SW+

„Wystarczy 45 dni, aby zmienić nawyk. Pandemia trwa już kilka razy dłużej”. Jak bardzo zmieni funkcjonowanie państw?

Stanom Zjednoczonym w ledwie kilka tygodni zachwiał się wizerunek globalnego supermocarstwa. Za to zachwycamy się skutecznością państw azjatyckich. O tym czy pandemia sprawi, że zaczniemy wymagać więcej od państwa rozmawiamy z Leesą Soulodre, inwestorką, która od miesięcy mieszka w Singapurze i obserwuje, jak zmienia się pozycja poszczególnych państw w obliczu tego jak radzą sobie z pandemią.

W Singapurze ludzie skanują kody QR, aby zarejestrować wejście do budynku i pomóc w śledzeniu rozwoju pandemii oraz sprawdzają temperaturę przed wejściem do każdego pomieszczenia. W Berlinie miejski transport zachęca, by nie używać dezodorantów, bo dzięki temu zapach lekko spoconych ciał będzie zachęcał pasażerów do noszenia maseczek. W Polsce PKP ogłasza, że dopiero teraz zaczyna rozmawiać z dostawcą systemu do sprzedaży e-biletów, by algorytm nie ładował wszystkich pasażerów do jednego wagonu, tylko zaczął ich rozsadzać równomiernie po całym składzie. 

Pandemia na wielu poziomach zaczęła sprawdzać skuteczność funkcjonowania poszczególnych państw. Stany Zjednoczone liderują światowej liście przypadków, mierząc się z grupami wątpiącymi w istnienie wirusa i sens lockdownów. Azjatyckie tygrysy od początku wykorzystywały technologię do śledzenia rozwoju wirusa, a także nakazywały swoim mieszkańcom ścisłe przestrzeganie społecznego oddalenia i noszenie maseczek poza domem. Krytycy dostrzegają jednak, że region zdobył doświadczenie w czasie walki z epidemią SARS sprzed blisko dwóch dekad, czego nie można powiedzieć o Zachodzie. Podobnie z przymrużeniem oka należy czytać doniesienia z Wuhan i innych części Chin o powrocie życia do normalności.

Trend jest jednak dość jasno widoczny. Choć wirus rozprzestrzenił się z Chin, to właśnie ten kraj pod względem ekonomicznym zyskał najwięcej (albo stracił najmniej). Kiedy inne gospodarki pogrążają się w recesji, chińska wciąż rośnie. J.P. Morgan podwyższył swoją prognozę dla Chin na ten rok na 2,5 proc. wzrostu. Dla porównania gospodarka Stanów Zjednoczonych skurczyła się w drugim kwartale o 32,9 proc. To najgorszy wynik od czasu drugiej wojny światowej.

Pandemia jednak nie tylko drastycznie przestawia sytuację ekonomiczną na świecie, ale także wizerunek poszczególnych państw. Stany Zjednoczone, które nie tylko nie dają sobie rady z chorobą, ale także targane są kolejnymi zamieszkami na tle rasowym, zaczynają tracić pozycję „światowego policjanta”.

W ich miejsce z ochotą weszłyby Chiny, tyle że jako źródło epidemii nawet przy użyciu „dyplomacji maseczkowej” nie są w stanie wzbudzić globalnego zaufania. Zacieśnia się współpraca Niemiec i Francji, które stają się głównymi siłami napędowymi Unii Europejskiej. Z drugiej strony postrzegana jako wysoce opiekuńcza Szwecja od miesięcy swoją polityką budowy odporności stadnej budzi konsternację i skrajne opinie. 

Czy COVID-19 zmieni to, jakie mamy zdanie na temat skuteczności poszczególnych systemów politycznych? Z czego wynikają te różnice? Jak zadbać, aby technologia nie została użyta w niewłaściwych celach? I wreszcie – co powinniśmy wynieść z tego kryzysu? O tym rozmawiamy z  Leesą Soulodre, seryjną startuperką z 20-letnim doświadczeniem w branży innowacji.

Soulodre pomaga startupom w przeprowadzaniu cyfrowej transformacji. Po spędzeniu dwóch lat w australijskiej armii trafiła do sektora telekomunikacyjnego, gdzie zajmowała się partnerstwami i skalowaniem biznesu. Później założyła własny fundusz inwestycyjny – R3i Ventures, który specjalizuje się w wyszukiwaniu startupów zajmujących się zaawansowanymi technologiami. W jej portfolio znajdują się m.in. firmy specjalizujące się w obliczeniach kwantowych, produkcji testów na obecność wirusa Dengi czy wymianie informacji medycznych w sektorze zdrowia i nauki. 22 września Soulodre weźmie udział w polskiej konferencji Masters&Robots. 

Inwestorka pracuje również na Singapore Management University, gdzie wykłada zarządzanie ryzykiem cybernetycznym, etykę założyciela i Masters & Robots. I właśnie w tym państwie-mieście zastaje ją nasza rozmowa.

Koronawirus pokrzyżował pani jakieś plany?

Leesa Soulodre: Planowałam być w Luksemburgu o tej porze roku, ale później świadomie przedłużyłam pobyt w Singapurze.

Nie żałowała pani swojej decyzji, widząc tabuny ludzi rzucających się na ryż i papier toaletowy w marcu?

Działo się tak praktycznie na całym świecie. Tutejszy rząd przynajmniej udowodnił, że potrafi nie tylko wprowadzać regulacje, ale również egzekwować ich przestrzeganie. Przypominam sobie przykład rodziny ekspatów, która zaprosiła znajomych na kolację. Była ich w sumie szóstka, podczas gdy prawo zabraniało tak dużych zgromadzeń. Zabrano im pozwolenie na pracę i nakazano powrót do ojczyzny.

Singapur się nie patyczkuje. Jak na dłoni widać, dlaczego jest znany jako „fine country”. Przy czym fine jest dwuznaczne, bo odwołuje się zarówno do angielskiego słowa „dobry”, jak i „grzywna”. Z perspektywy czasu kontrola zgromadzeń przyniosła jednak skutek – dziś mamy tylko kilka zakażeń każdego dnia poza dormitoriami. Liczby bezwzględne nie wyglądały jednak tak dobrze na początku pandemii.

Kolejka w Singapurze z dokładnie oznaczonymi odległościami między ludźmi.

Przez długi czas byliśmy tutaj numerem dwa na świecie, jeśli chodzi o liczbę chorych. Ale wynikało to niewątpliwie z ogromnej liczby testów. Dodatkowo ludzie żyją tu raczej blisko siebie. Ceny nieruchomości czy najmu należą do najwyższych na świecie, więc mieszkania są daleko mniejsze niż w Australii, skąd pochodzę. Sama mieszkam w trzypokojowym mieszkaniu. Jeden pokój stał się moim biurem, drugi biurem męża, a pośrodku są dzieci, które przechodzą nauczanie w domu. Ogromna większość z przypadków w Singapurze została wykryta w dormitoriach dla pracowników fizycznych z zagranicy. To zaś ogromne jednostki i społeczności, gdzie trudno jest o zachowanie prawidłowego oddalenia.

Wydaje mi się, że tym, co zaowocowało skuteczniejszą odpowiedzią na koronawirusa w Azji w porównaniu np. z Europą, jest akceptacja wykorzystania technologii w śledzeniu i kontrolowaniu ludzi.

Singapur rzeczywiście był jednym z pierwszych krajów, który wprowadził technologię śledzenia kontaktów na dużą skalę za pomocą aplikacji TraceTogether. Pobrało ją już 2,3 mln ludzi, a więc 41 proc. mieszkańców. Sukcesu upatrywałbym jednak w zaufaniu, którym ludzie darzą polityków. Badanie Edelman Trust Barometer bardzo wysoko ocenia Singapur pod tym kątem. Kluczowymi wartościami poddawanymi ocenie są kompetencje i etyka. 

Czyli Singapurczycy ufają swojemu rządowi, bo do koronawirusa podchodzi odpowiedzialnie i działa metodycznie?

Zdecydowanie. Rządzący pomyśleli o zwykłych ludziach i o firmach. Nie tylko tworzyli prawo, ale również potrafili je egzekwować (nawet w postaci rozpraw sądowych na Zoomie). Kiedy w tym badaniu przesuwamy się w kierunku mniej transparentnych rządów, widzimy niższe poziomy zaufania, łączące się z brakiem kompetencji. Ludzie obawiają się o swoje bezpieczeństwo. W reżimach reputacja zależy zaś w prostej linii od szacunku, jakim ludzie darzą despotę.

Podobne sfery śledzi również RepTrak. To badanie na grupie 100 tys. respondentów, które mierzy reputację krajów, miast i firm. Singapur znów jest bardzo wysoko, podobnie jak miasta, które świetnie wypadają w rankingu „Miast najlepszych do życia” – z Kanady, Australii i Skandynawii. Przynosi to szereg zalet: od zwiększonych inwestycji zagranicznych po pozytywne odczucia mieszkańców - zaufanie i podziw. 

Takie same decyzje mogą być dobrze oceniane Chinach, a źle w Niemczech. Przykładowo w Chinach można sprawdzić temperaturę ciała dostawcy jedzenia. Wątpię, aby Niemcy się na coś takiego zgodzili. Oczywiste jest, że są różnice w kwestiach ochrony prywatności w różnych społeczeństwach, ale czy wciąż mają znaczenie w obliczu takich wyzwań, jak pandemia?

