SW+

Wsiadajcie na pokład! Zabieramy was DeLoreanem do przyszłości i przeszłości na raz

969 interakcji
dołącz do dyskusji

35 lat od premiery Powrotu do przyszłości”, gdy ta przyszłość już nadeszła, wciąż nie doczekaliśmy się ani latających samochodów, ani nawet masowej produkcji DeLoreanów. Może i dobrze. Ale za to oryginały tych legendarnych samochodów mamy i w Polsce.

Kiedy Emmett Brown czyli szalony naukowiec zwany Doc na opustoszałym parkingu handlowym 26 pażdziernika 1985 roku o godzinie 1.18 w nocy wyłania się z dymu w dziwnym, srebrnym samochodzie z wiele mówiącą tablicą rejestracyjną “Outatime” nie tylko Marty McFly od razu wie, że nie mamy do czynienia ze zwykłym autem. A gdy samochód ten rozpędza się do 88 mil na godzinę i przenosi się o minutę w przyszłość już wiadomo, że wejdzie do historii. Dosłownie i w przenośni. 

Choć od premiery Powrotu do przyszłości” właśnie mija 35 lat to DeLorean, który zagrał w tej trylogii wehikuł do podróży w czasie do dziś budzi emocje. Ale choć w połowie lat 80. był pokazywany jako futurystyczna machina to tak naprawdę był on raczej niespecjalnie udanym eksperymentem motoryzacyjnym.

DeLoreany kojarzy chyba każdy, ale mało kto widział je na żywo. Nic dziwnego. Okazały się być pojazdem tak dziwnym, tak nie dopasowanym do swojej epoki, że nadawał się de facto tylko jako rekwizyt filmowy. Jako auto stworzone przez niezależnego producenta, drogie i znacząco odbiegające od ówczesnej mody w teorii powinien być skazany na los nieco starszego Bricklina SV-1. Równie futurystycznego w kształcie i pomyśle ale dziś praktycznie zapomnianego auta z końcówki lat 70. I choć Bricklin też względną sławę zdobył po zaprzestaniu produkcji to dziś nawet te egzemplarze, które przetrwały budzą nikłe zainteresowanie. 

fot. Tomasz Domański

Inaczej potoczyły się jednak losy DeLoreanów. A wszystko dzięki Roberstowi Zemeckisowi, młodemu i ambitnemu reżyserowi, który z pomysłem na film o podróży w czasie pukał przez kilka lat do wielu studiów i był wciąż odsyłany z kwitkiem. Wreszcie jednak po sukcesie komedii Miłość, szmaragd i krokodyl” jego pomysł poparł sam Steven Spielberg.

Spodobał mu się także plan by wehikułem został faktycznie produkowany dosyć dziwny samochód. W efekcie, zamiast zapomnianym dziwadłem z przeszłości motoryzacji DeLorean, stał się pojazdem kultowym i symbolem naszych marzeń o tym jak wyglądać ma przyszłość. 

Jeśli chcesz przerobić samochód na wehikuł czasu, to czemu nie zrobić tego z klasą?*

Podobno DeLorean trafił na plan Powrotu do przyszłości” przez przypadek. Początkowo maszyną do podróży w czasie miała być lodówka ale Zemeckis zaczął się obawiać, że dzieciaki zainspirowane filmem zaczną zamykać się w tych urządzeniach. Kiedy John Z. DeLorean twórca dziwnego auta i właściciel przedsiębiorstwa DMC w 1982 r. trafił za kratki za handel kokainą jego dziwne auto trafiło na pierwsze strony gazet. I właśnie ten skandal zwrócił uwagę Zemeckisa. 

Gdyby nie walizka z kokainą Marty McFly zapewne nigdy nie wypowiedziałby słynnego zdania o stylowym podróżowaniu w czasie: - Chcesz mi powiedzieć, że przerobiłeś... DeLoreana na wehikuł czasu?

Historia z kokainą była gwoździem do trumny dla przedsięwzięcia motoryzacyjnego jakim był DMC-12. W narkotykach John DeLorean szukał szansy na uratowanie finansów firmy, która tonęła przez szereg niesprzyjających okoliczności. Tyle, że to właśnie upadek twórcy auta stał się początkiem jego legendy.

fot. Tomasz Domański

DMC-12 w czasie swojej produkcji nie miał lekko. Pierwsze egzemplarze powstawały w atmosferze chaosu organizacyjnego. Funkcjonowanie zbudowanej w Irlandii Północnej fabryki zakłócały lokalne konflikty a przede wszystkim działalność IRA. Efekt: pierwsze egzemplarze, które trafiły do Ameryki w 1981 r., nie grzeszyły jakością, często trzeba było je poprawiać w serwisie, przed wydaniem ich klientom. 

Mimo wszystko rynkowe początki były niezłe. DeLoreany dobrze sprzedawały się dzięki niezwykłemu wyglądowi, otwierane do góry drzwi robiły w latach 80. spore wrażenie. Nie odstraszała nawet dwukrotnie wyższa niż zakładano cena. DMC-12 to nie był przypadkowy zlepek skrótu nazwy producenta i jakiejś liczby. DeLorean miał kosztować właśnie 12 tys. dolarów, ale jak to zwykle bywa przy tworzeniu nowych przedsiębiorstw motoryzacyjnych, koszty szybko poszły w górę i cena musiała urosnąć do 25 tys. dolarów.

fot. Tomasz Domański

Z czasem jakość produkowanych w Irlandii Północnej aut się poprawiła. Niestety niestabilną, młodą firmę zaczęły pogrążać zawirowania na rynkach finansowych. Wobec szalejącej inflacji, zniechęcającej ludzi do zakupu dwumiejscowego auta do szpanu i dramatycznie niekorzystnego kursu funta względem dolara, DeLoreany zaczęły zalegać na placach. Firma utraciła płynność finansową. Samochody stały niesprzedane, a serwisy nie otrzymywały np. pieniędzy należnych za akcje serwisowe czy naprawy gwarancyjne. Po zatrzymaniu Johna DeLoreana krótka historia produkcji DMC-12 zakończyła się z hukiem.

Zanim jednak DeLoreany na dobre zniknęły z rynku udało się jednak firmie wyprodukować około 9 tys. egzemplarzy. Teraz porozsiewane po świecie są niezłą gratką nie tylko dla fanów starej motoryzacji ale przede wszystkim dla wszystkich, którzy też chcieliby w nie wsiąść i przenieść się w czasie. 

A wcale nie trzeba ich daleko szukać. Jest też kilka sztuk w Polsce. A dokładniej według systemu CEPiK jest ich siedem. Tyle, że niemal każdy z egzemplarzy widnieje w rejestrze pod inną nazwą, będącą wariacją tej oryginalnej. 

Drogi? Tam, gdzie zmierzamy, nie potrzebujemy dróg.

3 z nich znajdują się w rąkach jednego kolekcjonera. Classic Car Krzysztof Kuliński to firma zajmująca się produkcją niedostępnych części do samochodów zabytkowych, a także importem i sprzedażą nietypowych klasyków. Jej właściciel, jako pierwszy sprowadzał do Polski DeLoreany i zna je od podszewki.

fot. Tomasz Domański

W spotkaniu z DeLoreanami najciekawsze jest dostrzeżenie jak doskonale to auto wpasowało się w film, jego przekaz i klimat. Świetnie łączy w sobie proste rozwiązania lat 80. i ówczesny futuryzm, dodając do tego oczywiście kilka dróg na skróty i zabaw stereotypami. 

Zacznijmy od tego, co jest w DeLoreanie normalne i zgodne z jego dekadą. Lata 80. w amerykańskiej motoryzacji, choć odgrywają drugorzędną rolę w filmach, są w nich ciekawie zarysowane. 1985 r. to czasy, kiedy producenci ze Stanów Zjednoczonych nadal nie do końca podnieśli się po tzw. malaise era. Po kryzysie paliwowym w 1973 r. w amerykańskiej motoryzacji nastąpił dosyć trudny moment.

Przez dekady producenci zza wielkiej wody wytwarzali pojazdy ciężkie, napędzane przez ogromne, paliwożerne silniki. To działało dopóki benzyna była tania. Nagły wzrost cen na stacjach na początku lat 70. i zmiana preferencji klientów zastała amerykańskie korporacje kompletnie nieprzygotowane. Niespodziewanie mniejsze, oszczędniejsze europejskie i japońskie samochody zaczęły wypierać krajowe dinozaury. A amerykańskie krążowniki szos nagle przestały być marzeniem

fot. Tomasz Domański

Próbując ratować sytuację Amerykanie zaczęli montować słabsze, mniejsze silniki. Problem w tym, że zwyczajnie nie mieli opracowanych odpowiednio wydajnych jednostek, które pozwoliłyby na uzyskanie zadowalających mocy z mniejszych pojemności. W efekcie amerykańskie samochody przestały być mocne, a często stawał się wręcz śmiesznie słabe.

Jednocześnie nadal paliły za dużo, a w 1979 r. złą sytuację pogorszył kolejny wzrost cen paliw. Na dobrą sprawę amerykańscy producenci nigdy tak do końca nie podnieśli się po tym ciosie i odbija im się on czkawką do dziś.

Zwróćcie uwagę jakie pojazdy są synonimem sukcesu w filmowym 1985 r. Marty McFly marzy może o pickupie, Fordzie lub Chevrolecie? Nie. Szczytem jego marzeń jest Toyota. Każda postać, która radzi sobie w życiu, ma importowany samochód. Gdzie pojawiają się samochody amerykańskie? W rękach nudnych tatusiów albo na zniszczonym, patologicznym osiedlu pokazanym w dystopijnym, alternatywnym 1985 roku. 

Do zobaczenia w przyszłości… albo przeszłości.

Z obrazu wyłamują się tylko dwa wątki samochodowe, które można przypisać specyficznemu gustowi scenarzystów i reżysera. Libijscy terroryści jeźdzą Volkswagenem T2 jakby byli hipisami. Natomiast latający Citroen DS jest taksówką w 2015 roku, co można odczytać jako drobny hołd dla ponadczasowej i nietypowej linii tego wozu. Swoją drogą, drugi egzemplarz pali się na wspomnianej już patologicznej wersji rodzinnego osiedla Marty’ego.

fot. Tomasz Domański

Wracając do sedna - w 1985 roku szczytem marzeń głównego bohatera jest auto japońskie, co w pełni zgadza się z ówczesną sytuacją rynkową w Stanach Zjednoczonych. Po prostu niezawodne i niedrogie w utrzymaniu auta z kraju kwitnącej wiśni były o wiele bardziej pożądane niż przestarzałe technicznie produkty amerykańskie. Scenarzyści podkreślili ten wątek pewną sceną rozgrywającą się w przeszłości. Doktor Brown z 1955 roku ku zdziwieniu Marty’ego gardzi japońskimi urządzeniami. Ot, takie drobne zaznaczenie zmiany w postrzeganiu produktów z Azji na przestrzeni kilku dekad. Od tandety do synonimu jakości.

Jak w ten obraz wpisuje się DeLorean? Wygląda europejsko, a więc potencjalnie jako pożądany towar. Umieszczony centralnie silnik to znany i względnie lubiany motor PRV. V6, które miało być V8, ale kryzys paliwowy wymusił zmianę planów. W efekcie jest to jednostka o dziwnym jak na sześciogarowca kącie rozwarcia cylindrów, wynoszacym aż 90 stopni. Motor PRV, jako wykorzystywany przez Peugeota, Renault i Volvo, nie jest zdecydowanie jednostką zbyt dziwną czy trudną w naprawie. Duża popularność oznacza też przyzwoity dostęp do części, nawet pomimo tego, że w nierdzewnym klinie wylądował wariant zmodyfikowany na zamówienie DeLoreana, o pojemności 2,85 l, produkowany w zakładach Renault. Francuskiej produkcji była także skrzynia biegów.

fot. Tomasz Domański

Problemów w serwisie nie powinien też nastręczać układ wtryskowy. To K-Jetronic Boscha. Owszem to mechaniczny wtrysk ale trzeba mu oddać jedno - sprawia, że części układu paliwowego do rzadkiego i drogiego DeLoreana są dostępne i stosunkowo tanie. Przynajmniej w zestawieniu z ceną zakupu dobrego egzemplarza, oscylującą w okolicach 200 tys. zł.

W kwestii części zamiennych nie wróżymy, to doświadczenie Krzysztofa Kulińskiego.  Mechanika DeLoreana, dzięki wykorzystaniu popularnych europejskich komponentów, nie stanowi problemu podczas renowacji. Kłopoty mogą się pojawić dopiero przy tym, co futurystyczne. Ale o tym za chwilę. 

Jeśli moje obliczenia są prawidłowe, kiedy ta dziecinka przekroczy 88 mil na godzinę, zobaczysz coś coś niezwykłego.

Skoro mowa już o mieszance europejskich części DeLorean miał pecha do doboru producenta osprzętu elektrycznego. Zanim jednak zajmę się źle zamontowanymi kabelkami, warto szybko przypomnieć kim był Giorgetto Giugiaro czyli projektant odpowiedzialny za wygląd tych samochodów. To włoski projektant, uznany pod koniec XX wieku za najbardziej wpływowego samochodowego designera całego stulecia.

W latach 70. i 80. stał się papieżem designu opartego na prostych kątach i pudełkowatych kształtach. Poza DeLoreanem odpowiadał też za pierwszego Golfa, Passata i Scirocco, odpowiadał za wiele modeli Alfy Romeo, Maserati i koncepcyjne Lamborghini. Powszechne jest też twierdzenie, że Polonez, którego pierwotna bryła mocno przypomina wspomniane konstrukcje, jest dziełem Giugiaro, ale dokumenty wskazują raczej na to, że był projektem raczej Centro Stile Fiat.

fot. Tomasz Domański

Nie są to oczywiście jedyne modele, które zaprojektował Giorgetto. Wystarczy wspomnieć pierwszego Fiata Pandę czy Uno. Tyle, że obok świetnego wyczucia stylu bywał też leniwy. Giugiaro lubił korzystać z jednego patentu dla kilku aut. Bryła Alfy Romeo Alfasud zaskakująco przypomina bryłą Golfa 1, a Lancia Delta stworzona po autach dla Volkswagena nadal korzysta z tego samego patentu na nadwozie, co wspomniane wcześniej wozy. I w przypadku DeLoreanów widać takie podejście, a konkretnie widać wizualną bliskość do Maserati Medici. 

Wracając do technikaliów: wybór Brytyjczyków na dostawców świadczy o naiwności kierownictwa firmy lub bardzo intensywnym cięciu kosztów. Już wówczas wyspiarze byli znani z tragicznej jakości podzespołów elektrycznych. Miało to nawet swoje odwzorowanie w filmie. 

fot. Tomasz Domański

W pierwszej części, kiedy Marty musi zdążyć ruszyć idealnie o ustalonej porze by rozpędzić się do 88 mil/h w momencie uderzenia pioruna DeLorean nagle gaśnie i nie chce nawet zakręcić rozrusznikiem. To zresztą niejedyny problem generowany przez korzystanie z brytyjskich części. Także np. wykorzystane we wnętrzu przyciski z Roverów niespecjalnie chcą trzymać się w odpowiednim miejscu i ładnie pasować.

Swoją drogą, jeśli chodzi o pasowanie - to też było właściwe dla lat 80. To czasy kiedy jedynie nieliczne firmy naprawdę precyzyjnie składały blachy czy wnętrza. Generalnie szpary nadwozia były większe niż te, do których jesteśmy dziś przyzwyczajeni. DeLoreany w pełni wpisują się pod tym kątem w epokę, a nawet trochę odstają w dół od średniej. Niezgrywające się przetłoczenia czy klapa bagażnika, która skrzypi i haczy o nosek - to nie są zaskakujące rzeczy, czy pozostałości po wypadkowej przeszłości.

fot. Tomasz Domański

Wszystkie trzy auta, które zobaczyliśmy u Kulińskiego, pomimo świetnego stanu, miały tu i tam różne nieścisłości związane z pasowaniem. I nie ma co z tym walczyć restaurując DeLoreana. Tylko zabiłoby to jego klimat. To samo zresztą tyczy się wnętrza DeLoreana, które trudno nazwać ekskluzywnie wykończonym. Nie jest brzydkie, ale trzyma raczej ówczesne amerykańskie standardy jakości i spasowania.

Futuryzm w wykonaniu DeLoreana wręcz doskonale komponuje się z naiwną, komiksową wizją przyszłości z Powrotu do przyszłości”. Według scenarzystów już de facto 5 lat temu czyli w 2015 roku samochody miały latać i w większości wyglądać jak auta koncepcyjne prezentowane na targach w latach 80. Wtedy nadwozia jednobryłowe, o regularnych obłych kształtach wydawały się być jedyną drogą. Na szczęście stylistyka samochodowa okazała się być nieco bardziej finezyjna.

fot. Tomasz Domański

Nadal jednak nie poruszamy się ani latającymi autami. Ani nawet deskami. Automatyzacja nie jest aż tak powszechna jak w filmie, a telewizja nie jest główną rozrywką młodego pokolenia. Zemeckis i Gale za to zaskakująco trafnie przewidzieli istnienie technologii SmartHome.

Wróćmy jednak do aut. W ich kwestii - wbrew pozorom - scenariusz nie zajmuje prawie żadnego stanowiska, może poza tym, że niegrzeczni chłopcy w przyszłości nadal jeżdżą BMW, zupełnie jak w wiecznie żywych stereotypach. Dlaczego Delorean ma pasować do tej wizji? Przede wszystkim filmowy 2015 rok to świat pełen bezużytecznych urządzeń i gadżetów. Pepsi, która sama pojawia się na stoliku w barze czy ruchome ekrany przysuwające się do klienta. To niby ciekawe rozwiązania, ale czy naprawdę do czegokolwiek potrzebne? 

Poza tym dzięki nierdzewnej stali rozproszenie cząsteczek… 

Podobnie jak nierdzewne, drogie poszycie nadwozia DeLoreana. Wygląda ciekawie, eliminuje problem korozji, ale ma też szereg wad. Elementów ze stali nierdzewnej nie da się wyklepać, trzeba wymieniać. Z tego względu np. występuje problem z błotnikami do DeLoreanów. Wystarczy, że coś spadnie w garażu i już trzeba wymieniać. Poza tym nierdzewka jest po prostu droga. Dlatego producenci aut zaczęli stosować poszycia inne niż ze zwykłej stali. Stawiają na aluminium lub plastik, jako rozwiązania bardziej efektywne pod kątem kosztów i redukujące masę auta. DeLorean owszem wyprzedził epokę, ale nieco przestrzelił ze swoim pomysłem.

fot. Tomasz Domański

Niezwykłą jak na tamte czasy rzeczą jest także dodatkowy licznik pozwalający zweryfikować prawdziwość przebiegu DeLoreana. Długo przed współczesnymi autami, w których nalot można zweryfikować dzięki odczytom z kilku podzespołów. W czasach łatwych do przekręcenia bębenków DeLorean montował… licznik zużycia sondy lambda. Znajduje się pod kolumną kierowniczą i wprawny znawca aut marki może z jego pomocą potwierdzić przebieg pokazywany przez główne zegary.

Zaskakującym dla przeciętnego klienta rozwiązaniem było też połączenie modnego klinowatego nadwozia ze wspomnianymi drzwiami podnoszonymi do góry. Miało to ułatwić wsiadanie osobom wysokim, co ma dużo sensu w aucie tak niskim jak DeLorean. Nie jest to jednak rozwiązanie tak futurystyczne, jak mogłoby się wydawać. Pojawiło się wcześniej już w Mercedesie 300 SL, Bricklinie SV-1, a nawet Melkusie zbudowanym w NRD.

fot. Tomasz Domański

Skoro już mowa o niezwykłym nadwoziu, użycie stali nierdzewnej nie oznacza, że DeLorean jest zupełnie wolny od problemu rdzy. Rama auta jest wykonana ze zwykłej stali, która może korodować i bardzo często to robi. Wraz z niewyklepywalnymi elementami poszycia jest tym, co powinno najbardziej zaprzątać głowę kolekcjonera kupującego DeLoreana. 

Części mechaniczne są dostępne, elementy wnętrza można dokupić lub naprawić, ale odbudowa ramy i nadwozia to bardzo kosztowna sprawa. Na szczęście wykonalna, m. in. dzięki temu, że współcześnie istnieje firma Delorean Motor Company, posiadająca prawa do marki i produkująca wiele niezbędnych części, a także szereg przedsiębiorstw zajmujących się handlem i dorabianiem podzespołów. 

No cóż fanów trylogii Zemeckisa nie brakuje a nie jeden z tych bardziej zakręconych zainwestował w oryginalny samochód sprzed trzech dekad. 

fot. Tomasz Domański

W Holandii znajduje się DeLorean Europe, zajmujące się zarówno odbudową aut od podstaw, jak i produkcją części, w tym także modyfikacjami. Jedną z ważniejszych, jak udało nam się dowiedzieć od Krzysztofa, jest zestaw obniżający przednie zawieszenie. Podobno znacząco poprawia prowadzenie względem samochodu w fabrycznej kompletacji i można go uznać za jazdę obowiązkową. To zresztą jest wspaniałe w DeLoreanach. Choć wyprodukowano ich zaledwie kilka tysięcy, większa część istnieje do dziś, a wsparcie techniczne i społeczność miłośników jest bardzo prężna.

Najpierw włącza się obwody czasowe. Wystarczy wpisać datę, która cię interesuje.

Najciekawsze jest to, że DeLorean w teorii był skazany na los swojego duchowego ojca, Bricklina SV-1. Konstrukcji niezależnej, niezwykłej i zupełnie zapomnianej. Gdyby nie wpadka z koksem i trylogia o Docu i Martym prawdopodobnie nikt by go nie chciał. Bez statusu ikony popkultury większośc aut wykończyłby brak odpowiednio przygotowanych serwisów i niedobory części zamiennych. Ostatnie istniejące egzemplarze potem kończyłyby jak Bricklin SV-1, wystawione na OLX za 36 tys. zł. Bez ofert kupna. 

fot. Tomasz Domański

Dzięki Zemeckisowi tak sie nie stało, ale czy DeLorean zasłużył sobie na swój status czymkolwiek poza rolą w filmie? Zdania są podzielone. Pomysł ze stalą nierdzewną był bezdyskusyjnie niezwykły, ale reszta auta nie budzi już tak jednoznacznych opinii. Zdaniem jednych jest po prostu beznadziejna. Silnik, osiągający zaledwie 132 KM, zapewnia bardzo przeciętne osiągi, a fabryczne, nie obniżone zawieszenie gwarantuje mierne prowadzenie. Dodajmy do tego słabą jakość wczesnych egzemplarzy i wychodzi nam auto tyleż pomysłowe, co... niepraktyczne.

Innego zdanie ma jednak Kuliński. Należy do stronnictwa, które uznaje DeLoreana za auto od początku stworzone jako bulwarówkę, a nie wóz sportowy do upalania na torze. A w roli wozu do szpanu DMC-12 sprawdza się więcej niż dobrze. Ma odpowiednio brzmiący silnik, świetny, zwracający uwagę wygląd, drzwi podnoszące się jak skrzydła ptaka i wygodne fotele. Do tego po obniżeniu przedniego zawieszenia podobno prowadzi się bardzo przyzwoicie.

fot. Tomasz Domański

Jedno jest pewne: DeLorean to ikona popkultury i naiwnej wiary w świetlaną przyszłość, spełnianie marzeń i bycie kowalem własnego losu. To auto-symbol, zabierające za jednym zamachem i w te trochę niewinne lata 80. i w przyszłość, która jest teoretycznie już dzisiaj ale jednak o wiele mniej fantastyczna niż sobie to wyobrażaliśmy.

Dlatego nie warto się przejmować tym, czy silnik PRV odpowiednio podaje, a brytyjska elektryka dziś zadziała. Nikt nie jeździ DMC-12 po bułki. Chyba, że do roku 1955. 

*Śródtytuły to oczywiście cytaty z filmowej trylogii o podróżach w czasie

Tagi:
przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst