1. SPIDER'S WEB
  2. Tech

Uzależniająco ogromny. Philips 439P9H - recenzja monitora superwide

Uzależniająco ogromny monitor. Philips 439P9H - recenzja
156 interakcji
dołącz do dyskusji

Przyjeżdża do klienta w pudełku tak wielkim, że gdybym się bardzo postarał, mógłbym się w nim położyć. Zajmuje na biurku tyle miejsca, że nie ma gdzie odkładać talerza po jedzeniu. Daje tyle przestrzeni roboczej, że już tęsknię. Przetestowałem monitor Philips 439P9H i chcę o tym opowiedzieć.

Zacznijmy może od małej dygresji. Czy drukarki i monitory naprawdę muszą mieć tak tragiczne nazewnictwo?

„Philips 439P9H” - powiedział nikt nigdy. Prędzej usłyszymy „no, ten 43-calowy Philips”, albo „ten ultrawide od Philipsa”. Nie jest to jednak wina tego konkretnego producenta - żaden wytwórca monitorów nie stosuje łatwego do zapamiętania nazewnictwa, tylko ciągi liter i cyfr, które rozszyfrować potrafią wyłącznie pracownicy firmy.

Apple ma swój Pro Display XDR. Wcześniej miał Thunderbolt Display. Ba, gdy LG wypuściło swój monitor dedykowany Makom, nagle okazało się, że monitor można nazwać „Ultrafine 5K”, zamiast LG 27MD5KL (to ten sam monitor). A więc można nazwać monitory tak, by dało się tę nazwę zapamiętać i by nie brzmiała jak odczyt z kodu kreskowego. Chciałbym, żeby pozostali producenci uruchomili trochę kreatywność swoich działów marketingu i zaczęli nazywać swoje monitory w sposób nieco bardziej sexy.

Koniec dygresji. Przejdźmy do recenzji.

Philips 439P9H nie ma sexy nazwy, ale krągłości ma na miejscu.

Po napisaniu powyższego zdania momentalnie wyrósł mi wąs, ale tu rzeczywiście, he he, jest na co popatrzeć.

Philips 439P9H jest nie tylko ogromny, zajmując na biurku ponad metr wszerz i prawie pół metra wgłąb, ale nie jest też płaski - wielki ekran o proporcjach 32:10 zakrzywiono, aby można było ogarnąć go wzrokiem bez konieczności rozglądania się na boki.

Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce trzeba usiąść od monitora naprawdę daleko, by rzeczywiście objąć widzeniem peryferyjnym wszystko, co dzieje się na tak ogromnym wyświetlaczu.

Panel VA zastosowany w ultraszerokim monitorze Philipsa ma 43,4” przekątnej i rozdzielczość 3840 x 1200. Jego maksymalna częstotliwość odświeżania wynosi 100 Hz. Wyświetlacz pokrywa 123 proc. przestrzeni barw sRGB z parametrem Delta E < 2, 91 proc. Adobe RGB i 95 proc. DCI-P3.

Do jakości wyświetlacza jeszcze wrócimy, bo jest ona tylko częścią całego urządzenia. Równie istotne jest to, co Philips 439P9H potrafi. A potrafi sporo.

Monitor i stacja dokująca w jednym.

Monitory, które podłączamy do laptopa jednym przewodem, to nic nowego. Ale takich, które mają równie bogaty zestaw złącz, nie znajdziemy zbyt wielu.

Do Philipsa 439P9H możemy podłączyć komputer na pięć sposobów. Jednym z dwóch gniazd DisplayPort 1.4, gniazdem HDMI 2.0b, albo jednym z dwóch portów USB-C 3.2 gen 1.

Te ostatnie są tutaj najciekawsze. Nie są to co prawda złącza Thunderbolt, ale i tak możemy nimi podłączyć każdy laptop wyposażony w taki port. Monitor Philipsa potrafi przy tym dostarczyć aż 90 W mocy, więc mogłem bez problemu podłączyć do niego MacBooka Pro 16, bez konieczności korzystania z dodatkowego zasilacza. Możemy też na raz podłączyć dwa laptopy, ale wtedy moc portów USB-C jest ograniczona - jeden może przesyłać maksymalnie 75W mocy, drugi zaś zaledwie 15W.

Oprócz wejść wideo mamy też aż cztery porty USB-A 3.2, w tym jeden obsługujący szybkie ładowanie, przydatne do podłączenia smartfonu. Poza tym jest też wyjście słuchawkowe oraz gniazdo Ethernet 1 Gb.

Cieszy też zintegrowany zasilacz; do tego wielkiego monitora nie musimy dodatkowo podłączać kostki zasilającej z własnościowym portem ładowania - wystarczy klasyczny przewód zasilający na trzy bolce.

Nie licząc wejść i wyjść mamy jeszcze dwa bonusy - wysuwaną z górnej części obudowy kamerę o rozdzielczości 2 Mpix, obsługującą także rozpoznawanie twarzy Windows Hello, jak również dwa 5-watowe głośniki. Kamery niestety nie dane mi było przetestować, gdyż w moim egzemplarzu testowym była ona uszkodzona mechanicznie (prawdopodobnie w transporcie), ale głośniki grają zaskakująco głośno i czysto, jak na moduły wbudowane w monitor. Żadna audiofilska jakość, ale do posłuchania wideokonferencji czy obejrzenia filmu na YouTubie jak znalazł.

Wszystkimi funkcjami monitora sterujemy przy użyciu czterech dedykowanych przycisków i w zasadzie tyle można o tym powiedzieć. Interfejs monitora Philips 439P9H jest równie irytujący w obsłudze co w przypadku większości monitorów. Nic ani ponad normę, ani poniżej normy.

Wszystkie te możliwości zamknięto w obudowie, która… niestety nie wyróżnia się ponad klasyczną monitorową nijakość. Gdy złapiemy za ramkę - zaskrzypi. Gdy dotkniemy matrycy - możemy ją wgnieść wgłąb obudowy. To niestety monitorowy standard. Jedynym naprawdę solidnym elementem konstrukcji jest metalowa podstawa, ważąca sama w sobie 5 kg. Nie ma ona najmniejszego problemu z utrzymaniem monitora na miejscu, także gdy zmieniamy jego ustawienia. Nie mogę też narzekać na regulację wysokości - statyw pozwala na aż 20 cm regulacji wzwyż i stawia na tyle silny opór, by nie zmienić jego położenia przypadkiem.

Jedynym minusem podstawy tego monitora jest fakt, że zajmuje ona bardzo dużo miejsca na biurku. Krzywizna ekranu i jego monstrualne wymiary oznaczają też, że monitor bardzo odstaje od krawędzi biurka - blat mojego biurka ma 150 x 75 cm, a i tak monitor stał mniej więcej w 3/5 jego długości.

Można ten problem rozwiązać stosując dedykowane ramię VESA do zawieszenia monitora, ale trzeba je odpowiednio dobrać; przez wzgląd na ponad 10 kg masy własnej samego monitora, nie każde ramię będzie w stanie go udźwignąć.

Philips 439P9H - jak się pracuje na 43”?

Na co dzień pracuję na monitorze 32”, więc wielkie monitory nie są mi obce, ale 43-cale o proporcjach 32:10 były dla mnie nowym doświadczeniem.

Przede wszystkim - cudownie jest mieć taki ogrom przestrzeni roboczej w poziomie. Owszem, nieco brakowało mi przestrzeni w pionie, zwłaszcza podczas pisania testów, ale możliwość ustawienia obok siebie kilku okien rekompensowała mi to z nawiązką. Zwykle ustawiałem obok siebie 2-3 okna i na żadnym nie brakowało mi miejsca. Mogłem też otworzyć okno przeglądarki na pełnym ekranie i mieć otwartych tyle kart, ile mi się żywnie podobało. Mogłem jednocześnie otworzyć Lightrooma i Photoshopa. Mogłem widzieć znacznie więcej timeline’u w DaVinci Resolve. Rozpiętość monitora Philips 439P9H okazała się uzależniająca, choć z początku wymagała przyzwyczajenia. Głównie przez wzgląd na krzywiznę 1800R, która wymaga okazjonalnego rozglądania się po ekranie.

Oczy jednak zdumiewająco szybko przyzwyczajają się do krzywizny. Przyzwyczajają się do tego stopnia, że gdy po kilku tygodniach testów zdjąłem Philipsa z biurka i postawiłem nań prywatny monitor 32” bez zakrzywienia, to przez kilka chwil miałem wrażenie, że jego wyświetlacz jest wręcz… wypukły. Tak bardzo oczy przyzwyczaiły się do wklęsłości monitora ultrawide, czy - jak mówi producent - SuperWide.

Muszę niestety rozczarować graczy, który widzą w tym monitorze potencjał na super-immersyjną rozgrywkę: niestety większość gier nie obsługuje proporcji 32:10. Spośród wszystkich tytułów, jakie przetestowałem, tylko Forza Horizon 4 i Red Dead Redemption 2 nie miały problemów objęciem całej rozpiętości ekranu. Pozostałe gry albo miały problemy ze skalowaniem, albo wyświetlały czarne pasy po bokach, albo jedno i drugie.

Philips 439P9H spisze się jednak doskonale w pracy, szczególnie biurowej. Ilość przestrzeni roboczej i możliwość wygodnego rozłożenia obok siebie wielu okien są nie do przecenienia.

Muszę jednak przyznać, że spodziewałem się po tym monitorze znacznie więcej.

Philips 439P9H ma kilka wad, które mogą być dyskwalifikujące.

Zacznijmy od tego, że absolutnie nie mogę polecić tego monitora osobom pracującym na komputerach Apple’a. Wszystko dlatego, że wbudowany profil obrazu tego monitora bardzo nie lubi się z macOS. Po pierwszym podłączeniu monitora do mojego MacBooka Pro 16 miałem wręcz wrażenie, że panel jest uszkodzony, bo nie było na nim ani cienia kontrastu, a kolory były sprane i nijakie. Okazało się jednak, że monitor wymusza na macOS przejście w tryb wyświetlania HDR. Wystarczyło odznaczyć opcję w ustawieniach, żeby obraz wrócił do normy.

MacOS bardzo specyficznie podchodzi też do kwestii skalowania obrazu, renderując piksele w dwukrotnie większej rozdzielczości, gdy korzystamy z wyświetlania innego, niż w domyślnej rozdzielczości monitora. W efekcie nie mogłem dopasować sobie właściwego rozmiaru elementów interfejsu - albo skalowanie było zbyt wielkie, albo zanadto obciążało komputer, by komfortowo z niego korzystać.

Nie wiedzieć czemu Philips 439P9H ma też problem z interpretacją przestrzeni barw na macOS. Przykładowo, pracując w DaVinci Resolve nie konwertuje podglądu w REC.709 do sRGB, przez co niemożliwa jest krytyczna ocena kolorów i ekspozycji nagrania. Nie pomaga nawet przestawienie monitora w inny tryb wyświetlania.

Kontynuując litanię narzekań - domyślne ustawienie punktu bieli w profilu monitora to 6500K. Z jakiegoś powodu na tym ustawieniu biel była magentowa, a cały monitor miał różowo-fioletowy zafarb. Problem rozwiązało przesunięcie punktu bieli na 7500K.

Z sobie tylko znanego powodu monitor nie był w stanie osiągnąć pełnych 100 Hz odświeżania podłączony do MacBooka Pro 16, choć teoretycznie macOS od czasów Cataliny obsługuje wyświetlanie w wysokiej częstotliwości odświeżania.

Na Windowsie 10 żaden z powyższych problemów nie występuje. Bardzo łatwo ustawić właściwe skalowanie, punkt bieli jest poprawny prosto z pudełka, a monitor nie ma żadnego problemu z interpretacją przestrzeni barw. Nie było też problemu z wysoką częstotliwością odświeżania.

Niestety podłączenie monitora Philips 439P9H do komputera z Windowsem 10 nie rozwiązuje jego największej bolączki - bardzo niskiej rozdzielczości w stosunku do rozmiaru.

3840 x 1200 px brzmi dobrze na papierze, ale w praktyce przy 43,4” przekątnej daje zagęszczenie pikseli na poziomie raptem 93 PPI. To tylko marginalnie więcej, niż uzyskujemy na monitorze 27” o rozdzielczości FullHD i nieporównywalnie niższe od 137 PPI, z którymi pracuję na co dzień na monitorze 32” o rozdzielczości 3840 x 2160 px.

Mówiąc wprost - ostrość Philipsa 439P9H jest naprawdę marna. Bez trudu dostrzeżemy pojedyncze piksele, co bolało mnie w czasie testów tym bardziej, iż pracuję przede wszystkim z tekstem. A niestety literki na tym wyświetlaczu nie były ostre.

Bardzo niska rozdzielczość wiąże się też z problemami z wyświetlaniem treści w wysokiej rozdzielczości. Nie ma tu żadnego zmyślnego down-scalingu, który np. wyostrzałby obraz 4K przy wyświetlaniu w niższej rozdzielczości. Jeśli spróbujemy wyświetlić wideo 4K np. z YouTube’a, krawędzie wyświetlanych treści będą poszarpane i pojawią się w niej artefakty. To samo dotyczy zresztą zdjęć - na co dzień pracuję na plikach o rozdzielczości 42 Mpix i wyglądały one wręcz tragicznie na monitorze o takim PPI. Nie byłem w stanie ocenić ostrości zdjęcia, bo wyświetlacz dosłownie rujnował podgląd detali.

Czysto subiektywnie uważam, że miejsca dla tak niskiej rozdzielczości w 2021 r. nie powinno być nawet w kalkulatorach. A już na pewno nie w monitorach za prawie 4000 zł. Obiektywnie jednak - można do tego przywyknąć. Po dwóch tygodniach sam przestałem zwracać uwagę na poszarpany tekst i nauczyłem się zmieniać „4K” na „FullHD”, gdy chciałem obejrzeć film na YouTubie.

Nie zmienia to jednak faktu, że nie mogę polecić Philipsa 439P9H do pracy kreatywnej, bo zbyt niska rozdzielczość zwyczajnie dyskwalifikuje go jako monitor do pracy z treściami tworzonymi przez nowoczesne narzędzia. Tutaj trzeba by sięgnąć po wariant Philips 499P9H, który oferuje matrycę 49” o rozdzielczości 5120 x 1440 px, co daje 109 PPI. Niestety ten model jest znacznie droższy od mniejszego wariantu, a też wymaga ogromnego biurka, bo sam w sobie mierzy aż 124 cm na szerokość.

Philips 439P9H nie jest monitorem dla każdego.

Jest wielki i kosztuje 3799 zł - tylko te dwa fakty sprawiają, że grono odbiorców Philipsa 439P9H będzie naprawdę wąskie. A nawet jak ktoś ma dość miejsca na biurku i dość pieniędzy w portfelu, pozostają pozostałe cechy monitora, które jeszcze bardziej zawężają grupę potencjalnych klientów, którzy mogliby chcieć go nabyć.

Trzeba jednak przyznać, że tym, którzy zdecydują się na zakup, trudno będzie w przyszłości wrócić do konwencjonalnych wyświetlaczy. Powtórzę raz jeszcze: taka ilość przestrzeni roboczej i tak ogromna rozpiętość ekranu może uzależnić. I może być też dobrym wyjściem dla kogoś, kto rozważał dotąd postawienie na biurku dwóch monitorów, ale nie życzy sobie szpecącej ramki pośrodku.

Dodajmy do tego wbudowany hub USB-C, zasilanie do 90W, zintegrowaną kamerkę i głośniki, i otrzymujemy monitor wprost stworzony do pracy biurowej, tak w biurze, jak i na home office.