Tech  /  Felieton

Nienawidziłem Naszej Klasy. Przez nią straciłem monopol na komputer

Picture of the author

Prawdziwy koniec Naszej-Klasy spowodował zalew wspomnień o polskim serwisie społecznościowym. Dla starszych osób strona była niezwykle ważna, dla młodszych, takich ja, było spełnieniem najgorszych koszmarów.

Nie chcę nikomu odbierać pięknych wspomnień. Tak, zapewne Nasza Klasa sprawiła, że po latach spotkali się dawno niewidziani znajomi. Tak, dla starszych pokoleń była początkiem zapoznawania się z komputerami. No właśnie – i to był mój główny problem.

Jako młody chłopak nie znosiłem Naszej Klasy. Szczyt popularności serwisu przypadał akurat na przełom końca mojej podstawówki i początków gimnazjum. Nie rozumiałem fenomenu, bo nie mogłem. Wszystkich ludzi z „mojej klasy” widziałem na co dzień, rozmawiałem z nimi na Gadu-Gadu.

Co innego moi rodzice, dla których Nasza Klasa faktycznie była pierwszym poważnym zetknięciem z komputerami

Pod tym względem mój dom nie różnił się od wielu innych. Komputer miał być do nauki, ale tylko oficjalnie. W praktyce służył do grania w Diablo II, kolejne Need for Speedy, FIFY czy menadżery piłkarskie. Jasne, przydawała się Wikipedia, ale tylko wtedy, gdy rodzice od czasu do czasu sprawdzali, czy na pewno odrabiam lekcje.

Nie ciągnęło ich do komputerów. Aż w końcu szał na Naszą Klasę był tak duży, że też zechcieli założyć konto. A jak już je mieli, to sprawdzali, czy dostali wiadomość. Potem musieli na nią odpisać. A następnie posiedzieć jeszcze pół godziny, żeby upewnić się, czy ktoś na coś nie zareagował.

Nasza Klasa po latach próbowała wykorzystać popularność Facebooka

Siedziałem wkurzony, bo w domu był jeden komputer. Był mój, służył do rozrywki, gier, internetu. A tu nagle za sprawą Naszej Klasy przybyła mi komputerowa konkurencja. „Tylko na pięć minut” zamieniało się w prawie godzinę. Nie tylko u mnie. Hasło „zaraz wracam, mama chce wejść na komputer” przewijało się na Gadu-Gadu dość często.

Jako jedynak i tak miałem szczęście, bo wyobrażam sobie, że w domach, gdzie komputer i tak był dzielony pomiędzy rodzeństwo, rodzice na Naszej Klasie musieli irytować jeszcze bardziej. Pokolenie, które komputery miało od zawsze – czyli od okresu komunii – nagle po raz pierwszy poczuło oddech na plecach starszego pokolenia. „My też chcemy, to też jest dla nas”. Ogromny przełom.

Oczywiście byli tacy rodzice, którzy sami wcześniej złapali zajawkę na komputery czy konsole, ale w domach moich znajomych tak nie było. Komputer był nasz, aż tu nagle okazywało się, że trzeba poczekać na swoją kolej, bo akurat dawno niewidziany kumpel z klasy odnalazł się w Ameryce.

Z perspektywy czasu to dobrze obrazuje fenomen Naszej Klasy

 Z drugiej strony zastanawiające jest to, że w przypadku moich rodziców nie przełożyło się to na dłuższe i inne wykorzystanie komputera. Dziś mogę uderzyć się w pierś i uznać, że po części to moja wina: naburmuszona mina i pełne rozczarowania „znowuuuu” zniechęcało do siedzenia przed ekranem.

Ale nie będę aż tak surowy wobec siebie i stwierdzę, że w ówczesnym internecie nic nie miało takiego przebicia, jak Nasza Klasa. Niby to oczywiste, bo z serwisu korzystały miliony Polaków, ale z drugiej strony dalej imponujące, bo długo nikt nie był w stanie powtórzyć tego sukcesu.

Nawet kiedy rodzice mieli już własny laptop i nie musieliśmy dzielić się jednym komputerem, służył im wyłącznie do spraw wręcz typowo urzędowych. Sprawdzić maila, zrobić przelew, najwyżej pooglądać auta na Allegro. Nic nie przyciągnęło i nie zachęciło jak wcześniej Nasza Klasa. Dopiero smartfony przełamały tę niechęć, podobnie jak SmartTV. Technologia musiała stać się banalnie prosta i przyjazna w obsłudze, by wciągnąć. Ale ile czasu musiało upłynąć!

Mimo że nigdy nie miałem konta na Naszej Klasie, też coś serwisowi zawdzięczam. I nie mam tu na myśli minut przeznaczonych choćby na czytanie książki, a nie grania „w Małysza”, bo znowu ta przeklęta Nasza Klasa skusiła mamę do siedzenia przy monitorze.

Nie miałem konta z prostego powodu: młodzieńczej przekory. Skoro są tam starsi ludzie, rodzice czy dziadkowie – dzisiaj byśmy powiedzieli: boomerzy – to mnie na pewno tam nie będzie. Dlatego dziś doskonale rozumiem młodzież, która ucieka z Facebooka czy Instagrama, wybierając choćby TikToka. To naturalny proces, który trwa od lat. W moim przypadku: od czasów Naszej Klasy.