało jeszcze 95% treści” i zapłać z Piano albo sobie o owym Piano poczytaj. “Wait, what?” – praktycznie większość poprzednich tekstów była darmowa, tu płatne, to wracam do tych darmowych. Przecież nie zapłacę za dostęp do jednego tekstu, skoro większość na tym serwisie i tak oferowana jest za darmo, przy wsparciu reklam.

To takie trochę rozdwojenie jaźni. Piano ma walczyć o czytelników w imię serwisów, ale same serwisy mają małe rozdwojenie jaźni – niby wprowadzają płatność, niby to jest przyszłość dziennikarska, ale część zostawimy darmową… Bo, nie ma co ukrywać, jak nie zostawimy, to pies z kulawą nogą nie zapłaci. A może jednak? Może zapłaci wtedy więcej osób, niż za jedynie poszczególne artykuły, zebrane w jakichś pakietach międzywydawniczych? Może zamiast skupiać się na mówieniu o jakości, postawić na jakość całościowo? To raczej niepopularna w Polsce myśl, ale w sprawach internetu też sprawdza się jedna, znana od dawna zasada: jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Ergo nie da się zadowolić przypadkowych czytelników a jednocześnie celować wyżej, w analizy i opinie.

Do Piano mam raczej negatywne podejście. Serwisy się zamknęły, ale to nie znaczy prawie nic, bo nie oferują i tak unikatowych treści, tylko wciąż piszą w tym samym składzie, tak samo, jak wcześniej. Mówią o zarabianiu, że dziennikarstwo kosztuje, a tak naprawdę chodzi o zyski. Zacytuję Paula Carra, twórcę NSFWcorp.com:

Porn: that’s where the money is. Or banking. Nigerian wire fraud. But journalism? Publishing? Those are things we do because we have stories to tell, or an inheritance to burn or because we want to send people off to the asshole of Mexico to write books. Those are things we do because there is literally nothing else on earth that we can do. Jesus, even Arianna [Huffington] didn’t go into journalism for the cash, but rather for the influence — to become the person you don’t fight with, because she buys ink by the barrel.

Komentarz do jednego z tekstów z serwisów Agory:

“Skończyłem na pierwszej stronie. Reszty nie czytam, bo nie wykupiliście u mnie abonamentu”

Idealne podsumowanie sensowności i nastrojów wokół Piano.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst