Hazardzista Trump przebudowuje świat. W tym szaleństwie jest metoda

Donald Trump nie prowadzi chaotycznej polityki – twierdzi Piotr Wójcik, autor książki "Trumponomika" – tylko realizuje spójną, choć brutalną strategię przebudowy globalnego porządku gospodarczego. Problem w tym, że robi to metodami, które mogą zniweczyć własne cele. Rozmawiamy o tym, czym jest trumponomika, kto na niej zyskuje i jak w nowej rzeczywistości powinna odnaleźć się Europa.

Hazardzista Trump przebudowuje świat. W tym szaleństwie jest metoda

Czy Donald Trump to nieprzewidywalny polityk, czy raczej konsekwentny strateg? W debacie publicznej dominuje obraz impulsywnego lidera, który działa bez planu. Jednak – jak przekonuje Piotr Wójcik, autor książki "Trumponomika" – za pozornym chaosem kryje się konkretna wizja: odbudowa potencjału produkcyjnego Stanów Zjednoczonych i utrzymanie ich dominacji w świecie, który wchodzi w nową fazę globalnego ładu gospodarczego.

Ta strategia opiera się na twardej rywalizacji z Chinami, redefinicji zasad handlu międzynarodowego i wykorzystaniu przewagi dolara oraz amerykańskiego kapitału. Jednocześnie jej koszty ponoszą przede wszystkim najbiedniejsi Amerykanie – rosną ceny, pogłębiają się nierówności, a polityczne obietnice poprawy ich sytuacji okazują się w dużej mierze retoryką.

W rozmowie pojawia się też kluczowe pytanie: gdzie w tym wszystkim jest Europa? Czy rzeczywiście jest słaba, czy raczej nie wykorzystuje własnego potencjału? Jak powinna reagować na agresywną politykę gospodarczą USA – i czy powinna szukać nowych sojuszy, np. z krajami Mercosur, Indiami czy Japonią?

To rozmowa nie tylko o Trumpie, ale o świecie, który właśnie się zmienia – i o tym, kto w tej zmianie może zyskać, a kto stracić.

 class="wp-image-5741015"
Piotr Wójcik, autor książki "Trumponomika". Fotografia: Jakub Szafrański.

Donald Trump jawi się jako taki zręczny biznesmen, lider i większość osób komentujących widzi w tym…

Szachy 5D.

Wielu widzi "szachy 5D" to jeszcze pół biedy ale wielu widzi po prostu pomarańczowego furiata, który jednego dnia robi jedną rzecz, drugiego dnia robi drugą. Wydaje się to bezsensowne. A ty mówisz w swojej książce, że w tym szaleństwie jest metoda i stawiasz tezę, że jest w tym specyficzna logika oraz sens. Używasz tam pojęcia "trumponomika". Więc powiedz mi: po pierwsze czy faktycznie w tym szaleństwie jest metoda? I czym jest ta trumponomika?

Trumponomikę trzeba podzielić na strategię i taktykę. To "szaleństwo", które jest powszechnie dostrzegane, to taktyka, którą Trump przyjął do realizacji określonej strategii. Sama strategia została tak naprawdę opracowana przez Zoltana Pozsara i Stevena Mirana – piszę o nich sporo. To oczywiście nie są jedyne nazwiska, bo pojawia się też Elbridge Colby w kontekście geopolityki, ale jeśli chodzi o czystą ekonomię, to kluczowi są właśnie Pozsar i Miran.

Steven Miran jest dziś członkiem Rady Gubernatorów Fed – został tam powołany przez Trumpa. Zoltan Pozsar to z kolei ekonomista, wcześniej związany m.in. z Credit Suisse. Ich zasadniczym założeniem jest zmiana globalnego porządku gospodarczego w taki sposób, żeby Stany Zjednoczone miały jeszcze bardziej uprzywilejowaną pozycję.

Pozsar zaproponował podział powojennego systemu na trzy etapy. Najpierw mieliśmy oryginalny system Bretton Woods, stworzony przez Keynesa i Harry’ego Dextera White’a. Ten system załamał się, gdy prezydent Nixon odszedł od parytetu złota. Wtedy powstał tzw. Bretton Woods II, który w praktyce trwa do dziś.

Ten drugi system opiera się na płynnych kursach walutowych, ale dolar zachował swoją uprzywilejowaną pozycję jako globalna waluta rezerwowa. To dawało Stanom Zjednoczonym ogromne korzyści – mogły emitować dolara na wielką skalę i finansować import, podczas gdy kapitał szerokim strumieniem napływał do ich gospodarki.

I dolar był też podstawową walutą transakcji międzynarodowych, więc to ogromny przywilej.

Tak – szczególnie w handlu ropą, bronią, ale też w rezerwach walutowych. Problem polega na tym, że właśnie przez tę uprzywilejowaną pozycję dolar był bardzo silny. A silny dolar doprowadził do deindustrializacji Stanów Zjednoczonych i powstania wielu patologii.

Dlaczego silny dolar uderzył w przemysł?

Bo przy silnym dolarze po prostu nie opłaca się produkować. Bardziej opłaca się importować towary niż wytwarzać je w kraju. Dodatkowo, od czasów Bretton Woods, instytucje takie jak MFW i Bank Światowy – tworzone i kontrolowane przez Amerykanów – promowały wolny handel i niskie cła. To jeszcze bardziej ułatwiało przenoszenie produkcji za granicę.

Do tego dochodzi otwarcie Chin, które zaczęły przyciągać inwestycje. Po 1989 roku otworzyła się Europa Środkowo-Wschodnia. Wcześniej rozwijała się Korea Południowa, później Malezja i cała Azja Południowo-Wschodnia. Meksyk również odegrał swoją rolę. Produkcja masowo przenosiła się poza Stany, bo tam była po prostu tańsza.

To doprowadziło do szeregu patologii: pauperyzacji klasy robotniczej, ale przede wszystkim do ogromnej finansjalizacji gospodarki. Giełda w relacji do PKB była bardzo napompowana. Bardziej opłacało się prowadzić działalność finansową niż realną produkcję.

Do tego dochodziły liberalne reformy Ronalda Reagana, które pogłębiały te procesy. Oczywiście Amerykanie mogli temu przeciwdziałać – mogli wprowadzić bardziej egalitarną dystrybucję dochodów, finansować usługi publiczne, jak darmowa edukacja czy ochrona zdrowia. Ale tego nie zrobili. Te środki trafiały głównie do wąskiej grupy najbogatszych.

Więc te patologie były w pewnym sensie naturalnym efektem systemu, ale można było je ograniczyć odpowiednią polityką wewnętrzną.

Pozsar zauważył też, że kolejne kryzysy – azjatycki, finansowy z 2008 roku i pandemiczny – podkopały zaufanie do fundamentów tego systemu: najpierw do kursów walutowych, potem do stóp procentowych, a w pandemii wręcz do samej wartości pieniądza. Postawił więc tezę, że Bretton Woods II się kończy i nadchodzi Bretton Woods III. A kluczowe jest to, żeby w tym nowym systemie Stany Zjednoczone zajęły możliwie najlepszą pozycję.

Tu jest mnóstwo wątków, do których jeszcze wrócimy zwłaszcza kwestia rynków finansowych ale spróbujmy to uporządkować w czasie. Mamy system powojenny: lata 50. i 60., dynamiczny rozwój dobrobytu w Stanach Zjednoczonych, do którego dziś odwołuje się amerykańska prawica, w tym Trump.

Tak – i to wynikało z bardzo konkretnej sytuacji. Europa Zachodnia i Japonia były zniszczone wojną, więc Amerykanie mieli ogromne nadwyżki handlowe. Tamte gospodarki nie były w stanie konkurować produkcyjnie.

Dzięki temu w USA powstała silna klasa średnia – ten słynny model: dom na przedmieściach, samochód, jedna pensja wystarczająca do utrzymania rodziny. Ale to zaczęło się kończyć, gdy Europa i Japonia się odbudowały. Wtedy to one zaczęły eksportować do Stanów tańsze towary i notować nadwyżki handlowe.

Trumponomikę trzeba podzielić na strategię i taktykę. To "szaleństwo", które jest powszechnie dostrzegane, to taktyka, którą Trump przyjął do realizacji określonej strategii. Ilustracja: Shutterstock/Master1305

Czyli mamy dynamiczny rozwój Japonii w latach 70., pojawienie się "azjatyckich tygrysów" i odbudowę Europy zwłaszcza Niemiec.

Tak, ale też Francji, północnych Włoch, Wielkiej Brytanii. Wtedy to Amerykanie zaczęli notować deficyt handlowy, a ich partnerzy – nadwyżki. Coraz trudniej było też utrzymać parytet dolara w złocie, bo w obiegu było go po prostu za dużo.

Kraje zaczęły to dostrzegać i domagać się wymiany dolarów na złoto. Wielka Brytania wysłała nawet okręt po swoje rezerwy. Amerykanie coraz częściej odmawiali. W pewnym momencie pokrycie dolara złotem było już iluzoryczne.

I wtedy, w 1971 roku, Nixon zawiesił wymienialność dolara na złoto. Proces przejścia do nowego systemu chwilę trwał, ale ostatecznie porozumienie jamajskie z 1975 roku zakończyło Bretton Woods I i wprowadziło Bretton Woods II – system płynnych kursów walutowych, z dolarem jako główną walutą rezerwową.

I wtedy zaczynają się te procesy, o których mówiłeś deindustrializacja i finansjalizacja.

Dokładnie. Do tego dochodzą rosnące nierówności i pauperyzacja klasy robotniczej. Próbowano temu przeciwdziałać – na przykład w 1985 roku poprzez tzw. Plaza Accord, kiedy administracja Reagana wymusiła aprecjację jena i funta, żeby osłabić dolara.

Jen umocnił się o około 50 proc., funt o 30 proc.. To jednak nie zatrzymało systemu – choć mocno uderzyło w Japonię, która do dziś zmaga się ze skutkami tamtej decyzji.

System oparty na płynnych kursach okazał się też mniej stabilny. Pojawiały się kolejne kryzysy: azjatycki, pęknięcie bańki dotcomów, kryzys finansowy 2008 roku. Ten ostatni wynikał w dużej mierze z modelu gospodarki opartego na kredycie – co było konsekwencją finansjalizacji.

System stopniowo się degenerował. Pandemia i późniejsze bariery podażowe tylko przyspieszyły ten proces…

Tu pandemia dokładnie pokazała, jakie są rzeczywiste konsekwencje deinstitucjonalizacji tych powiązań i uzależnienia od łańcuchów dostaw…

Tak – bo to jest efekt systemu "just in time" i szerzej: globalizacji, na którą Amerykanie bardzo mocno postawili. A potem doszedł jeszcze jeden element – wojna w Ukrainie. Ona odcięła Rosję od zachodnich rynków i w praktyce stworzyła podwójny obieg gospodarczy. Rosja zaczęła sprzedawać swoje surowce gdzie indziej – głównie do Chin i Indii. I to właśnie Indie oraz Chiny zyskały przewagę nad Zachodem, bo mogły kupować te surowce taniej.

I w tym momencie – mówimy o 2022 roku – Zoltan Pozsar opublikował swoją koncepcję "Bretton Woods III". Wtedy pracował jeszcze w Credit Suisse. Postawił tam tezę, że powstaje nowy system, w którym zaufanie do walut jest na tyle niskie, że zabezpieczeniem nie będą już inne waluty, tylko zasoby. Czyli o sile waluty i gospodarki będzie decydował dostęp do surowców.

I tutaj dochodzimy do takiej klamry… bo nagle ta logika Trumpa Wenezuela, Grenlandia, teraz Iran zaczyna wyglądać zupełnie inaczej.

Tak. Do tego jeszcze umowa surowcowa z Ukrainą.

Właśnie. Czyli to wszystko zaczyna mieć sens i nie jest aż tak chaotyczne, jak mogłoby się wydawać?

Na poziomie strategicznym – absolutnie nie jest chaotyczne. To jest próba realizacji tej koncepcji Pozsara, czyli zabezpieczania dostępu do zasobów.

Natomiast Steven Miran dołożył do tego coś w rodzaju „instrukcji obsługi”,  jak tę zmianę przeprowadzić, żeby Amerykanie na tym zyskali. I wskazał kilka kluczowych elementów.

Po pierwsze: system oparty na zasobach i to jest fundament. Po drugie: zmiana relacji handlowych, czyli coś, co on nazwał "Mar-a-Lago Accord" – nawiązując do Plaza Accord z lat 80. Chodziło o renegocjację umów handlowych i przywrócenie ceł — najlepiej jednostronnie – tak, żeby promować amerykańską produkcję.

Bo przed Trumpem te taryfy były bardzo niskie. Na przykład między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi średnia stawka wynosiła około 1 proc.

Czyli można powiedzieć, że Trump postanowił "uregulować" wolny rynek… i zaczął sterować tą niewidzialną ręką rynku?

Tak – tylko w taki sposób, żeby uprzywilejować Amerykę. Przykładowo: model jednostronny – Unia znosi taryfy, a Stany nakładają na Unię 15 proc.. Podobnie wobec Japonii, Korei czy Wielkiej Brytanii.

Chodziło o to, żeby zmienić relacje taryfowe tak, aby opłacało się produkować w Stanach i eksportować stamtąd.

No dobrze, ale tu pojawia się problem. Jak chcesz wspierać lokalną produkcję, skoro przez dekady ją zdemontowałeś?

Właśnie poprzez te taryfy. One miały zmusić producentów do przenoszenia produkcji do Stanów. Jeśli sprzedajesz z zagranicy i płacisz cła – to się przestaje opłacać. Więc bardziej racjonalne staje się zbudowanie fabryki w USA i sprzedaż na miejscu.

Przykładem może być Hyundai – firma zaczęła inwestować w zakłady produkcyjne w Stanach. Mechanizm jest prosty: zamiast eksportować z Korei, budujesz fabrykę w USA i unikasz taryf.

W ten sposób miało dojść do "powrotu" przemysłu nad Potomak.

Drugi element to relacje walutowe. Czyli coś podobnego do Plaza Accord – osłabienie dolara względem innych walut. Trump próbował to robić m.in. poprzez naciski na Fed, żeby obniżał stopy procentowe.
I faktem jest, że w 2025 roku dolar się osłabił – na przykład wobec złotego o kilkadziesiąt groszy, momentami prawie o złotówkę.

Trzeci element jest kluczowy: utrzymanie globalnej roli dolara. Bo oni doskonale rozumieli, jak wielką wartością jest to, że dolar jest walutą rezerwową.

Więc jednocześnie chcieli wymuszać na partnerach handlowych kupowanie amerykańskich obligacji. A jeśli ktoś by się opierał – to Miran wprost sugerował użycie narzędzi geopolitycznych, w tym siły militarnej. Czyli: jeśli nie chcecie grać według naszych zasad, to możecie stracić amerykański parasol bezpieczeństwa.

I to widać w polityce Trumpa – rola armii USA jest w tym wszystkim bardzo istotna.

Czyli takie twarde postawienie sprawy: albo zgadzacie się na nasze warunki, albo…

Albo ponosicie konsekwencje. Na przykład straszenie zajęciem Grenlandii.

Czyli ta cała retoryka ma bardzo konkretny wymiar ekonomiczny. I wracamy do punktu wyjścia: Trump myśli jak biznesmen. Jest dealmakerem. Cała jego polityka to w uproszczeniu robienie pieniędzy. Tyle że momentami przypomina to działania gangsterskie.

Bo to, o czym mówimy, to poziom strategii. Natomiast na poziomie taktyki Trump działa zupełnie inaczej, niż zakładał Miran. On sugerował podejście stopniowe, bilateralne, ostrożne – takie, które nie niszczy zaufania partnerów. A Trump działa jak agresywny biznesmen z Nowego Jorku.

Rzuca ekstremalne żądania, potem się z nich częściowo wycofuje, schodzi do niższego poziomu – który nagle wydaje się "rozsądny", choć wcześniej nikt by go nie zaakceptował.

Trochę jak w kampanii wyborczej – flooding the zone, zalewanie przestrzeni informacyjnej komunikatami…

Dokładnie. I to działa – zarówno w infosferze, jak i w polityce.

Choć są też przykłady, które chyba nie do końca pasują do tej logiki. Na przykład Iran…

Tak – wojna z Iranem to trochę inna historia. Z punktu widzenia trumponomiki była po prostu nieracjonalna. W dużej mierze została wymuszona przez Izrael.

Trzeba pamiętać, że Trump ma bardzo silne powiązania z Izraelem – choćby przez Jareda Kushnera. Ma też dobre relacje z Netanjahu. I to izraelska administracja przekonywała, że Iran stanowi bezpośrednie zagrożenie. Trump nie chciał dopuścić do sytuacji, w której Izrael byłby bezbronny. Ale jednocześnie nie wierzył, że uda się przejąć irańskie zasoby – więc to nie była klasyczna operacja "trumponomiczna", jak np. potencjalna akcja w Wenezueli.

Zresztą ta tzw. wojna dwunastodniowa też nie miała na celu przejęcia zasobów – oficjalnie chodziło o zniszczenie programu nuklearnego Iranu. Są też teorie, że chodziło o coś bardziej doraźnego – np. wyczerpywanie się izraelskich systemów obrony przeciwrakietowej i ryzyko eskalacji nuklearnej.

Czyli podsumowując nie wszystko da się włożyć w tę jedną ramę…

Tak. Ale wiele elementów – jak Wenezuela czy Grenlandia – idealnie do niej pasuje.

No dobrze, tylko wracając jeszcze do tej różnicy między strategią a taktyką… Bo Miran mówił: działać stopniowo, nie niszczyć zaufania. A tymczasem mamy sytuację, w której nawet Ursula von der Leyen mówi wprost, że na USA nie można liczyć. I są badania – nawet w Polsce – pokazujące, że zaufanie do Stanów spadło z 80 proc. do około 40 w ciągu dwóch lat.

Tak – i to jest właśnie efekt tej taktyki Trumpa. On realizuje strategię Pozsar i Mirana… ale robi to w stylu nowojorskiego biznesmena. Jego modus operandi jest prosty: obstawić wszystko, co się da, i zobaczyć, co zadziała. Rzuca 20 pomysłów — trzy „siadają”, resztę porzuca.

Bo może.

Bo może. Ma zasoby, jest prezydentem największego mocarstwa. To trochę jak hazardzista, który ma ogromną liczbę żetonów – stawia na wszystko i wie, że coś w końcu wygra.

Tak, tylko wiesz to wszystko wynika z pozycji Stanów Zjednoczonych. Tyle że ona jest w pewnym sensie specyficzna. Bo okej to jest bogaty kraj, często mówi się: najbogatszy, z najlepszą armią świata, ogromnym majątkiem, potężnym soft power… Ale z drugiej strony to jest też kraj ogromnych nierówności i biedy. Jak zachorujesz i nie masz kasy, to zaraz zmiecie cię z planszy.

I Walter White musiał wejść w nową branżę.

Tak, dokładnie.

Zresztą był taki mem: "Breaking Bad w Kanadzie" – Walter White dowiaduje się, że jest chory… idzie do lekarza… koniec historii.

Dokładnie. To jest świetna ilustracja tego zjawiska. I teraz pytanie: czy Stany Zjednoczone są nadal aż tak potężne?

Problem polega na tym, że Trump w ogóle nie zachowuje się jak polityk. On zachowuje się jak bardzo agresywny biznesmen. Do tego ma ogromną butę, parcie na szkło.

Nie wiem, czy widziałeś film Mickey 17 – tam była taka postać będąca mieszanką Elona Muska i Donalda Trumpa. W jednej ze scen, kiedy bohaterowie podbijają planetę, ten gość jedzie z karabinem na jakąś potężną istotę i krzyczy: "Dobrze wyglądam? Dobrze wyglądam?" – byle ujęcia były dobre.

I Trump ma dokładnie coś takiego. On chce być w centrum uwagi, jest przekonany o własnej racji, działa impulsywnie. I to bardzo szkodzi polityce Stanów Zjednoczonych. Bo gdyby strategię Pozsara i Mirana…

…która z punktu widzenia Ameryki nie jest taka zła…

…gdyby ją realizował ktoś, kto zachowuje się jak klasyczny polityk – na przykład republikanin starej daty. Nawet ktoś taki jak Marco Rubio – bo to jest jednak typowy polityk.

Bo taki J.D. Vance to już trochę inna historia – to bardziej ktoś ze świata technologiczno-biznesowego, kto wszedł do polityki. A Trump ma jeszcze tę całą otoczkę showmana – reality show, potrzeba bycia w centrum, ciągłego przyciągania uwagi.

On obraża innych przywódców – premiera Kanady nazywał gubernatorem, potrafi obrażać całe państwa. Zachowuje się jak agresywny, bucowaty deweloper z Nowego Jorku. A to jest specyficzna branża, zresztą.

I problem polega na tym, że polityka międzynarodowa rządzi się zupełnie innymi zasadami niż biznes. Jest dyplomacja, jest pewna "kultura gry", pewna przewidywalność. Reagan też próbował podobnych rzeczy – ale robił to zupełnie inaczej. Zachowywał się jak polityk, nie tracił zaufania partnerów.

Trump ma to gdzieś. Przeniósł logikę biznesową do polityki międzynarodowej – i przez to, moim zdaniem, ta polityka może się po prostu nie udać.

Czyli to nie jest tak, że on robi to świadomie że dostosowuje styl do współczesnych czasów, buduje wizerunek nieprzewidywalnego, agresywnego lidera? Bo można by pomyśleć, że to jest element strategii że lepiej dogadać się z kimś, kto wydaje się nieobliczalny, niż ryzykować konfrontację.

Problem w tym, że to prowadzi do kompletnie nietrwałych rozwiązań. Te wszystkie umowy handlowe – one często w ogóle nie były formalnymi umowami. Trump wprowadzał je poprzez rozporządzenia, wykorzystując ustawę IEEPA, po wcześniejszym ogłoszeniu stanu wyjątkowego na granicy z Meksykiem.

Ta ustawa daje prezydentowi bardzo szerokie uprawnienia i pozwala omijać Kongres. I on z tego korzystał – dzień po dniu wydawał kolejne decyzje, na przykład w konflikcie handlowym z Chinami, gdzie cła dochodziły nawet do 140 proc..

To jest kompletnie nietrwałe. Przyjdzie kolejny prezydent i to wszystko cofnie. Partnerzy handlowi nie mogą tego traktować poważnie. Miran chciał czegoś odwrotnego – trwałych umów bilateralnych, zatwierdzanych przez parlamenty, z pełną procedurą. A Trump potrafił ogłaszać cła na poziomie 50 proc. na Brazylię i przy okazji pokazywać listy: "tu do Filipin, tu do Wietnamu…" – jakby rozsyłał zawiadomienia.

To nie jest stabilna polityka. To może się rozpaść jeszcze przed końcem jego kadencji. Co więcej – sposób, w jaki on to robi, uderza w jego własną bazę wyborczą. Bo jemu wcale nie chodzi o odbudowę klasy pracującej.

Na poziomie deklaracji jak najbardziej.

Tak, retorycznie – oczywiście. Ale realnie chodzi o odbudowę potencjału produkcyjnego Stanów Zjednoczonych, żeby rywalizować z Chinami. Nie o poprawę warunków życia pracowników. Przykład: zniósł regulację Bidena dotyczącą płacy minimalnej w zamówieniach publicznych – 17 dolarów za godzinę. Zlikwidował wiele instytucji regulacyjnych, także tych chroniących środowisko.

No i była też sprawa szefowej Bureau of Labor Statistics…

Tak – szefową biura Trmup zdymisjonował, bo uznał, że publikuje "złe dane".

Więc mamy z jednej strony hasło "Make America Great Again", puszczanie oka do klasy ludowej, co było widać choćby w Rust Belt, gdzie miał duże poparcie – a z drugiej strony "Big Beautiful Bill", czyli reforma podatkowa korzystna dla najbogatszych. Więc jemu nie chodzi o ludzi. Jemu chodzi o zdolność produkcyjną państwa. Jeśli pracownicy będą pracować za 5 dolarów – tym lepiej, bo produkcja będzie tańsza.

Na poziomie deklaracji Trump chce pomóc klasie ludowe, w rzeczywistości służy biznesowi. Ilustracja: Shutterstock/Master1305

No dobrze, ale wtedy pojawia się problem: jeśli nawet powstaną nowe miejsca pracy, to tym ludziom i tak niewiele z tego skapnie.

W krótkim okresie oni wręcz stracą – przez cła, które podnoszą ceny. A największe taryfy zostały nałożone na kraje takie jak Wietnam, Kambodża czy Bangladesz – czyli producentów taniej odzieży. Czyli dokładnie tam, skąd pochodziły towary kupowane przez najbiedniejszych Amerykanów. Więc oni tracą podwójnie: na inflacji i na polityce fiskalnej.

Do tego dochodzi jeszcze polityka migracyjna. Usuwanie migrantów czyli ludzi, którzy byli skłonni pracować za niskie stawki może sprawić, że Amerykanie będą musieli przejąć te prace. To trochę przypomina debatę w Polsce że migranci "zabierają pracę".

Tu jest paradoks. Z jednej strony antyimigracyjna polityka może pomóc najbiedniejszym Amerykanom, bo zmniejsza konkurencję na rynku pracy. Z drugiej – imigranci są ważni dla funkcjonowania gospodarki.

Na przykład przy budowie fabryki Hyundaia – tam pracowali właśnie migranci. Więc ich usuwanie utrudnia reindustrializację. Natomiast sama retoryka antyimigracyjna była raczej oparta na wątku przestępczości – i to trafiało do jego elektoratu.

Chciałbym jeszcze dodać jeden wątek trochę poboczny względem książki, ale ważny. Relacja Trumpa z Big Techami. Czy można powiedzieć, że nowym "surowcem" jest dziś sztuczna inteligencja? Moc obliczeniowa? Trump rywalizuje z Chinami i widzi, że przegrywa więc stawia na AI?

Tak – i to też może uderzyć w pracowników.

A jeśli chodzi o współpracę z wielkim biznesem – jest też taka teza, że wzrost cen ropy nie jest dla niego problemem. Bo zwiększa zyski firm takich jak ExxonMobil czy ConocoPhillips. Ameryka jest dziś jednym z głównych dostawców surowców – choćby do Europy – więc wysokie ceny mogą być korzystne dla dużych korporacji.

Czyli problem dla konsumenta, ale niekoniecznie dla systemu?

Dokładnie. Choć ja nadal uważam, że np. wojna z Iranem była raczej efektem nacisków Izraela niż elementem tej strategii.

No dobrze ale mamy jeszcze jeden fakt: 10 proc. najbogatszych Amerykanów zwiększyło swoje dochody o 20 procent. Nierówności rosną. Czy Trump jest w stanie nad tym zapanować?

Ja stawiam tezę, że on nawet nie dotrwa do momentu, w którym mogłyby się pojawić jakieś pozytywne efekty jego polityki. Jego własna baza może go wcześniej "wywieźć na taczkach".

Przed nami wybory środka kadencji – i wiele wskazuje na to, że Republikanie stracą Kongres. A bez tego nie będzie w stanie realizować swojej polityki.

Czyli nawet jeśli najbogatsi zyskują…

…to nie znaczy, że społeczeństwo nie reaguje. Były demonstracje – po wprowadzeniu ceł, po tzw. „dniu wyzwolenia”, kiedy objął nimi praktycznie cały świat, łącznie z niezamieszkanymi wyspami.

Były protesty w Minnesocie po brutalnych akcjach, były reakcje na wypowiedzi J.D. Vance’a. Amerykanie to społeczeństwo bardzo wolnościowe. I potrafią się buntować.

Nawet teraz to widać – widziałem ostatnio badania, z których wynika, że najbiedniejsi Amerykanie nie zamierzają głosować… bodajże 30 proc. badanych deklaruje, że nie poprze ponownie republikańskiego kandydata na prezydenta. Ale trochę odchodząc od Stanów Zjednoczonych i wracając tutaj — do Europy. Wiemy już, czym jest trumponomika, wiemy, że mamy do czynienia z politykiem, który z jednej strony sprawia wrażenie szaleńca, a z drugiej próbuje realizować całkiem racjonalny pomysł…

Cyniczny, ale mający ręce i nogi.

Tak cyniczny, niehumanitarny, ale jednak spójny. No dobrze, jesteśmy w Europie. Co my możemy zrobić? Dwie kwestie. Po pierwsze: skoro zdajemy sobie sprawę, że nie mamy do czynienia ze "zwykłą" polityką. Po drugie: Europa faktycznie jest tak słaba, jak się ją często przedstawia?

Nie, nie jest słaba. Natomiast pierwsze, co powinniśmy robić, to szukać nowych partnerów. Na przykład umowa z Mercosurem jest bardzo dobrym ruchem, bo otwiera przed nami nowe możliwości. To jest kilkusetmilionowy rynek – może mniej zamożny niż Stany Zjednoczone, ale posiadający ogromne zasoby, choćby metali ziem rzadkich.

Po drugie, możemy uderzyć w usługi. Amerykanie są gigantem eksportu usług – platformy streamingowe, cyfrowe, technologiczne. To wszystko można regulować i opodatkowywać.

To jest dyskusja, która trwa od dawna opodatkowanie Big Techów, zmuszenie ich do płacenia uczciwych podatków. Wspomniałeś o Mercosurze i tu mam pytanie. Czy krytyka tej umowy, którą widzimy w Europie szczególnie w Polsce i we Francji może być inspirowana z zewnątrz? Na przykład przez Stany Zjednoczone… albo nawet Rosję? Bo osłabienie Unii Europejskiej leży w interesie jednych i drugich.

Moim zdaniem główne źródło sprzeciwu jest jednak wewnętrzne.

Weźmy Polskę – tutaj problem polega na tym, że rolnicy mają nieproporcjonalnie dużą siłę lobbystyczną. Wciąż funkcjonuje przekonanie, że Polska jest krajem rolniczym… Ale nawet na wsi tylko około 10 proc. aktywnych zawodowo pracuje w rolnictwie. Ja pochodzę z Beskidów – tam praktycznie nikt się rolnictwem nie zajmuje. Warsztaty, małe firmy, usługi.


Więc to przekonanie, że musimy za wszelką cenę bronić rolnictwa, jest w dużej mierze irracjonalne. Wynika z siły tej grupy i pewnych historycznych sentymentów – choćby mitu „spichlerza Europy”.

Oczywiście, jakaś inspiracja z zewnątrz mogła się pojawić, ale kluczowy jest oddolny opór grup, które przedstawiają się jako ważniejsze, niż faktycznie są. Tak było też przy Zielonym Ładzie, wcześniej przy górnikach – którzy również potrafili wymuszać decyzje polityczne.

A tymczasem Mercosur daje nam ogromny rynek zbytu, dostęp do surowców i potencjalnych sojuszników politycznych. Wolny handel zbliża państwa. Zresztą kulturowo te kraje są nam bliższe, niż się wydaje – Buenos Aires, Montevideo, São Paulo… do tego ogromna diaspora europejska i polska, zwłaszcza w Brazylii czy Argentynie.

Dlatego zbliżenie z Mercosurem ma sens. Podobnie jak próby umowy handlowej z Indiami.

Czyli Unia Europejska powinna stawiać na Mercosur, Indie… A co z Chinami? Czy w tej układance jest dla nich miejsce?

Moim zdaniem – nie. Europa sama określa Chiny jako "systemowego rywala" i ja się z tym zgadzam. Powinniśmy ograniczać ich obecność – choćby w sektorze motoryzacyjnym. Były przecież zarzuty dotyczące szpiegostwa przez systemy w samochodach. Chiny i Rosja: tutaj trzeba zachować dużą ostrożność. Bardziej powinniśmy się orientować na tzw. globalne Południe oraz państwa rozwinięte spoza Europy.

Tylko że w Afryce oddaliśmy pole Chinom.

Tak, i częściowo Rosji – choćby przez działalność grupy Wagnera. Afryka jest trudnym kierunkiem. Bardziej realne są relacje z krajami Maghrebu, jak Algieria. Ale kluczowe są inne kierunki: Japonia, Korea Południowa, Australia, Kanada. Japonia to szczególnie ważny partner – niezwykle silne państwo, które w razie potrzeby mogłoby bardzo szybko stać się potęgą nuklearną.

Chciałbym jeszcze zapytać o Rosję. W tej nowej układance kraj biedny technologicznie, ale bogaty surowcowo. Czy Rosja może odegrać większą rolę? Czy przejście do nowego systemu gospodarczego "Bretton Woods III" nie wzmacnia jej pozycji?

To zależy od kształtu tego systemu. Rosja ma ogromne zasoby – to jej największy atut. Ale jeśli odcina się od rynków zbytu i uzależnia od jednego odbiorcy, czyli Chin, to w praktyce sama się osłabia. To kraj, który mógłby być znacznie bogatszy, ale jest sparaliżowany przez oligarchiczny system, korupcję i postsowiecką mentalność. Zasoby są jej siłą, ale sposób zarządzania państwem – ogromnym ograniczeniem.

Na koniec Chiny. Mamy efekt polityki jednego dziecka, mamy spowolnienie po pandemii. Czy ich model się wyczerpuje?

Problem Chin polega na tym, że nadal prowadzą agresywną politykę podażową. Mówią o „umiarkowanym dobrobycie”, ale w praktyce inwestują w produkcję i eksport, zamiast wzmacniać popyt wewnętrzny. To prowadzi do nadprodukcji i problemów takich jak "miasta widma". To paradoks – kraj nominalnie socjalistyczny, który ma jedne z najniższych wydatków socjalnych na świecie.

Bez zmiany w stronę polityki popytowej ten model może się wyczerpać.

Czyli ta strategia może się dla nich źle skończyć zwłaszcza jeśli dojdzie do konfliktu o Tajwan?

Nie jestem przekonany, że Chiny zdecydują się na rozwiązanie militarne. Ich celem jest zjednoczenie, ale raczej drogą dyplomatyczną.

Postrzegają Tajwańczyków jako część własnego narodu, więc siłowe rozwiązanie byłoby dla nich bardzo ryzykowne.