Chcemy wygody inteligentnych miast, przewidywalności i bezpieczeństwa w codziennym życiu. Chcemy żyć, aby czerpać satysfakcję. To jest kierunek, w którym podążamy. Digitalizujemy i automatyzujemy różne procesy tak daleko, jak się nam to opłaca.

Amerykańskie kino ostrzegające przed COVID-19.

Są jednak przykłady technologii, które mamy już teraz, ale po prostu nie opłaca się nam ich wykorzystać. W Chicago jest 300 tys. kamer i kilka centrów monitoringu, które dzielą się danymi. A mimo to koszt stworzenia w pełni zautomatyzowanego systemu wykrywania strzelanin wciąż jest zbyt wysoki. Miasto wciąż polega na ludziach, którzy nasłuchują nagrań. Może się to zmienić w miarę, jak spadnie cena kamer, a algorytmy uczenia maszynowego staną się bardziej wydajne.

Jak taki system miałby działać?

W zeszłym roku w sennym mieście Urbana, godzinę drogi od Chicago mieliśmy 97 zgonów postrzałowych, głównie przez tzw. zbłąkane pociski. Właśnie tam znajduje się kampus Uniwersytetu Illinois, gdzie jedna ze studentek została porwana przez innego studenta. Kamery nagrały to zdarzenie, ale... co z tego? Nie były wyposażone w sztuczną inteligencję, która zaalarmowałaby ludzi. Postanowiliśmy to zmienić.

Stworzyliśmy technologię, która w zapisie audio pozwala identyfikować krzyk czy wystrzały. Wykrywa kolizje na skrzyżowaniach i sprawdza, czy kierowca może wyjść z samochodu o własnych siłach. System mógłby decydować o tym, ile wozów policyjnych, karetek czy zastępów straży pożarnej wysłać na miejsce zdarzenia. Brzmi to świetnie, ale nie jest niestety ekonomiczne uzasadnione. Mieszkańcy zawsze nie chcą płacić wyższe podatki na takie rozwiązania.

Skoro taka technologia już istnieje, to zapewne może zostać użyta nie tylko w dobrej wierze?

Każda technologia posiada swoje odbicie w świecie antyutopii, takim Black Mirror. Co się stanie, jeśli zostanie użyta w kontekście militarnym? Za każdym razem, gdy ktoś pracuje nad technologią z dobrymi zamiarami, jest również ktoś, kto ma złe zamiary. Zauważyłam to przy pracy z R3i nad prototypem technologii, która byłaby w stanie wykrywać filmiki stworzone z użyciem technologii deep-fake. Pozwoliłaby na stwierdzenie, czy faktycznie widzisz na ekranie mnie – wypowiadającą te słowa. W przypadku deep-fake'ów jest tak, że producenci technologii produkują również same tego typu filmy, aby zarobić na obu stronach tego spektrum.

Dlatego potrzebujemy systemu, który śledziłby wykorzystanie technologii w nikczemnych celach. Coś na wzór kodeksu etycznego, jak w przypadku Antiautonomous Technologies Act, który podpisywaliby badacze.

Co ten kodeks zakłada?

Że nie będziemy aktywnie tworzyli technologii do broni autonomicznych.

Załóżmy więc, że dowiadujemy się o technologii, która została stworzona dla służby zdrowia, ale trafia na wojskowy front. Co robimy?

Powinniśmy się skupić na tworzeniu kill-switches, czyli takich wyłączników awaryjnych. Już teraz dostępne są w telefonach. Ich producenci mogą je wyłączyć, jeśli zostały skradzione i właściciel powiadomił o tym centralny system. Inną inicjatywą jest dokładne sprawdzanie odbiorców technologii (i całego łańcucha dystrybucji), aby mieć pewność, że nie są zamieszani w konflikty. Po pierwsze nie szkodzić.

A jeśli ten kupiec zapragnie dalej odsprzedać technologię i nie będzie wystarczająco drobiazgowy? Technologia może skończyć w niepowołanych rękach.

To ogromne wyzwanie dla globalnego systemu logistycznego. W 2011 roku pracowałam dla czołowej firmy z branży chemicznej, która chciała ubezpieczyć się na wypadek problemów u każdego z 45 tys. dostawców. Stworzyliśmy więc indeks, który monitorował procesy, otoczenie, ale i wykroczenia tych firm i przesyłał alerty, kiedy zauważył coś niedobrego.

Patrząc na rynek jako całość, widzimy, że kluczowe są przepływy pieniędzy. Kiedy czarny rynek płaci więcej, mamy kłopoty. Musimy więc w ten sposób ułożyć gospodarkę, że ludzie są motywowani do dobra i karani za zło.

Już teraz działa to w sferze inwestycji. Sama inwestuję m.in w startupy medyczno-diagnostyczne na początku rozwoju. Ich komercjalizacja czy oddanie w ręce diagnostów w szpitalach zajmuje przeciętnie 17 lat. To bardzo długi horyzont czasowy. Podczas gdy my inwestujemy jeszcze w stadium laboratoryjnym, w czasach kryzysu cena technologii może być zdyskontowana przez wiele przejściowych czynników.

Jedna z moich firm w Kanadzie dostała agresywną propozycję przejęcia przez zagranicznego gracza, ponieważ kończyły się jej pieniądze. Wtedy do gry wkroczył na szczęście kanadyjski rząd, który wsparł spółkę finansowo. A to o tyle ważne, że kiedy firma należy do kogoś z zagranicy, to jej strategia nie musi już przecież zawierać Kanady w planie rozwoju czy inwestycji. Inwestorzy powinni wiedzieć, że jeśli wspierają jakąś firmę, to są chronieni przed agresywnymi przejęciami z zagranicy. Ochrona ważnych zdobyczy intelektualnych i strategicznych zasobów czy po prostu miejsc pracy jest zadaniem rządu.

Wakacje 2020 nad polskim morzem. Szybko porzucilismy zasady dystansu społecznego.

Porozmawiajmy trochę o miejscach pracy. W Singapurze też mówi się o tym, że oferty pracy w pierwszej kolejności powinny być kierowane do Singapurczyków, a nie ekspatów.

Stabilność rynku pracy to jedno z najwrażliwszych wyzwań każdego rządu. Zwłaszcza w Azji południowo-wschodniej, gdzie ubezpieczenie zdrowotne w głównej mierze zapewnia pracodawca. Dlatego jeśli pozbawisz ludzi pracy, pozbawisz ich również ubezpieczenia. Cena prywatnego ubezpieczenia wzrasta tu w tempie 9,7 proc. każdego roku.

Sytuacja nie jest chyba jeszcze tak zła, jak w Stanach Zjednoczonych?

Na szczęście nie. Mam tam przyjaciółkę, która została zwolniona z pracy. Była szefową HR-ów w korporacji, a jedyna praca, jaką mogła teraz dostać, to praca w fabryce respiratorów. Musiała ją zaakceptować, bo tylko w taki sposób zapewniła sobie ubezpieczenia zdrowotne.

Czyli zdecydowała się na sporą degradację tylko z powodu ubezpieczenia? 

Dokładnie. Na szczęście i w tej sferze widzimy duże zmiany. Wcześniej wszyscy dostawali takie samo ubezpieczenie. Rodzina z dziećmi i singiel mieli podobne polisy. Najnowszym trendem – ewidentnie wywołanym przez COVID-19 – w tym obszarze jest jednak wyposażanie pracowników w tzw. portfele ubezpieczeniowe, które mogą wykorzystać do personalizowania ubezpieczenia zgodnie z potrzebami.

Koronawirus określa się jako przyspieszacza trendów. Widać to np. w e-commerce, cyfryzacji administracji, ale mnie interesują jeszcze nawyki ludzi. Czy te również się zmieniły?

Zwykle wystarczy 45 dni, aby zmienić nawyk. Pandemia trwa zdecydowanie dłużej. Ludzie przenoszą więc pracę do domu. To już się stało. Jak pokazało niedawne badanie, 8 na 10 Singapurczyków wybiera pracę z domu. Podobnie jest w innych miejscach świata.

Ludzie wyniosą się z miast w inne rejony, gdzie nie będą musieli gnieździć się w niewielkich mieszkaniach i będą bliżej natury. Firmy również przekonują się, że można w ten sposób osiągnąć tyle samo, co wcześniej albo i więcej. Zaczyna się era masowej deglobalizacji. Amerykański paszport jest teraz tak samo wartościowy w podróżach, jak paszport Botswany. Zmieniają się gospodarki. Firmy muszą przekonfigurowywać łańcuchy produkcji. To, co z jednej strony jest wyzwaniem, jest również szansą. Teraz mają dostęp do talentów z całego świata.

Jest jednak jeszcze inny poziom tej analizy – ludzki.

Teoretycznie możemy teraz załatwiać mnóstwo rzeczy zdalnie. Pracować zdalnie, robić zakupy, uczestniczyć w rozprawach sądowych czy nawet szukać partnera na aplikacjach randkowych. COVID-19 dał nam jednak chwilę, aby zatrzymać się w naszym codziennym pędzie i sprawdzić, co robimy dla naszych najbliższych, jak pielęgnujemy relacje.

Na początku swojego dorosłego życia byłam wolontariuszką w domu opieki paliatywnej. Praca dała mi perspektywę na to, co naprawdę liczy się w życiu. Nikt z umierających nie żałował, że nie udało się mu domknąć jakiejś umowy albo dostać większej prowizji. Najbardziej liczyła się bliskość z innymi ludźmi i głębokość relacji.

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst