Tech  / Recenzja

Tak doszło do tragedii królestwa. Hyrule Warriors: Age of Calamity to bitewny prequel The Legend of Zelda - recenzja

Granie w Hyrule Warriors: Age of Calamity to jak oglądanie pierwszych trzech epizodów Gwiezdnych wojen. Wiesz, że dojdzie do tragedii, ale nie możesz nic z tym zrobić. Pozostaje ci tylko rozsiąść się w fotelu z padem w ręku, obserwując towarzyszy broni oddających życie za królestwo.

Niezbyt wysokich lotów ta moja analogia, zdaję sobie z tego sprawę. Przyszła mi do głowy jako pierwsza, za sprawą przemiany Anakina w Vadera. Chociaż wiemy co się stanie, chociaż triumfu Imperium nie da się w żaden sposób zatrzymać, tak czy siak kupujemy bilet na kinowy spektakl. Musimy to zobaczyć na własne oczy. Nie inaczej jest z Hyrule Warriors. Chociaż znam finał historii opowiedzianej w nowej grze dla Nintendo Switcha, wciąż wbijam kolejne poziomy doświadczenia.

Hyrule Warriors: Age of Calamity to prequel rewelacyjnego The Legend of Zelda: Breath of The Wild.

Premierowa gra dla konsoli Nintendo Switch rozpoczynała się posępnie. Oto bowiem obiecany w legendach heros budzi się ze snu trwającego 100 lat. Podczas wymuszonego letargu królestwo zostało podbite przez potwory, krainę dotknął kataklizm, a większość bliskich odeszła ze względu na podeszły wiek bądź została zamordowana. Ten pesymistyczny punkt startowy z Breath of the Wild jest jednocześnie finałem, do którego niechybnie zmierza nowe Hyrule Warriors.

Możliwość pokazania scen z przeszłości to okazja do zobrazowania znanego świata w nieznanym świetle. Bohaterowie, którzy w Breath of the Wild wyglądali na pomarszczonych starców, w Hyrule Warriors są pełnymi wigoru młodzieńcami. Ruiny wracają do kształtów sprzed wyburzenia, a pola bitew na powrót stają się zielonymi łąkami i owocowymi zzagajnikami.

Producentom ze studia Omega Force należy się uznanie za tak świetne odwzorowanie stylu graficznego z Breath of the Wild. Łącznie z unikalną, nieco komiksową kreską artystyczną. Age of Calamity doskonale odtwarza królestwo Hyrule, a gracz od razu czuje, że przeżywa przygodę w uniwersum The Legend of Zelda. Nie ma tego smrodku gry drugiej kategorii, o który obawiałem się przed premierą.

Największym problemem Hyrule Warriors jest przynależność gatunkowa.

Kilkanaście milionów posiadaczy Breath of the Wild otrzymuje bowiem prequel z zupełnie inną mechaniką rozgrywki. Age of Calamity należy do zbioru gier hack’n’slash w orientalnej, azjatyckiej odmianie zwanej musou. Specyfiką tych gier są asymetryczne starcia na pokaźnych polach bitew, gdzie naprzeciwko jednego herosa stają dziesiątki i setki przeciwników.

Inspirowana chińską kinematografią przygoda może się wydawać groteskowa dla części zachodnich odbiorców. Oto bowiem Link, Zelda oraz kilka innych grywalnych postaci rozpruwa leniwym cięciem całą grupę goblinów. Jednocześnie. Nasze bomby wyrzucają w powietrze dziesiątki wrogów, a nasze ataki specjalne sprawiają, że pół setki przeciwników ląduje na tamtym świecie. Efektowność miesza się tutaj z efekciarstwem, a heroizm z boską wręcz władzą nad polem bitwy.

Odmienna przynależność gatunkowa oraz inny styl rozgrywki mogą powodować szok poznawczy u części fanów. Analizując sam gameplay, Breath of the Wild jest tytułem znacznie bardziej uniwersalnym. Unikalna specyfika musou ma wielu fanów, ale jestem przekonany, że jeszcze więcej graczy wolałoby prequel w modelu rozgrywki ala Breath of the Wild.

Hyrule Warriors: Age of Calamity to jeden z prostszych bitewniaków. Ale pomysłowych.

W porównaniu do takiego Fire Emblem Warriors, testowana gra jest jak niedzielny spacer w parku. Gracz ma o wiele więcej czasu na ratowanie sojuszniczych jednostek NPC. Do tego może wydawać rozkazy na odległość, taktycznie rozmieszczając grywalnych herosów. Później wystarczy przełączać się między nimi za pomocą D-pada, błyskawicznie reagując na każde nowe zagrożenie. Sądziłem, że poziom trudności będzie rósł z czasem, ale nie licząc kilku wyjątkowych misji, tak się nie dzieje,

Z każdą kolejną misją rosło za to moje uznanie wobec producentów, niezwykle pomysłowo wcielających elementy rozgrywki z Breath of the Wild do swojego hack’n’slasha. W Age of Calamity korzystamy z czołowych umiejętności Linka, jak magnetyzm, zamrażanie, zatrzymanie czasu czy energetyczne bomby. Jest tutaj lotnia, są przepisy kulinarne, skrzynie ze skarbami i jaskinie goblinów do splądrowania. Człowiek uśmiecha się od ucha do ucha, wspominając setki godzin nabite w Breath of the Wild.

Postaci oraz umiejętności z gry action cRPG pięknie skalują się do azjatyckiego hack’n’slasha. Dzięki tak silnemu przywiązaniu do drobnych detali z Breath of the Wild, ma się wrażenie, iż Hyrule Warriors jest znacznie bliżej rasowej Zeldy niż własnej spuścizny gatunkowej. Trudno o lepszy komplement dla zewnętrznego studia, pracującego na wypożyczonej marce i uzyskanej licencji.

Imitacja pozostaje imitacją. Breath of the Wild to mistrzostwo, Age of Calamity to rzemiosło.

Produkcja jest przyjemna, a momentami nawet wciąga. Fabuła nieco zaskakuje i nie wszystko jest tak, jak to sobie wcześniej przewidzieliśmy. Do tego Hyrule Warriors pozwala przejść całą kampanię w dwie osoby, na podzielonym ekranie, co jest gigantyczną zaletą tego tytułu. Gra jest czymś więcej niż nakładką na Dynasty Warriors, ale z drugiej strony… to po prostu dobry, pomysłowy tytuł. Nic więcej.

Hyrule Warriors: Age of Calamity cierpi na niemal wszystkie dolegliwości własnego gatunku. Produkcja dla Switcha ma spore problemy wydajnościowe. Po przesiadce z PS5 spadek do niestabilnych 30 fps-ów bardzo boli. Zwłaszcza grając na wielkim ekranie w salonie. Prawdziwy problem rozpoczyna się podczas zabawy co-op. Czuć, jak Switch działa ostatkiem sił, ledwo łapiąc oddech między kolejnymi sekwencjami podwójnych walk.

Po (dosyć krótkim) czasie tytuł staje się także powtarzalny. Co nie jest niczym zaskakującym, gdy weźmiemy pod uwagę, że w ciągu jednej misji pokonujemy średnio 500 - 800 przeciwników. Nie przesadzam, to dane bezpośrednio z gry. Przy takim przemiale wrogów podchodzących pod miecz, szybko zacząłem omijać grupy słabszych przeciwników, koncentrując się wyłącznie na mini-bossach. W dłuższej perspektywie takie podejście buduje niedobory surowców, co za tym idzie, blokujemy sobie dostęp do kompletnego wyczyszczenia mapy świata.

Fani Breath of the Wild mogą odpuścić, ale fani musou zdecydowanie nie.

Nowe Hyrule Warriors to bardzo ciekawy, a jednocześnie trudny w ocenie produkt. Tytuł nie jest tak szokująco dobry, by po pudełko musiał chwytać każdy posiadacz Breath of the Wild. Z drugiej strony w Age of Calamity gra się przyjemniej niż w większość musou z kilku ostatnich lat. Zremasterowane pierwsze Hyrule Warriors dla Wii U może się schować. Dlatego koneserzy gatunku zdecydowanie powinni dać omawianej grze szansę. Zakładam jednak, że nie ma ich w Polsce przesadnie wielu.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst