Sprzęt  / Lokowanie produktu

Jak tak dalej pójdzie, to zacznę ignorować inne laptopy. Huawei MateBook X jest niemal idealny

Żaden notebook nie jest komputerem dla każdego. Biorąc jednak pod uwagę charakter mojej pracy – szukam, cały czas szukam. A mimo tego trudno mi znaleźć lepszy komputer od MateBooka X. Czy to zwykłego, czy też ciut droższego Pro.

Od niemal dwóch lat jestem absolutnie zachwyconym użytkownikiem MateBooka X Pro. Jeszcze tego z procesorem Core ósmej generacji. Jestem przy tym moim zachwytem bezgranicznie zdumiony – bo Huawei to bardzo młodziutki gracz na rynku komputerów osobistych. Wiemy przecież z historii i doświadczenia, że projektowanie i produkcja porządnych komputerów osobistych wymaga doświadczenia i nauki na błędach.

Tymczasem Huawei od razu trafił w dziesiątkę. Niezależnie od modelu komputera, zawsze są to urządzenia wysokiej jakości, o świetnych parametrach na każdej półce cenowej, cechujące się wysoką kulturą pracy i z użytecznymi dodatkami. Takie rzeczy na rynku laptopów w zasadzie się nie zdarzają. Znani producenci komputerów, to firmy, których doświadczenie liczone jest w dekadach. MateBooki istnieją od bardzo niedawna.

Dlatego gdy w końcu udało mi się wypożyczyć najnowszego MateBooka X – tego z 2020 r. – byłem bardzo żywo zainteresowany testem. Znowu się udało? Oj tak, zdecydowanie tak. Rzeczową recenzję tego komputera już publikowaliśmy – znajdziecie ją pod tym adresem. Ja w niniejszym materiale uzupełnię ją o kilka spostrzeżeń. Takich subiektywnych. I mam nadzieję zarazić was entuzjazmem do tej marki. Zdecydowanie uważam, że poświęca jej się zbyt mało uwagi na rzecz bardziej doświadczonych producentów. Bardzo niesłusznie.

Po pierwsze, jakość wykonania. MateBook X wygląda bardzo delikatnie. To pozory.

Nie jestem flejtuchem ani fajtłapą, raczej szanuję moje urządzenia eleketroniczne. A mimo tego trudno mi już zliczyć wszystkie przypadki, kiedy mój prywatny MateBook X Pro miał bliskie acz nieprzewidziane spotkanie z twardym podłożem. Po raz pierwszy: jak wyjmowałem go z pudełka te dwa lata temu. Po raz ostatni – kilka dni temu, kiedy zsunął się ze stołu i upadł na kamienną podłogę. Nie tylko żyje, ale też nie ma żadnych śladów uszkodzenia, nawet kosmetycznych.

Stanowczo przy tym podkreślam: żaden MateBook nie należy do kategorii produktowej rugged, a więc laptopów specjalnie wzmocnionych przed takimi wypadkami. To, że mojemu komputerowi udało się wyjść z tych wszystkich sytuacji bez szwanku to między innymi zasługa dużego farta. Lichy laptop jednak w końcu by się rozpadł. Mój MateBook X Pro wygląda i działa jak nowy.

MateBook X zbudowany jest w bardzo podobny sposób i przy użyciu tych samych materiałów. Jeżeli niniejszy tekst osoba odpowiedzialna za wypożyczanie komputerów mediom do testów: nie, nie. Absolutnie nie upuściłem ani razu nowego MateBooka X. W ogóle. Wcale. Że oko mi mruga? A to tylko taki tik nerwowy. Wyłącznie teoretyzuję w kwestii wytrzymałości tego komputera. Przecież nie ma nawet rysy na obudowie.

Komputer jest mimo tego leciutki i świetnie wyważony. To ostatnie nawet nie wiem po co – przecież wystarczy, by stabilnie leżał na kolanach czy na blacie. Jeżeli jednak kojarzycie spot reklamowy z Robertem Lewandowskim, w którym ów piłkarz obraca komputer na dłoni – tak, da się, to łatwe. No ale to mniej istotne: grunt, że MateBook X z 2020 r. jest równie mało problematyczny w podróży, co jego poprzednicy. Czyli wcale.

Wyświetlacz. A raczej: ach ten wyświetlacz.

Niniejszy tekst zaczyna przypominać laurkę – cóż jednak poradzę. Przecież nie będę szukał wad na siłę. A wyświetlacz MateBooka X to ponownie rzecz rzadko spotykana na rynku. Składają się na to trzy równe istotne elementy.

Po pierwsze, sama jego jakość. To rewelacyjna jednostka gwarantująca 100-procentowe pokrycie palety sRGB, absolutnie rewelacyjny kontrast, przyzwoitą jasność (400 nitów) i wysoką ostrość obrazu za sprawą natywnej rozdzielczości 3000 x 2000 pikseli. Po drugie, otoczony jest cieniutką ramką, co pomogło zachować jego przyzwoity rozmiar przy jednoczesnym zmniejszeniu powierzchni całego komputera. A po trzecie – co już czujny Czytelnik wywnioskował z rozdzielczości – oferuje proporcje 3:2 zamiast 16:10 bądź 16:9.

To w fundamentalny sposób zmienia sposób, w jaki pracuję. Niby nic, niby to tylko nieco większa powierzchnia robocza. Ale przecież przy wydajnej pracy liczy się czytelny interfejs i miejsce na materiał, nad którym pracuję. Czy to tekst, czy to edycja zdjęć, jest po prostu dużo, dużo wygodniej. Huawei jako jeden z bardzo nielicznych stawia na te proporcje, idąc za przykładem wyznaczonym przez Microsoft. Między innymi dlatego dużo rzadziej i dużo mniej chętnie spoglądam na produkty konkurencji. Jak się użytkownik przyzwyczai do takiego wyświetlacza, na każdym innym ekranie pracuje się… gorzej. Odczuwalnie gorzej. Powyższa ilustracja pokazuje ile więcej miejsca na pracę zapewnia taki wyświetlacz – czerwona ramka symbolizuje panoramiczny wyświetlacz o identycznej przekątnej.

Windows uszyty na miarę. MateBook X zamiast bloatware’u oferuje narzędzia, z których faktycznie chce się korzystać.

Windows jest jak każdy system operacyjny – działa tak dobrze, jak dobry jest jego programowy pomost ze sprzętem. A więc odpowiednio dobrane sterowniki, ustawienia i zaawansowana konfiguracja. Huawei wyraźnie intensywnie współpracował z Microsoftem, bo tu wszystko działa jak należy. System jest zawsze stabilny, nigdy nie sprawia najmniejszych problemów. To również sprawia, że MateBook X cechuje się doskonałą kulturą pracy (to również zasługa układu Intela, ale nie tylko). Wybudzanie, usypianie, rozruch, zarządzanie chłodzeniem, jasnością, akumulatorem… trudno tu na cokolwiek narzekać.

Na dodatek w MateBooku X nie znajdziemy preinstalowanej tony śmieciowych programów, co jest plagą na nowoczesnych komputerach. Zapomnijcie o pięciu wersjach demonstracyjnych różnych antywirusów czy programach do nagrywania płyt DVD czy też odtwarzaczy, z których nigdy nie skorzystacie. Nie ma tu nic takiego. Zero. To jednak nie oznacza, że Huawei nie dodaje nic od siebie.

Po pierwsze, porządku w systemie pilnuje Huawei PC Manager. Prosty, czytelny i bardzo sprawny programik, który pilnuje by sterowniki zawsze były w odpowiednich wersjach, tak jak i oprogramowanie układowe. Za pomocą PC Managera będziemy mogli również konfigurować akumulator. Na przykład – jeżeli przez długi czas chcemy pracować na MateBooku stacjonarnie, w programie PC Manager możemy zdecydować, by akumulator był ładowany tylko do poziomu 60 proc. Jakby ktoś nie rozumiał czemu – długotrwałe utrzymywanie ogniwa na pełnym naładowaniu istotnie zmniejsza jego żywotność.

Drugim dodatkiem jest integracja z telefonem. Microsoft oferuje co prawda narzędzie Twój telefon w Windowsie, które działa całkiem nieźle. Narzędzie Huaweia istotnie rozwija jego funkcjonalność – umożliwiając nawet uruchamianie androidowych aplikacji na Pulpicie Windowsa. Bardzo przydatne – wszak nie wszystkie mobilne apki mają swoje desktopowe odpowiedniki. Z poziomu komputera zarządzam na przykład elementami swojego smart home, co nie jest możliwe w żaden inny sposób – w tym z poziomu przeglądarki internetowej.

Element tak często pomijany – czyli klawiatura. Ja żyję z pisania, dla mnie to podstawa.

Klawiaturą trudno się chwalić w tabelkach ze specyfikacją. Na dodatek częściowo jej jakość zależy od subiektywnego gustu. Wiele moich kolegów i koleżanek również żyjących z pisania nie wyobraża sobie dłuższej pracy bez mechanicznej klawiatury – której osobiście nie cierpię. Uwielbiam jednak pisać na MateBooku. Twardość przycisków, ich skok, kształt samych buttonów – widać wyraźnie, że poświęcono temu bardzo dużo uwagi przy projektowaniu tego komputera. Efekty widać – a raczej czuć.

