REKLAMA

Muzyk „spłakał” się, bo nikt nie kupuje jego płyt. „Lipa” pokazał, że rozumie internet. A ja rozumiem jego rozżalenie

Internet rzucił się na lidera Illusion i Lipali, bo ten „poskarżył” się, że fani nie kupili jego najnowszej solowej płyty. W płaczliwym, jak oceniają to niektórzy, tonie kryje się jednak słuszna krytyka internetowego zaangażowania i popularności.

muzyka w sieci
REKLAMA

Tomasz „Lipa” Lipnicki wypuścił na rynek 3 tys. egzemplarzy swojego solowego albumu. Sprzedało się nieco ponad tysiąc, co nie pozwoliło nawet pokryć poniesionych kosztów. Komercyjna klapa jest akurat w polskiej branży czymś normalnym, wszak powstają o niej nawet piosenki:

REKLAMA

Wielu artystów liczy się z tym, że płyty są tylko pretekstem, aby później móc sprzedawać bilety na koncerty – i wielokrotnie mówił o tym ktoś taki jak Kazik, który nie ma problemów zarówno z pozbyciem się nakładu, jak i wyprzedawaniem koncertowych sal.

REKLAMA

Tyle że lider Illusion i Lipali zwrócił uwagę na coś innego. Jak to jest, że obserwuje go 13 tys. sympatyków, a płytę kupuje tylko tysiąc? Dość emocjonalny post stał się przedmiotem szydery. Moim zdaniem niesłusznie, bo „Lipa” wskazał uwagę na powszechny problem, jaki muzyka – i nie tylko muzyka - ma z internetem.

REKLAMA

Michał Jarecki zastanawia się, dlaczego Tomasz Lipnicki założył, że „każdy, kto kiedyś kliknął Lubię to, zadeklarował się od razu jako fan, który powinien przecież chcieć zakupić fizyczne wydanie solowego albumu”. A moim zdaniem to mimo wszystko rozsądne założenie. Mówimy przecież o dość skromnym profilu, wąskim, zaufanym gronie. Oczywiście nie każdy musi kupić płytę, ale już te 3 tysiące powinny się uzbierać. Przynajmniej. Bo czemu nie? To logiczne, że śledzi się muzyków, których się szanuje i słucha.

Wszyscy śmieją się z boomera, który nie rozumie internetu i nie wie, że lajk to nie to samo, co kup teraz

Ale chcąc nie chcąc „Lipa” dotknął istotnego problemu, jakim jest slaktywizm. Pozorne zainteresowanie tematem, które nic nie kosztuje: nie tylko pieniędzy, ale i zwykłego wysiłku. Spotykam się z tym na co dzień, chodząc na wydarzenia, które na Facebooku mają po 100-150 biorących udział, a na miejscu jest 1/10 tego. Internet rozleniwia, zniechęca do jakiegokolwiek działania. To duży problem, który oddziałuje także na inne dziedziny naszego życia.

REKLAMA

Włącza mi się muzyczny idealizm. Ja sam mam takie podejście – jeśli obserwuję danego artystę, to znaczy, że interesuje mnie jego twórczość i chcę go wspierać. Na przestrzeni lat zmieniają mi się idole, ale podejście zostaje. Dlatego nie widzę niczego dziwnego ani śmiesznego w tym, że artysta ma wrażenie, że jego profil obserwują fani, którzy potem kupują płytę. Potem do sklepu idzie tylko garstka Polaków. Również tego nie rozumiem.

A co jeśli to szerszy problem – bo o nowej płycie nie dowiedzieli się nawet ci, którzy obserwują „Lipę”, bo algorytmy ukryły treści, jak mają to w zwyczaju? Post muzyka prowokuje wiele tematów do dyskusji, na przykład o tym, jak dziś można w świecie algorytmów, sponsorowanych postów dotrzeć do nowego słuchacza. Nie mówiąc o starym, wiernym odbiorcy.

Przykra jest też recepta, jaką podrzucają fani

Skoro nie sprzedają się płyty, to wrzuć je na platformy streamingowe. No nie, tak to nie działa – odtworzenie piosenki w Spotify to od około 0,006 do 0,0084 dol.  To żadne wsparcie.

REKLAMA

Najwyraźniej jednak wygoda platform tak wpłynęła na myślenie fanów, że ci nie są w stanie zrozumieć, że współczesna muzyka potrzebuje alternatywy. Jak widać i Facebook, i Spotify betonują, nie pozwalając dotrzeć do słuchaczy – to olbrzymi problem, który przykrywa się szyderą z artysty, który rzekomo myśli, że wszystko mu się należy. A chyba nie o to chodziło w poście „Lipy”.

Tak samo nietrafione są porównania do zalajkowania profilu sprzedającego biżuterię, redakcji gazety czy jakiegokolwiek innego. Muzyka – tu znowu wychodzi mój idealizm – kieruje się czymś zupełnie innym. Tyle że internet całkowicie to wymazał, podporządkowując ją takim samym regułom jak wszystko inne.

REKLAMA

Szkoda, bo przecież wraz z wejściem takich platform jak Spotify liczyliśmy, że oto każdy będzie mógł zrobić karierę i niszowy artysta z Buenos Aires będzie słuchany wśród swoich rodaków, jak i Polsce. Nic bardziej mylnego, bo algorytmy go nie dopuszczą, a nawet jeśli, to dostanie głodową stawkę za odtworzenie piosenki. Niech się cieszy, że ktoś go zauważył i polajkował, nie?

Adam Bednarek
Redaktor
REKLAMA
REKLAMA