Tech

Bezużyteczne gadżety Bonda, czyli dlaczego nie zostałem recenzentem

Tomek Wawrzyczek tym razem nie w cyklu Z Archiwum Młodego Technika, ale równie – o ile nie bardziej – interesująco. Serdecznie zapraszam!

Odrywając się na chwilę od lektury archiwalnych numerów Młodego Technika postanowiłem dokonać przed szacownym gronem Czytelników swoistego comming outu. Postanowiłem przyznać się do tego, że klipa ze mnie nie recenzent, a klipa kwadratowa jeśli chodzi o recenzowanie, ocenianie, testowanie i wydawanie opinii o technologiach mniej lub bardziej nowoczesnych.

Rzetelny oceniacz, analityk, tester, recenzent znaczy, ciężką i odpowiedzialną ma pracę, a mnie każda praca męczy, odpowiedzialność przeraża, a jak już się zmuszę do pracy, to będąc w posiadaniu niskiego progu samooceny, panikuję i owoce pracy odkładam na półkę. Mam tak od urodzenia.

Recenzent ma bardzo odpowiedzialną fuchę. Musi technologię, którą wrzucił sobie na tapetę,  pomacać dokładnie. Musi na przykład przeczytać uważnie instrukcję obsługi tego, co będzie oceniał, co samo w sobie wywołuje u mnie obrzydzenie. Czytać instrukcję obsługi? Never! Solidny recenzent musi zajrzeć pod obudowę, porozkręcać wszystkie śrubki, ponaciskać wszystkie klawisze, przyciski i guziczki, pobawić się technologią trochę jak dziecko, ale odpowiedzialnie, bo potem to, co ponaciska, musi opisać i to szczegółowo, żeby pokazać swoją wiarygodność. To ponad moje siły. Zapewne już przy zaglądaniu pod obudowę spociłbym się z przemęczenia. A przy opisywaniu? Pewnie bym wyzionął ducha z nadwysiłku.

Co gorsza, recenzent musi wiedzieć, jaką technologię skrupulatnie maca i jak się ona nazywa, jaki ma kod, symbol, wersję, musi nauczyć się tego i innych równie strasznych rzeczy na pamięć. Mój rozleniwiony umysł ma problem z zapamiętaniem mojego własnego numeru telefonu, więc z pewnością odmówiłby wbicia do głowy nazwy tego i owego ustrojstwa techniki zaawansowanej rozwojowo. Toć ja nawet nie wiem, jak się nazywa zegarek, który mam na ręce!

A tak, zegarek… W tytule artykułu stoi, że będzie o gadżetach Bonda i ich bezużyteczności, a ja tu się rozpisuję nad własnym lenistwem i ospałością umysłu, co nie stawia mnie w dobrym świetle jako recenzenta. Przejdźmy do tych gadżetów.

Dostałem jakiś czas temu od żony zegarek. Tak bez okazji. Żona pojechała odwiedzić Azję Południowo-Wschodnią i obiecała synowi przywieźć jakiś “bajerancki gadżet”. Przywiozła zegarek. Synowi nie przypadł do gustu (zapamiętajcie ten fakt, bo w nim tkwi klucz do tego, co kryje się za tytułem tego artykułu), więc trafił ostatecznie na przegub mojej ręki.

Mówiłem już, że nie pamiętam, nie wiem po prostu, jak się ten zegarek nazywa? Mówiłem. Nie znam nazwy, bo na obudowie nic nie napisano, a opakowania nie było. Zegarek był zafoliowany, w środku była mała karteczka pełna robaczków w chińskim-kantońskim (całe szczęście, że uproszczonym), a sprzedawca na Peking Road w Hong Kongu odmawiał, według zeznań żony, wyjaśnień, a jeśli już coś mówił, to mówił… w chińskim-kantońskim.

Mógłbym powiedzieć, że to, co mam na ręce, to zegarek jak zegarek. Mógłbym, choć gabarytowo wyróżnia się wśród innych zegarków, jakie widziałem, a widziałem ich wiele. Mógłbym, choć nie ma klasycznych wskazówek, nie ma też ekranu ciekłokrystalicznego, jak w zegarkach elektronicznych z lat 80-tych, ale ledowy, kolorowy i na dodatek dotykowy. Mógłbym, bo poza robieniem tego, do czego każdy przyzwoicie wykonany zegarek służy, czyli odmierzaniem i pokazywaniem czasu, ma nieźle napakowany funkcjami kalkulator, notatnik, terminarz i parę innych mniej lub bardziej przydatnych (z punktu widzenia zegarka) bajerów. A, że na tym nie koniec, nie powiem, że to zegarek jak zegarek. Powiem, że to wzorcowy model gadżetu.

Zegarek jest autorskim dziełem chińskich wyrobników, którzy do jego skonstruowania wzięli wszystko, co mieli pod ręką i co akurat produkowali na zlecenie dla światowych koncernów elektronicznych. Do obudowy wielkości trzech kapsli od Frugo poza tym, co już wcześniej wymieniłem, a co raczej nie wzbudza zachwytu z powodu trywialności, ludzie znad Jangcy wepchali jeszcze: walkmana, dyktafon, kamerę wideo, aparat fotograficzny, magnetowid, telewizor, radio, konsolę do gier, pakiet oprogramowania biurowego, przeglądarkę internetową i wszystko to, czego jeszcze nie zdążyłem odkryć lub się do tego dokopać z wrodzonego lenistwa. Obsługuje to coś wszelkie znane i nieznane formaty audio i wideo, rozpoznaje mowę, pismo i nie zdziwiłbym się, że zapach też rozpoznaje. A! Ma jeszcze baterię rozmiarów krążka hokejowego, która pozwala na pracę przez bity tydzień. Bond by się zsikał na jego widok!

Do dziś jest dla mnie zagadką, jak Chińczykom udało się wcisnąć cały ten staf do w końcu ograniczonej pojemnościowo obudowy. Nie wiem – zipowali to, potem zrarowali, rara znow zzipowali, potem to udeptali nogami jak kapustę kiszoną, przejechali walcem kilka razy, sprasowali w walcowni blachy i na koniec dla pewności znów zzipowali i zrarowali. Cokolwiek by nie zrobili, obudowa zegarka jakoś nie trzeszczy pod naporem rozpychających się w jej wnętrzu bajerów. Bajerów. Właściwe słowo.

Kiedyś położyłem opisywany zegarek na stole, a obok poukładałem wszystko to, co on ma w środku. Wokół zegarka leżała kamera wideo, aparat cyfrowy, odtwarzacz empetrójek i kilkanaście innych rzeczy. Gapiłem się na tę ekspozycję z przejęciem i doszedłem do wniosku, że każde z położonych obok zegarka urządzeń świetnie spisuje się w roli, do której zostało stworzone. Kamera kręci świetnej jakości filmy (i robi tylko to), aparat fotograficzny cyka porządne zdjęcia (i robi tylko to), empetrójka odtwarza muzykę z kapitalną jak na moje potrzeby jakością (i robi tylko to). I tak dalej. W środku leżał wypasiony “bajerancki gadżet” w postaci zegarka, który ma w sobie wszystkie urządzenia świata i robi wszystko poza parzeniem kawy (pewności nie mam) i zmywaniem naczyń (nie próbowałem), ale filmy nakręci jakości takiej, że się tylko rozpłakać, nagrywa podobnej jakości dźwięk, a z pism i mowy rozpoznaje tylko… chiński-kantoński. A i to z błędami.

Trochę się nie dziwię, że zegarek nie przypadł do gustu mojemu synowi. Ocenił go surowo – nie dość, że wszystko robi fatalnie, to jeszcze jest tak niewygodny w obsłudze, że wstyd. Pisałem, że mój zegarek to wzorzec gadżetu? Pisałem. Jest to wzorcowy wzorzec gadżetu – napakowane ma w sobie, co się tylko da, teoretycznie może nawet po piwo skoczyć, ale w praktyce nic nie potrafi zrobić. Całe szczęście, że pokazuje, która jest godzina. Ponoć robi to dokładnie, bo synchronizuje się w tym celu z jakimś centrum synchronizacji chińskich zegarków szpiegowskich.

Widzicie, jaki ze mnie dociekliwy, wnikliwy, rzetelny i obiektywny recenzent – taki, jak z Daewoo Matiza opancerzony wóz bojowy piechoty. Nie dowiedzieliście się ani jakiej marki zegarek opisałem, ani jaki to model, ani jaki ma na pokładzie procesor (jakiś chyba ma), ani jak wielką ma pamięć (mieć musi), ani jaka jest rozdzielczość ekranu, jaka matryca w kamerze, ani jakie rodzaje plików obsługuje. Zero faktów, co przekreśla mnie, jako recenzenta. Dowiedzieliście się tylko, co i bez mojej pomocy wiecie, że bajeranckie gadżety służą li tylko bajerowaniu, co w mojej młodości nazywało się “szpanowaniem”, a co pozwoliłem sobie przed szanownym gronem Czytelników z premedytacją pouprawiać. Poza comming outem.

Tomasz Wawrzyczek: Rocznik 69. Z wykształcenia programista o specjalizacji „programowanie maszyn matematycznych” (takie były kiedyś specjalizacje). Z pasji projektant i fotograf. Z zawodu: projektant wzornictwa przemysłowego w zakresie GUI. Z życia członek rodziny. Z mieszkania w Rybniku.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst