1. SPIDER'S WEB
  2. plus
  3. SW+

Jednorazówki - z fuchy na fuchę, walcząc o przetrwanie. Rozmowa z Jessiką Bruder, laureatką Nagrody Kapuścińskiego

Jessica Bruder, Nomadland - wywiad z Sylwią Czubkowską ze Spider's Web+

W latach 60. XX wieku stosunek wynagrodzenia prezesa w porównaniu do zarobków robotnika wynosił około 20 do 1. Dziś to ponad 300 do 1. - Wyrosła nowa klasa wyższa prezesów, menadżerów i inżynierów z Doliny Krzemowej i nowa underclass. Złożona z ludzi, których pracę wielkie korporacje zaczęły automatyzować i traktować jako jednorazową — mówi Jessica Bruder, autorka reportażu „Nomadland", która właśnie dostała Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Nie homeless, tylko houseless — bezmiejscowi, a nie bezdomni. Tak mówią o sobie nie tyle nawet bohaterowie reportażu Bruder, co po prostu tysiące Amerykanów, którzy stali się ofiarami kryzysu z 2008 roku. Gdy pękła bańka nieruchomości i gdy równolegle zaczęła się też nowa era przyspieszonych prędkości w rozwoju gospodarki wysoce technologicznej, okazało się, że tysiące ludzi wypadło poza nawias nowej gospodarki.

Tech boom zaowocował wielkimi majątkami i sukcesami, ale w ogromnej mierze dla młodych, którzy zrozumieli nadciągającą rewolucję. Starsze pokolenie Amerykanów — szczególnie z klasy robotniczej i pracujący w usługach — stało się ofiarami tych zmian. Czasem tak drastycznie, że by obniżyć koszty życia, porezygnowali z obciążonych hipotekami domów i przenieśli cały swój dobytek do vanów, przyczep kampingowych i kamperów.

Na pierwszy rzut oka mogą wyglądać na emerytów podróżujących w jesieni życia po Stanach. W rzeczywistości jak opisuje Jessicca Bruder ci współcześni nomadzi nie mogą myśleć o odpoczynku, podróżach i delektować się wolnym czasem. Im ten tradycyjny styl życia klasy średniej gdzieś pod koniec życia zawodowego uciekł. By nie walczyć o pieniądze na spłatę kredytów i rosnące koszty mieszkaniowe, wędrują po całym kraju w poszukiwaniu kolejnych mniej lub bardziej dorywczych prac.

W zależności od pory roku są opekunami pól kempingowych, zbierają buraki lub truskawki, pracują w wesołych miasteczkach czy wreszcie są dodatkową siłą roboczą w wielkich magazynach Amazona, który w szczycie przedświątecznych zakupów potrzebuje tysięcy rąk do pracy. Firmy oferujące czasowe zatrudnienie wiedzą doskonale o tym, w jak trudnej sytuacji są nomadzi i nie rzadko wykorzystują ich potrzebę pracy. Oferują umowy w ramach 50–60 godzin tygodniowo bez wynagrodzenia za nadgodziny. A w ramach benefitów proponują... miejsca postojowe za darmo. Ale tylko na czas zlecenia.

To nowy typ prekariatu. Ludzie, którzy nie są bezrobotni, często mają świetne doświadczenie zawodowe a nawet wykształcenie, czasem mają już nawet wypłacane emerytury, ale nie są w stanie utrzymać się na godnym poziomie. Jak podaje książka Bruder, nawet jeżeli nie wszyscy faktycznie muszą mieszkać w samochodach - według dziennikarki tych, którzy prowadzą taki tryb życia jest około 60 tys. - to statystyki w całych Stanach są naprawdę smutne. Zarobki 117 mln dorosłych Amerykanów nie wzrosły od lat 70. W 2016 r. aż 9 mln obywateli powyżej 65. roku życia zmuszonych było pracować. Co szósta samotna Amerykanka w starszym wieku przekroczyła granicę ubóstwa.

Na podstawie reportażu Bruder w 2020 roku Chloé Zhao wyreżyserowała film z Frances McDormand w głównej roli. Obraz zdobył trzy Oscary: za najlepszą reżyserię, dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej i dla najlepszego filmu.

Z Jessiccą Bruder romzawiamy o tym, czy kryzys na styku nieruchomości, pracy i demografii obserwowany w Stanach może podobnie objawić się i w innych państwach, w tym w Polsce.

Sylwia Czubkowska: Ludzie, często w wieku emerytalnym lub tuż przed nim, tracą domy, zamieniają je na samochody i zaczynają podróżować po całych Stanach za pracą. To ich nazwałaś „nomadami” i opisałaś w książce „Nomadland” jako wstrząsający objaw poważnego kryzysu dotykającego amerykańskie społeczeństwo. W Polsce też przeżywamy kryzys mieszkaniowy, ale raczej nie grozi nam taki scenariusz. Po prostu jesteśmy za mało mobilni. Mam jednak wrażenie, że grozi nam inny element bycia nomadem — zmniejszanie wartości pracy. Mamy i u nas do czynienia z sytuacją, gdy praca jest dostosowywana do wygody wielkich pracodawców, zamieniana w elastyczne formy zatrudnienia. To może i brzmieć innowacyjnie, ale tak naprawdę powoduje, że ludzie po prostu tracą stabilność utrzymania się. 

Jessica Bruder*: Obawiam się, że tak jak McDonald's rozlał się na cały świat tak i to, co dziś nazywamy gig economy, czyli ekonomią fuch, też niestety jest skutecznie międzynarodowo eksportowane. I przyjmuje się wszędzie, gdzie tylko się pojawia. Europa i Polska są jednak w o tyle niezłej sytuacji i mają tę wyższość nad Stanami, że jest tu długa historia walki o prawa pracowników i dbania o społeczne bezpieczeństwo. Przecież to w polskich magazynach Amazona jest tak silnie rozwinięty związek zawodowy, że stał się sporym wzorem dla ludzi z amerykańskich części firmy.

Być może to efekt tego, że magazyny Amazona pojawiły się u nas w tym momencie, gdy bezrobocie - nawet to lokalne - nie było już szczególnie duże. Więc ludziom zależy już nie tylko na pracy, ale też na jej dobrych warunkach. Ale jak to się stało, że piękna idea ekonomii współdzielenia zmienia się właśnie w ten system fuch? Przecież sam zamysł, który pojawił się po kryzysie 2008-2010 roku, wydawał się świetny. Skoro na rynku pracy jest krucho, a mam samochód, to mogę się nim podzielić i dorobić sobie jako kierowca. Albo jeden pokój wolny, więc wynajmę go turystom. Co poszło nie tak? 

W Stanach Zjednoczonych — choć jest to smutne — udało się platformom pośredniczącym w takich fuchach, bo odwoływały się do silnego kultu przedsiębiorczości. Wiele z tych prac było przedstawianych jako szansa na awans, osiągnięcie lepszego życia, pokazywano wyliczenia, które okazały się być po prostu nierealne. Alex Rosenblat w książce „Uberland” opisuje, jak algorytmy tych firm pchają pracowników do prób osiągania coraz bardziej nieosiągalnych wyników. W Stanach to też część większego problemu, bo spora część pracowników to tak naprawdę pracownicy tymczasowi. Są zatrudniani wtedy, gdy firma potrzebuje więcej ludzi, ale nie chce mieć w stosunku do nich obowiązków, są wręcz traktowani jako tacy „jednorazowi”.

Śledztwa The New York Times pokazały wręcz, że modelem biznesowym firmy Jeffa Bezosa jest właśnie takie zarządzanie tymi „jednorazowymi pracownikami”. Teoretycznie Amazon nie działa jako platforma zarabiająca na pośredniczeniu w tych gigach, czyli fuchach. Ale za to potrzebuje co roku w pewnych momentach ludzi do pracy tymczasowej, których twierdzi, że nie opłaca się na za długo zatrudniać. Z jednej strony to jest ciekawe, z drugiej obrzydliwe, że pojawiła się idea takiego „zaprojektowania do jednorazowości zatrudnienia”. Dziś Amazon stał się tak wielki, że nawet w USA mają problem ze znalezieniem odpowiedniej liczby tych tymczasowych pracowników, którzy popracują przez dwa miesiące szczytu sprzedażowego w magazynach i których można się potem pozbyć. Więc musieli trochę podwyższyć pensje i poprawić warunki pracy, ale wciąż jednak nie chcą zgodzić się na stałe uregulowanie statusu tych pracowników. A to nie pozwala tym ludziom na faktyczną poprawę jakości ich życia. 

W polskim Amazonie pracuje już ponad 18 tysięcy pracowników. Fot. materiały prasowe Amazon

Właśnie w magazynach Amazona w szczytach np. przed świętami pracują bohaterowie twojej książki, którzy jak nomadzi jeżdżą za pracą w swoich kamperach. 

Amazon oferuje nawet parkingi dla przyczep i samochodów służących za domy. Oczywiście w czasie, gdy jest szczyt sprzedażowy. Potem gdy praca się kończy, trzeba z parkingu wyjechać i szukać kolejnej fuchy czy to zbierając buraki, czy to jako np. dorywczy kierowca Ubera.

Było już sporo prób uregulowania takich prac, także w Polsce - tzw. „lex Uber". Tyle że skończyło się to po prostu zrównaniem jego praw z tradycyjnymi korporacjami taksówkarskimi bez nałożenia szczególnie wiążących obowiązków. Niby praca platformowa nie jest już jakąś nowością, a i tak mamy problem z nadaniem jej prawnych rygorów. 

Bo wciąż traktujemy te firmy jako coś nadzwyczajnego, całkiem nowego, wręcz magicznego. A musimy po prostu zacząć na nie patrzeć jak na wszystkie inne i podobnie jest z pracą, jaka ich dotyczy. Przecież praca to praca, nawet jeżeli oferowana przez ogromne firmy. W Stanach mieliśmy już takie giganty jak np. US Steel, które — choć wielkie — zostały uznane za monopolistyczne, oddziałujące negatywnie na rynek oraz pracowników i po prostu rozbite i uregulowane. Nie ma powodu, aby nie potraktować Big Techów w podobny sposób. Napawa mnie lękiem, że w Stanach jest teraz bardzo dużo pieniędzy w polityce, które na pewno pochodzą od tego biznesu, ale z drugiej strony widać też zmianę. Jej objawem jest choćby młoda prawniczka Lina Khan powołana przez prezydenta Joe Bidena do Federalnej Komisji Handlu (Federal Trade Commission), która ma już spore doświadczenie we wskazywaniu monopolistycznych działań tych firm, szczególnie Amazona.

Pomocny w opanowaniu tej ekspansji słabych warunków zatrudniania ludzi jest też plan wzmocnienia opieki społecznej nad najbardziej potrzebującymi. Bo gdy nie wiesz, czy starczy ci na następny posiłek, to łatwiej zgadzasz się na złe warunki pracy, brak umowy, uzależnienie od widzimisię algorytmu. Kiedy ludzie mają więcej ekonomicznej wolności, mogą domagać się lepszego traktowania. 

Tylko mam wrażenie, że póki co w międzynarodowych próbach jak np. w tworzonych w Unii dwóch kluczowych rozporządzeniach regulujących platformy cyfrowe, skupiamy się na kwestiach takich jak obowiązki płacenia podatków czy ponoszenie odpowiedzialności za pojawiające się w nim treści, sprzedawane towary. A warunki pracy ich pracowników są traktowane jako raczej lokalne problemy.

Właśnie. I te wszystkie kwestie związane z odpowiedzialnością, treściami i podatkami są bardzo ważne. Ale jednak na końcu czy raczej na początku jest przecież ten człowiek, pracownik i jego prawa, które kształtują się często w centrali firmy ustalającej sobie takie albo inne zasady gry na wszystkie rynki. Owszem lokalne prawa jak wspomniane wsparcie dla związków zawodowych w Polsce mogą być ważne, ale jednak wielkie znaczenie mają tu regulacje dotyczące samego kręgosłupa tych firm, które pracowników traktują bardzo przedmiotowo. 

Ale póki co i tak jakoś traktują. Jesteśmy przecież u progu rewolucji robotycznej i takiej automatyzacji pracy, że wielu z tych jak mówisz „jednorazowych pracowników” faktycznie stanie się niepotrzebnych. 

Musimy się tu nauczyć dzielić pracą. To będzie prawdziwa ekonomia współdzielenia. Przyszłość i wyzwania technologiczne zawsze wzbudzały w nas lęk. W połowie XX wieku w Stanach Zjednoczonych sporo obaw budziło to, że w tej zrobotyzowanej przyszłości, gdy już nie będziemy musieli tak pracować, gdy roboty przejmą nasze obowiązki, to ludzie będą się strasznie nudzić. A więc powstawały całe specjalizacje zajmujące się wymyślaniem i planowaniem tego czasu wolnego. Tak się nie stało. Zamiast tego, póki co głównie w Stanach, obserwujemy takie silne rozbicie rynku.

Jeszcze w latach 60. XX wieku stosunek wynagrodzenia prezesa w porównaniu do zarobków robotnika wynosił około 20 do 1, dziś to ponad 300 do 1. To wręcz szalona różnica pokazująca, do jak ogromnego rozstrzału doszło. Z jednej strony mamy klasę wyższą: prezesów, menadżerów z Doliny Krzemowej, specjalistów i inżynierów. A z drugiej ludzi, którzy do niedawna pracowali w szanowanych zawodach usługowych i robotniczych, a dziś zostali sprowadzeni do wykonawców procesów coraz bardziej kontrolowanych przez zautomatyzowane mechanizmy. Co więcej ich pracy często brakuje ciągłości i wisi nad nią zagrożenie całkowitego wchłonięcia przez robotyzację. 

Kurierzy Glovo strajkujący w Gdańsku Fot. Karol Makurat | Tarakum Phtography

To taka nowa „underclass”, której nie definiuje trwałe bezrobocie, brak wykształcenia czy pochodzenie z dyskryminowanej mniejszości. 20-30 lat temu byli częścią klasy średniej i nagle zostali zdegradowani przez te mechanizmy, które miały poprawić im jakość życia, zmniejszyć obciążenie pracą lub pozwolić na dodatkowy zarobek. 

Dokładnie tak. I to pomimo tego, że w pandemii przecież zobaczyliśmy. jak duża jest społeczna waga wielu zawodów i to nie tylko tych bezpośrednio związanych z ratowaniem życia. Bez ludzi z tych niedocenianych zawodów nie moglibyśmy normalnie egzystować. W Stanach i w wielu innych państwach oczywiście były kampanie wspierania tzw. essential workers, czyli pracowników krytycznych - kasjerek, taksówkarzy, służb ratunkowych, kurierów, pracowników społecznych, którzy musieli pracować i narażając się na zarażenie, bo bez nich reszta społeczeństwa nie mogłaby funkcjonować. Kiedy nasze społeczeństwo było w kryzysie, wartość tej pracy została ponownie doceniona. Tylko czy to się utrzyma na dłużej w świecie, w którym mamy równolegle takich bogaczy jak Jeff Bezos, którego stać na lot w kosmos w rakiecie wyglądającej jak wielki penis? Co jest zresztą doskonałym komentarzem do jego stosunku do reszty świata. 

I nie tylko jego. To właśnie przecież wielcy, technologiczni gracze skorzystali niezwykle dużo w czasie pandemii. 

Stanowczo są wygranymi. Ale ja jestem pełna nadziei, że właśnie między innymi ta ich buta jest początkiem poważnego, globalnego przebudzenia i otrzeźwienia. Tego, by skupić się na tym, co jest ważne i zacząć o to się starać. W imię naprawdę naszego wspólnego i współdzielonego dobra.

*Jessica Bruder — amerykańska dziennikarka, absolwentka Uniwersytetu Columbia. Przez ponad dziesięć lat współpracowała z „New York Timesem”. Podczas pracy nad „Nomadland. W drodze za pracą” spędziła 3 lata w podróży i przejechała łącznie 24 tysiące kilometrów, towarzysząc swoim bohaterom, którzy zdecydowali się na życie w drodze w poszukiwaniu pracy. Za książkę otrzymała właśnie Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego.
Wywiad z Bruder odbył się podczas Igrzysk Wolności, których Spider's Web+ jest patronem medialnym.

Zdjęcie główne, fot. Jessica Bruder fot. Todd Gray