Świetnej klawiaturze towarzyszy rewelacyjny gładzik. Ja akurat należę do tego rodzaju użytkowników, którzy zdecydowanie preferują myszkę. Dużo laptopów klasy premium wyposażono już w świetne touchpady. Z myszki nie zawsze jednak da się korzystać, często pracuję w terenie… no przynajmniej przed tą okropną pandemią. Gładzik jest duży, obsługuje gesty i ma bardzo przyjemną fakturę.

A co z wydajnością MateBooka X?

Nie uruchamiałem na MateBooku benchmarków – recenzję tego komputera mamy za sobą. 10. generacja układów Intela to jednak istotny skok względem ósmej w moim prywatnym komputerze. I za MateBookiem X 2020 będę tęsknił, jak będę musiał go oddać. Na dodatek sprawność tego komputera jest dość wysoka. Przy zestawie moich aplikacji (patrz niżej) bez problemu osiągam 10 godzin pracy bez ładowarki. Choć też rzadko ją przekraczam. A czego używam?

Po pierwsze – przeglądarka. Niemal zawsze mam otwartych przynajmniej pięć kart w Microsoft Edge, często z aplikacjami webowymi intensywnie pracującymi w tle. Po drugie – Microsoft Office (głównie Word, czasem Excel). Po trzecie – wyjątkowo prądo- i zasobożerny Slack, którego używamy do komunikacji w zespole Spider’s Web i który zawsze jest aktywny. Codzienną edycję zdjęć na potrzeby newsów wykonuję w Photoshopie. Autorskie zdjęcia – na przykład do recenzji – z mojego Nikona obrabiam w Lightroomie. Dodatkowo w tle działają komunikatory, często odtwarzacz muzyczny. Żadna z tych aplikacji, nawet wspomniany Lightroom z wieloma RAW-ami obrabianymi równelegle, nie jest wyzwaniem.

No dobrze, ale to też nie jest przesadne wyzwanie dla wielu innych komputerów. To słuchajcie tego: moje opisy testowych wersji Windowsa z kanału Windows Insider tworzę testując nowy system w wirtualnej maszynie. Używam Hyper V do tego celu – czyli de facto emuluje peceta w pececie. Przyznaję wirtualnej maszynie dwa rdzenie obecnego w tym sprzęcie Core i5-10210U i 8 GB z dostępnych 16 GB RAM. I co? Właściwie to nic. Fakt, że w tym momencie zaczynamy czuć granicę możliwości tego komputera. Nie zapominajmy jednak, że rozmawiamy o energooszczędnym, smukłym ultrabooku – a nie mobilnej bądź stacjonarnej stacji roboczej.

Ależ słodka wyszła mi ta laurka. Mam dwie uwagi. Drobiazgi, ale irytujące.

Pierwszy tyczy się klawiatury. Tyle ją chwaliłem, więc o co mi chodzi? Otóż bardzo brakuje mi przycisku pauzy, z mojego punktu widzenia niemal niezbędnego. Gdy spisuję wywiady potrzebuję szybko zatrzymać odtwarzacz, by zapisać co usłyszałem. W MateBooku X tego przycisku nie ma. Jest za to przycisk dedykowany uruchamianiu opisywanego wyżek programiku Huawei PC Manager. Zupełnie bez sensu.

Drugim drobiazgiem jest kamera internetowa. Piękny wyświetlacz MateBooka otoczony jest tak smukłą ramką, bo webcam został przeniesiony do górnej części klawiatury. To nie tylko umożliwiło taką konstrukcję ekranu, co na dodatek stanowi doskonałe zabezpieczenie dla tych, co boją się o swoją prywatność – kamerka chowa się pod przyciskiem i nawet jak ktoś złamie zabezpieczenia komputera i nielegalnie podłączy się do naszego webcama, to i tak nic nie zobaczy. To jednak również oznacza, że nasi rozmówcy widzą głównie nasz podbródek. Do rozmów na Skype czy Microsoft Teams trzeba usiąść nieco dalej od komputera. Coś za coś – subiektywnie uważam, że to dobry kompromis. Trudno jednak tę wadę pominąć, zwłaszcza w czasie, w którym tak wiele osób pracuje zdalnie.

Weterani branży – posuńcie się. Młodziutki Huawei to co najmniej ktoś wam równy.

Po raz wtóry powtórzę: to absolutnie niebywałe, by tak młody producent sprzętu od razu wszedł na tak wysoki poziom. Huawei MateBook X to nie tylko ciekawostka czy no fajny, fajny komputer. Gdyby dziś mój MateBook X Pro wyzionął ducha, kupiłbym jego następcę. Czas spędzony z MateBookiem X 2020 tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. Cudowna maszyna. Mam nadzieję, że zdobędzie z czasem równie wiele fanów, co dobrze znani konkurenci. Zdecydowanie na to zasługuje.

*Tekst powstał przy współpracy z Huawei

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst