SW+

Zadzwonią do mnie, jeśli spotkam kogoś z koronawirusem. Tak epidemię ogarnęli w Singapurze

342 interakcji
dołącz do dyskusji

Kiasu to obsesyjny lęk przed przegraną. Singapurczycy, którzy  świetnie znają ten stan, zrobili wszystko, by nie przegrać z koronawirusem. Do walki zaprzęgli najnowsze technologie. Z ich pomysłu korzysta też już Polska.

– Chcielibyśmy, aby docelowo z aplikacji korzystali wszyscy użytkownicy smartfonów w Polsce – tymi słowami minister cyfryzacji Marek Zagórski ogłosił początek prac nad aplikacją ProteGO, która ma informować, że miało się kontakt z kimś zakażonym. – Podobna aplikacja działa już w Singapurze – dodał jego resort i zachwalał, że skoro tam takie rozwiązanie zadziałało, to i u nas musi pomóc. 

Tylko czy rozwiązania z wysokoscyfryzowanego państwa, będącego w rzeczywistości jedynym, liczącym 5 mln mieszkańców miastem, są faktycznie aż tak skuteczne? 

– Artysta maluje, poeta pisze wiersze, a programista koduje. Musisz mieć odrobinę wiary. Prowadzenie startupu to praca 24 godziny na dobę. Nie pragnie się tego, by mieć łatwiejsze problemy do rozwiązania, to ty chcesz być silniejszy, by je rozwiązywać – kiedy cztery lata temu Zhi Peng Lee wypowiadał te słowa, był tylko jednym z wielu startupowców na prężnej singapurskiej scenie technologicznej.  

Dziś ten niespełna 30-latek doczekał się swojego naprawdę trudnego problemu i okazał się na tyle silnym, by go rozwiązać. Stał się symbolem udanej walki z epidemią koronawirusa za pomocą nowych technologii. 

A jego kraj, Singapur, stał się wzorem tego, jak można skutecznie w walce z pandemią wykorzystać technologie.

Maseczka w cenie posiłku 

Zamykam drzwi wynajmowanego mieszkania i wchodzę do windy, na podłodze kabiny widzę wyklejone kwadraty. Wskazują, gdzie należy stanąć, by zachować niezbędny dystans od innych podróżnych. Wciskam przycisk. Wiem, że jest to bezpieczne, bo każda często dotykana przestrzeń została zdezynfekowana. Dotyczy to każdego HDB, czyli państwowego bloku, w których mieszka trzy czwarte osób na wyspie.

W Singapurze jestem „Ang Moh”, co oznacza to samo, co w Meksyku „gringo”, czy w Japonii „gajdzin”. Obcym. Chcąc się wpasować, trzeba szybko załapać lokalne zwyczaje. Na kolację idę do lokalnej knajpy, czy raczej stołówki zwanej hawker centre, gdzie kilkunastu kucharzy od lat przygotowuje zawsze te same, sztandarowe dania: kurczak z ryżem, laksa czy krab z chili. Na drzwiach wisi ogłoszenie, że można tu dostać darmowe maseczki i płyn do dezynfekcji. Trzeba tylko przyjść z własną butelką, bo mimo pandemii wciąż ważne jest, byśmy nie produkowali niepotrzebnych śmieci. Połowa krzeseł w stołówce jest zalepiona taśmą, a między stołami zamontowano przegródki, aby goście nie mogli siedzieć zbyt blisko siebie. 

Czekając na jedzenie zerkam na smartfona i sprawdzam lokalny czat - u kasjera w supermarkecie wykryto wirusa. Sklep w efekcie wygląda teraz jak plan zdjęciowy jakiegoś filmu katastroficznego. Do pustej sali wchodzą tylko postacie w białych kombinezonach. Dostaję powiadomienie na Telegramie, że premier zaraz rozpocznie swoje przemówienie. Na początku kwietnia na zmarła piąta osoba zarażona koronawirusem. Chorobę zdiagnozowano u ponad tysiąca pacjentów. Za kilka dni będą zamknięte szkoły i prawie wszystkie firmy. Ludzie zostaną w domach. Premier nie powie „lockdown”, ale w praktyce kraj zostanie zamknięty. 

„Spicy or not?” – starsza kucharka przerywa mi tymczasem oglądanie wiadomości.

Trauma po SARS

W Singapurze nikt nie wątpi, że epidemia będzie miała poważne konsekwencje. W pierwszym kwartale tego roku PKB skurczyło się o 2 proc. Jednak mogło być gorzej, chociażby dlatego, że  epidemia wybuchła w wyjątkowo niefortunnym czasie: podczas przypadających na koniec stycznia obchodów Chińskiego Nowego Roku, czyli okresu tradycyjnych spotkań rodzinnych. 

Miasto-państwo zareagowało bez zwłoki. Dobrze pamiętano, jak w 2003 r., całą Azję Południowo-Wschodnią sparaliżowała epidemia SARS. W Singapurze zmarły wtedy 33 osoby, a zachorowało 238. Gospodarka kraju skurczyła się o ponad 4 proc. Ucierpiała turystyka, gastronomia, runęła giełda. Wychodzenie z kryzysu zajęło kilka długich miesięcy.

Wydawałoby się, że Singapur stanął w obliczu kolejnego nieodwracalnego kryzysu. Wyspa ma powierzchnię nieco większą od Warszawy, a mieszka na niej 5,7 mln ludzi. Duża część mieszkańców to imigrancii. W dodatku Singapur to centrum przesiadkowe dla Azji Południowo-Wschodniej i popularny kierunek turystyczny, przy czym najwięcej turystów przybywa tu z Chin. W zeszłym roku było ich aż 3,6 mln.

Gdyby wszystko potoczyło się źle, miasto najpierw dopadłaby zapaść służby zdrowia, a potem, z powodu zamknięcia granic sąsiednich państw, całej gospodarki, uzależnionej od importu produktów spożywczych czy energii. A pierwsze dni epidemii zapowiadały właśnie zły rozwój wypadków. 7 lutego ogłoszono podniesiony stan zagrożenia. 

Przystąpiono do działań profilaktycznych. Odwołano imprezy sportowe i rozrywkowe. Zastanawiano się nad zamknięciem szkół. Lokalna diecezja zamknęła kościoły i zaczęła transmitować msze online. 

Z powodu tych złych wiadomości i działań wyprzedzających, miasto ogarnęła atmosfera grozy. Singapurczycy ruszyli do sklepów, wykupując ryż, makarony i środki czystości. Znamy te sceny także z innych krajów, ale tam to było to coś więcej niż zwykła panika. To było kiasu, czyli znacznie potężniejsza siła. 

Kiasu przetrwania 

By zrozumieć Singapurczyków, trzeba postawić się w ich specyficznej sytuacji. Małe, młode, bo samodzielne dopiero od lat 60. miasto-państwo otoczone jest potężnymi sąsiadami. Wolność i demokracja nie są tam dane raz na zawsze, suwerenność nie jest oczywista i zagwarantowana silną geopolityką.

Kiasu wyraża siłę, która jest dla mieszkańców tego państwa gwarancją przetrwania. Cheng Chi-Ying, profesor psychologii z Singapurskiego Uniwersytetu Zarządzania definiuje je jako obsesyjny lęk przed przeoczeniem i przegraną, brakiem przygotowania na trudne czasy, znalezieniem się na straconej pozycji. Kiasu nakazuje bezwzględnie stawiać na pierwszym planie własne dobro i nie myśleć o innych. Jest tak silne, że w badaniu z 2012 r. sami Singapurczycy umieścili je na pierwszym miejscu wśród ich narodowych cech.

Dr Leong Chan-Hoong z Instytutu Polityki Społecznej na Narodowym Uniwersytecie w Singapurze mówi o nim jako „instynkcie przetrwania”. – W umysły Singapurczyków od dziecka wtłaczane jest, że muszą być samowystarczalni, pozostawać troszkę głodni, wyprzedzać innych, traktować ich jako konkurencję – tłumaczył w rozmowie z BBC.
W obliczu epidemii kiasu popchnęło singapurski rząd w stronę technokratycznej wręcz skrupulatności w wyścigu z wirusem. Boleśnie przekonał się o tym 45-letni rezydent Singapuru, obywatel Chin, który nie przestrzegał zasad kwarantanny, nie odpowiadał na telefony policji i bez pozwolenia opuścił dom. Kiedy kilka dni później wylatywał z Singapuru, dowiedział się, że był tam po raz ostatni. Sam Minister Zdrowia dopilnował, aby odebrano mu status rezydenta i zabroniono ponownego wjazdu. Dwójka zagranicznych studentów została odesłana do swoich krajów, kiedy odkryto, że skłamali wypełniając listę niedawno odwiedzonych miejsc. Rodowitemu Singapurczykowi odebrano zaś paszport, kiedy mimo kwarantanny, postanowił popłynąć na indonezyjską wyspę Batam. 

Kiasu wpłynęło na to, jak rząd Singapuru podszedł do testowania i raportowania kolejnych zachorowań. Przez długi czas Singapur był numerem dwa na światowej liście wykrytych przypadków, ustępując jedynie Chinom, jednak pozycja wicelidera wynikała najpewniej z pieczołowitości, jaką Singapurczycy wykazali się przy monitorowaniu zakażeń. - Singapur bada każdą możliwą poszlakę, sprawdzając nawet przypadki wskazujące na grypę i zapalenie płuc – mówił z uznaniem dyrektor Światowej Organizacji Zdrowia Tedros Adhanom Ghebreyesus.

Do walki z wirusem zaprzęgnięto też technologię. I wcale nie chodziło tylko o 86 tys. kamer monitorujących każdy zakątek wyspy. 

Szansa na wielki problem

Od początku każdy przypadek zachorowania podawano do wiadomości publicznej. Na mapę miasta nanoszono klastry, z których rozprzestrzeniała się choroba. Przypadki łączono w ciąg przyczynowo-skutkowy, aby dowiedzieć się, kto od kogo się zaraził.

Zhi Peng Lee poczuł się w swoim żywiole. Znalazł swój trudny problem, a wraz z nim świetną okazję, by udowodnić swoją wartość, wcześniej podważaną z powodu braku dyplomu wyższej uczelni. Lee zrezygnował z prestiżowej politechniki, aby… samodzielnie uczyć się programowania. W Singapurze, gdzie wyższe wykształcenie jest niezbędną przepustką do dobrego życia, była to decyzja co najmniej niezrozumiała. 

- Jako jedyny z moich kolegów nie skończyłem studiów. Jednak na uczelni targały mną wątpliwości, nie wiedziałem, czy uczę się właściwych rzeczy. Zastanawiałem się, co będzie, jeśli stracę pracę? Czy znajdę inną, a może będę musiał wrócić do szkoły? – opowiada nam Zhi Peng. 

Samoukowi udało się jednak od podstaw stworzyć szkołę programowania Upcode Academy, a potrzeba nowych wyzwań nie ustawała. Wirus stał się okazją do wypróbowania umiejętności. Skoro rząd podawał skrupulatnie dane, to dla Zhi Penga był to powód, by je wykorzystać. Tak, prawie dwa miesiące temu, powstała strona againstcovid19.com do wizualizacji informacji o rozprzestrzenianiu się epidemii. 

Programista zaczął od wykresów ilustrujących przyrost zachorowań. Później pojawiły się szczegóły dotyczące każdego nowego przypadku i siatka połączeń pozwalająca śledzić przenoszenie się wirusa. - Nasze skrypty skanują nie tylko rządowe dane, ale również media. Analizują artykuły i przekładają je na język zrozumiały dla komputera. Dane czyści jeszcze później dziesiątka wolontariuszy – opowiada Zhi Peng.

W efekcie Singapurczycy dostali świetne źródło informacji, które w jednym miejscu przekazywało nie tylko sumaryczne dane dotyczące infekcji, ale także informacje na temat rozprzestrzenia się epidemii, na przykład wykaz miejsc, w których bywali chorzy. Statystyki odwiedzin pokazują, że stronę sprawdziła do tej pory połowa Singapurczyków.

Nic dziwnego, że kilka dni po tym, jak serwis wystartował, Zhi Peng odebrał telefon od funkcjonariuszy resortu zdrowia. Zainteresowanie urzędników nie doprowadziło jednak do zamknięcia serwisu. Uspokoiło ich to, że twórca serwisu korzysta tylko z publicznie dostępnych informacji.

W 2003 r., gdy atakował SARS, Singapur mógł tylko marzyć o takiej analityce. – Nie mieliśmy zaawansowanych metod komunikacji, cały dzień czekało się na wieczorne wiadomości – wspomina Zhi Peng. 

Teraz, jedząc kurczaka w lokalnej knajpie, mogę przeglądać interaktywną mapę Singapuru, na którą naniesiono wszystkie zidentyfikowane przypadki. Widzę, że klastry zakażeń zlokalizowano w klubie Safra w dzielnicy Jurong, w siłowni w Kallang czy kościele niedaleko wzgórza Bukit Timah. Wiem, jakich miejsc unikać. Firma, z którą współpracuję, zrezygnowała z obiadu kończącego pierwszy kwartał na wyspie Sentosa, kiedy stwierdzono tam pierwsze zakażenie. Podobnie odradzano spacery w zatoce Marina, kiedy w ikonicznym hotelu należącym do korporacji Las Vegas Sands jeden z gości zachorował na COVID-19.. 

Aplikacja powiadomi o wirusie

Singapur, jak oceniają politolodzy, jest „demokracją wadliwą”. Wybory są wolne, jednak od powstania państwa, czyli przez przeszło pół wieku, w kraju rządzi jedna partia, a dzisiejszym premierem jest syn pierwszego premiera, który spędził na tym stanowisku trzy dekady. Singapurczycy mogą cieszyć się wolnością wypowiedzi i zgromadzeń, ale prawa te mogą zostać zawieszone rozporządzeniami. Młodzi ludzie wiedzą, że rząd może śledzić komunikatory, więc zamiast na Messengerze wolą pisać na szyfrowanym Signalu czy Telegramie. Singapur jest też dopiero na 151 miejscu na świecie pod względem wolności prasy.

Mimo wszystko jest to jednak demokracja i rząd nie mógłby, nawet w obliczu epidemii, pozwolić sobie na taką kontrolę obywateli, jak Komunistyczna Partia Chin. O aplikacjach do śledzenia obywateli czy rozpoznawania twarzy nie było tam mowy.

Jednak kiasu napędzało rządzących do tego, by do walki z wirusem wykorzystać technologie. Zabrała się za to rządowa organizacja GovTech. Agencja ta zajmuje się wykorzystaniem zaawansowanych technologii, aby modernizować zaśniedziałe procesy w administracji. I, co ważne, sama takie rozwiązania wdraża. Tym razem postawili na specjalną aplikację TraceTogether.

Wyobraźnia podsuwa obraz niezwykle zaawansowanej technologii rodem z science-fiction czy Wielkiego Brata w smartfonie. W rzeczywistości TraceTogether to prosty produkt, oparty na rozwiązaniach znanych od lat. I właśnie w tej prostocie tkwi tajemnica jego sukcesu. Apka wykorzystuje Bluetooth do przekazywania tokenów pomiędzy smartfonami. Jeśli spotyka się dwoje ludzi, którzy mają zainstalowaną tę aplikację, ich smartfony automatycznie łączą się ze sobą i zatrzymują informacje o tym spotkaniu w zaszyfrowanej bazie danych. Baza ta znajduje się tylko w telefonie, a informacja o spotkaniu pozostaje w niej przez 21 dni, czyli tyle, ile z zasady jest groźny wirus. 

Jeśli użytkownik zachoruje na koronawirusa, może podzielić się tą informacją i danymi z aplikacji z Ministerstwem Zdrowia. Urzędnicy otrzymają numer identyfikacyjny z aplikacji, który będą mogli połączyć z numerem telefonu, pod którym zarejestrował się użytkownik. Dzięki temu zatelefonują do każdego, kto znajdował się w bliskim sąsiedztwie zakażonej osoby i poinformują ją o niebezpieczeństwie oraz konieczności wykonania testu.

