Media  /  Felieton

Muzyk „spłakał” się, bo nikt nie kupuje jego płyt. „Lipa” pokazał, że rozumie internet. A ja rozumiem jego rozżalenie

muzyka w sieci
305 interakcji
dołącz do dyskusji

Internet rzucił się na lidera Illusion i Lipali, bo ten „poskarżył” się, że fani nie kupili jego najnowszej solowej płyty. W płaczliwym, jak oceniają to niektórzy, tonie kryje się jednak słuszna krytyka internetowego zaangażowania i popularności.

Tomasz „Lipa” Lipnicki wypuścił na rynek 3 tys. egzemplarzy swojego solowego albumu. Sprzedało się nieco ponad tysiąc, co nie pozwoliło nawet pokryć poniesionych kosztów. Komercyjna klapa jest akurat w polskiej branży czymś normalnym, wszak powstają o niej nawet piosenki:

Wielu artystów liczy się z tym, że płyty są tylko pretekstem, aby później móc sprzedawać bilety na koncerty – i wielokrotnie mówił o tym ktoś taki jak Kazik, który nie ma problemów zarówno z pozbyciem się nakładu, jak i wyprzedawaniem koncertowych sal.

Tyle że lider Illusion i Lipali zwrócił uwagę na coś innego. Jak to jest, że obserwuje go 13 tys. sympatyków, a płytę kupuje tylko tysiąc? Dość emocjonalny post stał się przedmiotem szydery. Moim zdaniem niesłusznie, bo „Lipa” wskazał uwagę na powszechny problem, jaki muzyka – i nie tylko muzyka - ma z internetem.

Michał Jarecki zastanawia się, dlaczego Tomasz Lipnicki założył, że „każdy, kto kiedyś kliknął Lubię to, zadeklarował się od razu jako fan, który powinien przecież chcieć zakupić fizyczne wydanie solowego albumu”. A moim zdaniem to mimo wszystko rozsądne założenie. Mówimy przecież o dość skromnym profilu, wąskim, zaufanym gronie. Oczywiście nie każdy musi kupić płytę, ale już te 3 tysiące powinny się uzbierać. Przynajmniej. Bo czemu nie? To logiczne, że śledzi się muzyków, których się szanuje i słucha.

Wszyscy śmieją się z boomera, który nie rozumie internetu i nie wie, że lajk to nie to samo, co kup teraz

Ale chcąc nie chcąc „Lipa” dotknął istotnego problemu, jakim jest slaktywizm. Pozorne zainteresowanie tematem, które nic nie kosztuje: nie tylko pieniędzy, ale i zwykłego wysiłku. Spotykam się z tym na co dzień, chodząc na wydarzenia, które na Facebooku mają po 100-150 biorących udział, a na miejscu jest 1/10 tego. Internet rozleniwia, zniechęca do jakiegokolwiek działania. To duży problem, który oddziałuje także na inne dziedziny naszego życia.

Włącza mi się muzyczny idealizm. Ja sam mam takie podejście – jeśli obserwuję danego artystę, to znaczy, że interesuje mnie jego twórczość i chcę go wspierać. Na przestrzeni lat zmieniają mi się idole, ale podejście zostaje. Dlatego nie widzę niczego dziwnego ani śmiesznego w tym, że artysta ma wrażenie, że jego profil obserwują fani, którzy potem kupują płytę. Potem do sklepu idzie tylko garstka Polaków. Również tego nie rozumiem.

A co jeśli to szerszy problem – bo o nowej płycie nie dowiedzieli się nawet ci, którzy obserwują „Lipę”, bo algorytmy ukryły treści, jak mają to w zwyczaju? Post muzyka prowokuje wiele tematów do dyskusji, na przykład o tym, jak dziś można w świecie algorytmów, sponsorowanych postów dotrzeć do nowego słuchacza. Nie mówiąc o starym, wiernym odbiorcy.

Przykra jest też recepta, jaką podrzucają fani

Skoro nie sprzedają się płyty, to wrzuć je na platformy streamingowe. No nie, tak to nie działa – odtworzenie piosenki w Spotify to od około 0,006 do 0,0084 dol.  To żadne wsparcie.

Najwyraźniej jednak wygoda platform tak wpłynęła na myślenie fanów, że ci nie są w stanie zrozumieć, że współczesna muzyka potrzebuje alternatywy. Jak widać i Facebook, i Spotify betonują, nie pozwalając dotrzeć do słuchaczy – to olbrzymi problem, który przykrywa się szyderą z artysty, który rzekomo myśli, że wszystko mu się należy. A chyba nie o to chodziło w poście „Lipy”.

Tak samo nietrafione są porównania do zalajkowania profilu sprzedającego biżuterię, redakcji gazety czy jakiegokolwiek innego. Muzyka – tu znowu wychodzi mój idealizm – kieruje się czymś zupełnie innym. Tyle że internet całkowicie to wymazał, podporządkowując ją takim samym regułom jak wszystko inne.

Szkoda, bo przecież wraz z wejściem takich platform jak Spotify liczyliśmy, że oto każdy będzie mógł zrobić karierę i niszowy artysta z Buenos Aires będzie słuchany wśród swoich rodaków, jak i Polsce. Nic bardziej mylnego, bo algorytmy go nie dopuszczą, a nawet jeśli, to dostanie głodową stawkę za odtworzenie piosenki. Niech się cieszy, że ktoś go zauważył i polajkował, nie?