Nowe kopalnie, stare problemy. Pożerają prąd, wysysają wodę i niszczą krajobraz

Rosnący kolos przemysłu karmi się nie tylko węglem i stalą, ale także ludzką krzywdą. Niesie nie tylko szansę na awans społeczny, lecz także degradację środowiska i traumę wysiedleń tych, którzy pod jego stopami utracili domy. I choć zmieniają się ustroje polityczne i gospodarcze, to jedno pozostaje bez zmian: ten kto za postęp zapłacił najwyższą cenę otrzymuje najmniejszy kawałek tortu. 

fot. shutterstock / muratart

Dla jednych był to czas wielkiej modernizacji, dla innych – koniec świata. Mowa o odbudowie kraju i przemysłu. Polska, która znalazła się po 1945 roku w strefie wpływów radzieckich, miała być krajem robotników. Pod fundamenty ogromnych zakładów, fabryk, hut czy kopalni wycinano połacie lasów, zmieniano biegi rzek, wyludniano całe miejscowości nierzadko zmieniając spore obszary w biologiczną pustynię. Wielkie inwestycje w polskiej ziemi oznaczały jednak zmiany nie tylko w krajobrazie, ale i ludzkiej psychice. O tych bliznach, nie tylko metaforycznych pisze Marta Tomczok, historyczka literatury, obecnie zajmuje się badaniami nad pamięcią o przemyśle ciężkim.

W swojej książce "Blizny", która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne, analizuje dawne dokumenty, przeczesuje archiwa prasowe, czyta dawne książki i pamiętniki, a następnie z reporterską ciekawością podąża śladami dawnych mieszkańców wsi wchłoniętych przez przemysł i wyjaśnia, dlaczego historia wciąż nie jest zamknięta. 

Przygląda się nie tylko szramom pojedynczych ludzi, ale i całych lokalnych społeczności, dla których to, co było dla państwa sukcesem transformacji oznaczało dosłownie apokalipsę. Zastanawia się też, jak echo dawnych wysiedleń oraz ekologicznych zniszczeń rezonuje we współczesnych debatach o energetyce i środowisku.

Szczególnie, że i obecnie mierzymy się z konsekwencjami tamtych decyzji. Począwszy od próbach przywrócenia do życia gigantycznych wyrobisk, spory o transformację energetyczną aż po traumy pokoleniowe mieszkańców, których domy zamieniono w kratery. A przed nami kolejne wyzwania, bo na naszych oczach nowy, cyfrowy przemysł nie do poznania zmienia kolejne krajobrazy przykrywając przestrzeń centrami danych czy gigantycznymi magazynami dla branży e-commerce.

O tym w Magazynie Spider’sWeb+ rozmawiamy z Martą Tomczok, historyczką literatury, badaczką pamięci o przemyśle ciężkim oraz autorką książki "Blizny". Krajobrazy po przemyśle”.

Marta Tomczok, autorka książki "Blizny" Fot. Barbara Kubska
Marta Tomczok, autorka książki "Blizny" Fot. Barbara Kubska

Blizna to tkanka, która zrosła się, ale jest inna od oryginału. Czym były miejsca, które zginęły w odkrywkach, pod przemysłem zanim stały się książkowymi bliznami? 

Zacznę od tego, skąd te tytułowe "blizny", bo ich rodowód wywodzi się z różnych źródeł.

Jednym z nich jest książka szwedzkiej badaczki Anny Storm Post-Industrial Landscape Scars, zajmującej się śladami, jakie zostawiają w krajobrazie elektrownie atomowe; która ona była dla mnie przewodnikiem nie tylko w sposobie pisania, ale i rozumienia przestrzeni. Drugie ważne źródło to fotografie Geralda Grossego, który pokazywał przemiany krajobrazów w Łużycach, czyli na terenie byłej NRD, uwzględniając nie tylko nowe wówczas technologie, ale też zniszczenie środowiska. Chciałam się jednak od tego odbić. Pokazać te polskie blizny, krajobrazy miejsc, dla których rozwój gospodarczy oznaczał apokalipsę, wysiedlenia, zniknięcie. 

Czym więc są blizny?

Przede wszystkim dziurami w ziemi, czyli kopalniami, są oskalpowaną ziemią pod kopalnie odkrywkowe, są ogromnymi zwałowiskami nasuniętymi na wsie, w których wcześniej mieszkali ludzie, czy zalewiskami, które powstają w miejscu wkopów górnictwa odkrywkowego. Są również zarośniętymi, zdziczałymi wioskami, które zostały wysiedlone i stały się pasami ochronnymi zakładów przemysłowych.

Pod huty, kopalnie, elektrownie wycinano ogromne połacie lasów, zmieniano bieg rzek, całe miejscowości i wsie znikały w kraterach albo zamieniały się w sferę katastrofy ekologicznej i pustynie biologicznie. Dlaczego o tych bliznach wcześniej nie mówiliśmy?

Niektórzy mówili, na przykład Antonina Leńkowa w Oskalpowanej ziemi wydanej po raz pierwszy w 1961 roku. Co ciekawe, już perspektywa tekstów autorów z PRL-u pokazywała głęboką refleksję nad kosztami rozwoju przemysłu. Udawało im się przemycić sporo krytyki, dając czytelnikom sugestie, że ten przemysł też niszczy, co w tamtych czasach nie było przecież takie proste ani oczywiste.

Nie było oczywiste ani łatwe, bo władze PRL były przecież, szczególnie w epoce stalinowskiej, autorytarne i specjalnie nie liczyły się z głosem ludu. 

Tak, ale też prawdą jest to, że wiele osób, szczególnie ofiar wysiedleń nie chciało mówić o tym, co przeszli. Doświadczenie tego, że ich miejsca urodzenia, to gdzie żyli, zamieniły się w zwałowiska czy zalewiska, jest nie do ogarnięcia. Nikt im nie mówił, że tak to będzie wyglądać. Nie uczył oswojenia tego, co nastąpi. Dlatego dla wielu to była ogromna trauma, o której z trudnością dziś opowiadają, choć nie czują potrzeby np. walki o odszkodowania.

Czy tamte wysiedlenia różnią się od tego, co teraz przeżywają mieszkańcy miejscowości wysiedlanych np. Pod budowę Centralnego Portu Lotniczego?

I tak, i nie. Jedni i drudzy walczyli lub walczą o to samo, o zachowanie prawa do miejsca urodzenia, choć jednocześnie ich prawo do ziemi i emocji jest kwestionowane przez prawo tzw. wyższego rzędu, czyli konieczność rozwoju infrastruktury czy gospodarki. To złożony konflikt, niekiedy wydaje mi się, że wręcz jak konflikty antyczne – po prostu nie do rozwiązania. Różnica polega jednak na możliwości stawianiu oporu i negocjacjach – tego praktycznie przed 1989 rokiem nie było.

Wróćmy jeszcze do tamtych "blizn". A może tytuł książki to powinny być "rany" a nie "blizny"? Rozmówcy opowiadają, jakby to, czego doświadczyli, wcale nie było już "wyleczone, zarośnięte". 

Możliwe, chociaż myślę, że wielu z nich już sobie z tym poradziło. Dlatego zostałabym przy bliźnie, bo jednak to jest coś, co widać, choć już tak bardzo nie boli.   

Okładka książki "Blizny" Marty Tomczok fot. Wydawnictwo Czarne
Okładka książki "Blizny" Marty Tomczok fot. Wydawnictwo Czarne

W czasach, kiedy przemysł powstawał, bardzo widoczne były też przykłady przekazów hurraoptymistycznych, których pełno było w prasie kontrolowanej przez władze. 

Tu mówimy przede wszystkim o głosach propagandy, która faktycznie była narzędziem władzy i pozwalała zakładom przemysłowym na wchodzenie do wsi oraz przekonywanie, że postawienie fabryki czy odkrywka to dla tego terenu jedyna słuszna decyzja. Przekonywano, że ziemia jest kiepska i niewiele warta, a ta retoryka pozwalała wypłacać niższe odszkodowania. 

Jednocześnie te blizny pozwoliły kiedyś dokonać postępu, awansu społecznego, umożliwiły rozwój. 

Zdecydowanie i to w najbardziej szerokim tego wymiarze. Ta książka jest właśnie zderzeniem tych dwóch perspektyw, różnych praw, konfliktu, który w przypadku rodzenia się przemysłu jest, być może, nie do uniknięcia. 

Są więc z jednej strony ludzie, którzy cierpią, bo są wysiedlani albo latami a nawet dekadami żyją w niepewności i oczekiwaniu na to, kiedy to nastąpi. A z drugiej strony istnieje nieubłagalne – prawo rozwoju i ekonomii, któremu wszyscy musimy się podporządkować.

W książce pokazuje Pani przypadki tych, których wizja przesiedlenia i związany z nią żal, stres wręcz wpędzały do grobu. I nie są to jednostkowe przypadki. 

Zdecydowanie, bo bywa, że podejmowanie decyzji a potem wysiedleń, procesu odszkodowań trwa latami. To cierpienie, żal, przedłuża się, bo ludzie nie są w stanie normalnie i spokojnie żyć, kiedy nie wiedzą, co się z nimi będzie działo dalej, czy będą musieli opuścić swoje miejsce na Ziemi, w którym często spędzili całe życie, i to nie tylko oni, ale i ich ojcowie czy dziadkowie. Jest to więc stres, cierpienie rozłożone na lata, które nie wszyscy przetrwali. Takie są ludzkie koszty wysiedleń. 

Ale są jeszcze koszty środowiskowe. 

To prawda. Uprzemysłowienie często oznaczało bezwzględne niszczenie przyrody: skażenie gleby i powietrza, zatrucie roślin i zwierząt, zanieczyszczenie wód. Na przykład wokół huty między Legnicą powstała strefa śmierci roślin o powierzchni 75 hektarów, a na ponad 200 kolejnych doszło do degradacji gleby. Podobnie było w rejonie huty Głogów. Ludzie przez lata mieli słodki posmak w ustach od unoszącego się w powietrzu pyłu. Spożywali chory drób, króliki, chore rośliny. Z czasem widząc, jak im szkodzą, rezygnowali z własnych upraw. Dlatego wielu chciało jak najszybciej opuścić to miejsca.

A druga strona tego konfliktu?

Na pewno są też aspekty pozytywne, bo to powstawanie przemysłu jest wieloznacznie. Po pierwsze wiązał się z nim postęp, choćby w dostępie do edukacji i pracy. Część moich rozmówców, czyli ludzie urodzeni w latach 60-tych XX wieku i kolejnych, marzyła tylko o tym, aby wynieść się do miasta. Narodzenie się potężnego przemysłu pozwoliło im na społeczny awans, wiele osób mogło zdobyć wykształcenie czy lepszą pracę.

Zapominamy, że wcześniej szczególnie na wsi wiedli często bardzo biedne życie, a praca na roli nie należy do łatwych. 

Zdecydowanie. Oni chcieli wyjechać, bo nie mieli ochoty dalej gospodarować na terenach o ziemi kiepskiej jakości, właściwie piachach kiedy mówimy choćby o okolicach Konina czy Bełchatowa. Nic więc dziwnego, że młodych kusiła wizja lepszej pracy, dobrze płatnej, mieszkania w mieście, które obiecywał powstający zakład. 

A dla starszych? 

Dla niektórych starszych osób wizja spędzenia starości na gospodarstwie, gdzie trzeba ciężko pracować na roli, też nie była specjalnie atrakcyjna. Niektórzy wcale nie chcieli być uwiązani do tego miejsca. Było dla nich ważne, że nie będą ciężarem dla swoich dzieci. 

Jednak obietnica przenosin do miasta nie była taka prosta, bo brakowało mieszkań, bo nie wszystkie odbudowano po wojnie. 

Faktycznie dla władzy dużym kłopotem, oprócz kwestii odszkodowań, był temat mieszkań. W latach 70. i 80. XX wieku bloki z wielkiej płyty dopiero były budowane. Owszem część osób otrzymywała w nich mieszkania, ale często nie takie, jakie chciała, i nie od razu.

Owoce tego postępu nie trafiały więc często do tych, którzy koszt transformacji ponosili. Doskonale pokazuje to fragment z Pani książki dotyczący Lubina i Polkowic. Było tam biedne, ale po odkryciu miedzi zaczęto mówić, że "lada chwila ludzie zaczną tam jeść ze srebrnych talerzy". 

Nic takiego się jednak nie stało. 

Dlaczego? Dlaczego owoce tego postępu nie skapywały do zwykłych ludzi?

 To dobre pytanie, bo mówimy przecież o jednym z najlepiej rozwijających się okręgów przemysłowych. Trudno mi jednak na nie odpowiedzieć, bo jak to często bywa, pieniądze po prostu rozpierzchły się na różne inwestycje i politykę państwa. 

Czyli nie ma znaczenia czy to kapitalizm, czy socjalizm? Do zwykłego człowieka, który zapłacił za postęp najwięcej na końcu trafia najmniejszy kawałek tortu. 

To nie jest takie czarno-białe. Wielu tamtejszych mieszkańców ma niejednoznaczną biografię. Owszem cierpiało szkody moralne, doświadczyło traumy psychologicznej w związku z wysiedleniem, ale jednocześnie znalazło dobrze płatną, stabilną pracę w przemyśle, który tam powstał. 

Do tego uczciwie trzeba przyznać, że miasta odbudowały się po wojnie właśnie dzięki przemysłowi. A powstałe zakłady przemysłowe i kopalnie stały się często miejscami dobrej pracy dla ludzi, przeciwdziałały emigracji zarobkowej z tych regionów. 

Dziś ważniejsze wydaje mi się pytanie, co się stanie z tymi regionami, kiedy przemysł odejdzie i choć w przypadku miedzi to nie jest bliska perspektywa, to pytanie, czy przemysł zostawi po sobie zgliszcza, czy teren tak przygotowany, aby mogło powstać tam inne życie, inne inwestycje, jest kluczowe. 

Zanim przejdziemy do przyszłości, chciałbym zapytać jeszcze o jeden wątek z przeszłości. A mianowicie: pamięć. Co będzie z pamięcią tych wszystkich ludzi, który doświadczyli krzywdy? Odejdzie razem z nimi? Bo w miejscach, które oni chcą pamiętać, powstają zbiorniki wodne niżeli muzea przemian, pomnik ofiar tworzącego się przemysłu. 

Nie sądzę, aby pamięć o tych wydarzeniach zniknęła. Wysiedlenia nie są tematem tylko z lat 50. czy 60. XX wieku, ale również działy się całkiem niedawno w latach 2000 i później. Ten temat dość mocno przenika do świadomości nawet młodszych osób, których to dotyczy. 

Przejdźmy zatem do tego, co dzieje się współcześnie. O ile ten dawny przemysł wydobywczy pozostawiał po sobie dziury w ziemi i hałdy, to dziś ten nowoczesny przemysł związany z cyfryzacją, logistyką też zmienia nasze krajobrazy, ale w inny sposób. Pokrywa przestrzeń centrami danych czy gigantycznymi magazynami dla e-commerce. Czy o nich będziemy za kilka dekad mówić jak o nowych “bliznach”?

Na to pytanie trudno mi odpowiedzieć. Natomiast zdaję sobie sprawę, że przemysł cyfrowy w dalszym ciągu wymaga surowców energetycznych, więc tylko z pozoru jest niewidzialny, choć zużycie surowców przecież jest, bo ten przemysł jest ściśle powiązany z kopalinami. Jest to zresztą teza amerykańskiego historyka Boba Johnsona, który uważa, że jako społeczeństwo jesteśmy połączeni przezroczystymi sznurami ze źródłami energii. W efekcie więc nie widzimy, skąd czerpiemy energię, aby choćby te wspomniane centra danych działały. 

Fot. Shutterstock / Curioso.Photography
Fot. Shutterstock / Curioso.Photography

Ta różnica między starym a nowym przemysłem jest więc tym bardziej widoczna. Stary był głośny, dymiący i brudzący. A współczesne hale są sterylne i milczące. Czy ta „czystość” nowej infrastruktury nie jest bardziej niebezpieczna dla naszej pamięci niż brudna hałda, bo trudniej ją zidentyfikować jako źródło degradacji? 

Z całą pewnością, dlatego tak dużą rolę odgrywa edukacja energetyczna.

Coś panu opowiem. Jestem zaangażowana w projekt  związany z transformacją prowadzony w Katowicach. W jego ramach pracuję z młodzieżą szkół średnich z Górnego Śląska, ale też i z Zagłębia Dąbrowskiego, gdzie od dawna nie ma kopalni. Młodym mieszkańcom czasem trudno jest odpowiedzieć na pytania: czym jest węgiel albo do czego jest potrzebny, czemu musimy od niego odejść, na czym w ogóle polega energetyka tradycyjna. Jest tak, bo straciliśmy właściwie kontakt z tym, co materialne, z symbolicznymi surowcami energetycznymi takimi jak węgiel.  

Centra danych zużywają gigantyczne ilości energii, która w Polsce w około połowie pochodzi z węgla. Do tego ogromne ilości wody do chłodzenia, często kosztem mieszkańców. Zysk z ich działalności często trafia w dużej mierze wyłącznie do wąskiej elity. Widzi tu Pani analogię z tym, jak dawniej przemysł eksploatował przestrzenie należące do ludzi?

Kopalnie tym się różniły, że również dostarczały energię, bo były bądź są powiązane z elektrowniami na węgiel. Do tego energia ze spalania węgla dawała pracę i ciepło mieszkańcom. Niszczyła wsie (jeśli chodzi o węgiel brunatny), ale i budowała całe miasta (gdy chodzi o węgiel kamienny). Za to często dochodziło do zanieczyszczenia i destrukcji relacji wodnych wodami kopalnianymi. Trudno ten przemysł porównywać. 

Różnica jest na pewno również w tym, że kopalnie tworzyły wspólnoty. Powstawały wokół nich całe dzielnice. Centra danych i magazyny zajmują przestrzeń, ale wydają się jedynie nie-miejscami, przestrzenią, gdzie człowiek nie jest mile widziany. Może za kilka dekad będziemy rozmawiać o kosztach z nimi związanych, szczególnie jeśli znikną bez śladu, gdy tylko zmieni się rachunek ekonomiczny. 

Przykłady przemysłu związanego z kopalniami pokazują, że te miejsca mogą na nowo odżyć. Kiedy spojrzymy na doświadczenia Niemiec, to rewitalizacja tam działa, bo zapewnia turystykę. Podobnie założenia mają inwestycje w Polsce, na przykład na Górnym Śląsku.

Nikt oczywiście nie wie, jak ostatecznie będą wyglądały miejsca po zrewitalizowanych odkrywkach, ale na przykład w Koninie zachowuje się maszyny, które pozostają w przestrzeni publicznej i w pewnym sensie stają się obiektami turystycznymi. Z kolei Jezioro Tarnobrzeskie, które znajduje się tam, gdzie była kopalnia siarki, a wcześniej wieś Machów, to miejsce letnich sportów wodnych.

Wtedy ta przestrzeń, krajobraz dostaną szansę na nowo ożyć?

Tak, ale podstawą jest, aby to było miejsce otwarte dla mieszkańców, a nie tylko sezonowych turystów. Często jednak jest tak, że póki teren jest własnością spółki, to nie jest dostępny dla ludzi. Jest ogrodzony i nie można tam wejść. 

A dostrzega Pani tereny, gdzie rewitalizacja się udała? Może centrum Katowic albo niektóre miejsca w Łodzi? Czy to są nadal blizny czy już ozdoby? 

Takimi miejscami są zrewitalizowane górnośląskie hałdy – Paciorkowce w Bieruniu czy Kostuchna w Katowicach, którą nota bene miasto po raz kolejny próbuje sprzedać. Ludzie uprawiają na nich sporty albo spacerują – jest to bardzo dobry przykład lokalnej atrakcji, która ściąga ciekawskich z innych regionów.

Na koniec zapytam o przyszłość poprzemysłowych krajobrazów. Co będzie z tymi bliznami dalej?

Część moich rozmówców chciałaby, aby do nich wróciły. Albo przynajmniej aby mogli tam spacerować czy te miejsca odwiedzać. W Polsce na pewno brakuje świadomości, że część z tych blizn może być nie tylko społecznie istotna i obarczona pamięcią, ale również może być dziedzictwem środowiskowym. Mam nadzieję, że uda się to zmienić.