Co ważne aplikacja nie potrzebuje dostępu do Internetu czy lokalizacji GPS, więc nie trzeba obawiać się o połączenie danych tokenów z danymi o lokacji, czy odwiedzanymi stronami. Aplikacja nie ma dostępu do zdjęć, kontaktów, aplikacji bankowych, czy portfela kryptowalut. Sam mam ją na swoim telefonie od momentu, kiedy trafiła do sklepu z aplikacjami. Póki co resort zdrowia do mnie nie zadzwonił. 

Protokół, o który oparta jest aplikacja, został już udostępniony za darmo, więc każdy kraj może samodzielnie uruchomić własną implementację. I na nim swoje prace oparli polscy programiści współpracujący z rządem nad ProteGO. 

W przypadku TraceTogheter kluczowe było zbudowanie masy krytycznej. Im więcej użytkowników, tym większa skuteczność. W Singapurze do tej pory pobrano ją ponad milion razy.  

Instalację aplikacji zalecają pracownikom lokalne oddziały HR. Techniczna dyskusja o jej działaniu jest jednym z najpopularniejszych postów na singapurskim Reddicie, a stronę z recenzjami w Google Play wypełniają pochwały i konstruktywne propozycje ulepszeń.

– Aplikacja jest genialna i może zatrzymać rozprzestrzenianie się wirusa. Proszę, pobierzcie ją! To tylko chwila, a może uratować życie twoje i moje – czytamy na Reddicie.

– Świetna inicjatywa! Dodatkowo aplikacja mogłaby wyświetlać liczbę kontaktów i porównywać ją z innymi użytkownikami. Statystyki o porze dnia, czy dniu tygodnia mogłyby być naprawdę wartościowe – mówi jedna z najbardziej plusowanych recenzji w sklepie.

Rząd Singapuru już myśli, jak wyeksportować pomysł w świat. – Covid-19 nie przejmuje się granicami państw. Podobnie nasza odpowiedź na niego nie powinna pozostawać w granicach jednego kraju – piszą twórcy aplikacji.

Tylko nie porażka 

Globalne ambicje ma także Zhi Peng Lee. Nie byłby startupowcem z krwi i kości, a do tego napędzanym kiasu, gdyby nie wyczuł w swoim lokalnym sukcesie szansy na sukces globalny. - Chciałbym wystartować w Stanach, ale na razie zdecydowanie bliżej są Niemcy. Tam mamy już praktycznie gotową stronę - zapowiada. Co go powstrzymuje? Regulacje prawne dotyczące prywatności. - Niemcy to pierwszy kraj, gdzie więcej czasu spędzamy na usuwaniu danych, niż na ich zbieraniu - wyjaśnia.

Podkreśla, że stosunek do prywatności w Europie i Azji różni się diametralnie. W Singapurze możemy liczyć na mnóstwo detali o życiu nosiciela, a w Niemczech nie można podać nawet jego dokładnego wieku. Dlatego części rozwiązań z Singapuru nie będzie można przenieść do innych krajów. - Jesteśmy unikalni. Singapur rzucił ogromne środki na walkę z wirusem, a mówimy o małym kraju, gdzie wszystko łatwo jest monitorować. Na dodatek wierzymy swoim politykom, że zrobią wszystko abyśmy przetrwali kryzys. Takie zaufanie buduje się latami - podsumowuje startupowiec. 

Singapurscy politycy zarządzają państwem podobnie, jak Lee rozwija swój startup. Przede wszystkim nie chcą być zapamiętani jako kiasu, którzy ponieśli porażkę. I choć jak wyliczyli analitycy z Harvardu, w Singapurze wyłapano trzy razy więcej przypadków COVID niż w 19 innych analizowanych państwach, to i tak rząd uznał, że same technologie to za mało. 

Dlatego ten artykuł kończę pierwszego dnia obowiązkowej kwarantanny. Przez najbliższe tygodnie będę wychodził tylko do sklepu i pobiegać. Rozważa się dalsze ograniczenie spotkań ludzi, którzy nie dzielą ze sobą życia. Nie będzie można nawet zapraszać przyjaciół. Wszystko po to, aby w ciągu czterech tygodni zidentyfikować wszystkich zakażonych i piątego maja postawić gospodarkę na nogi. 

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst