Ekologia  / Artykuł

Kryzys wodny staje się coraz bardziej realnym scenariuszem, na który nie jesteśmy gotowi

Z raportu CB Insights wynika, że 2019 r. był rekordowy jeśli chodzi o inwestycje w technologie do pozyskiwania wody pitnej. Czyżby fundusze inwestycyjne wiedziały coś, o czym się nie mówi?

Niekoniecznie. Na razie jednak doskonale radzimy sobie z ignorowaniem problemu kurczących się zasobów wody pitnej. Wielu naukowców wierzy, że tegoroczny kryzys w Indiach był zapowiedzią znacznie poważniejszego zjawiska, które może doprowadzić do globalnego kryzysu wodnego. Kryzys ten zagraża również Polsce.

Nadchodzący kryzys wodny to skutek kryzysu klimatycznego

Zmiany klimatyczne na Ziemi przestają być problemem czysto akademickim, w którym od lat spieramy się o to, czy to, co dzieje się z planetą jest naszą winą, a jeśli tak, to w jakim stopniu. Ta kwestia powoli przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Ważniejszą sprawą stają się wszystkie płynące (nomen omen) z tego tytułu niedogodności.

Taką niedogodnością są np. malejące zasoby wody pitnej. Czasy deszczowych okresów jesiennych, śnieżnych zim i wiosen pełnych roztopów możemy już bowiem uznać za przeszłość.

Mniejsza ilość wody, która zasila nasze zasoby (rzeki, zbiorniki naturalne) w połączeniu z zapotrzebowaniem na tę substancję doprowadzi w końcu do suszy hydrologicznej i hydrogeologicznej - mniejsze rzeki mogą wyschnąć doszczętnie, a w ujęciach głębinowych po prostu zacznie brakować wody.

Jest to bardzo niebezpieczny scenariusz dla Polski, ponieważ w obecnych warunkach klimatycznych, odbudowanie naszych zasobów wodnych byłoby możliwe tylko wtedy, jeśli zdecydowalibyśmy się na drastyczne ograniczenie ich codziennego użycia.

Kiedyś było lepiej

Jeszcze w latach 80. na statystycznego Polaka przypadało ok. 2500 m3 wody rocznie. Obecnie wskaźnik ten rzadko kiedy przekracza 1800 m3. Za jego spadek odpowiadają właściwie dwie kwestie: coraz cieplejsze okresy letnie i ukształtowanie terenu w naszym kraju.

Przez województwa lubuskie, dolnośląskie, część wielkopolskiego, łódzkie i Mazowsze, aż po Lubelszczyznę przebiega pas, na którym rokrocznie notujemy najmniejszy poziom opadów w naszym kraju. W połączeniu z rosnącą temperaturą (i większym parowaniem wody) i wielkopowierzchniowym rolnictwem, taka mieszanka to bardzo prosty przepis na katastrofę.

Przypominam też, że w pierwszej połowie czerwca br. wody zabrakło w Skierniewicach. Wyobraźcie sobie nagle, że w waszym mieście przez dwie doby po odkręceniu kranu nie dzieje się absolutnie nic.

Sytuacja będzie się pogarszać.

Dość niepokojący scenariusz. I zdaniem prof. Jarosława Suchożebrskiego z Uniwersytetu Warszawskiego takie sytuacje będą zdarzać się w Polsce coraz częściej.

Obecnie nie dysponujemy żadnym sensownym rozwiązaniem tego problemu. Albo ograniczymy zużycie wody (co w niektórych branżach jest po prostu niemożliwe) i zaczniemy czerpać ją z coraz głębiej położonych źródeł, co oznacza oczywiście spory wzrost kosztów jej pozyskania.

Albo zaczniemy modlić się o cud (Sejm już tak robił, serio), czyli o powrót śnieżnych zim, ulewnych jesieni i łagodniejszych temperatur w okresie letnim, dzięki którym nasze zasoby wody byłyby w stanie odbudować się do poziomu sprzed 20-30 lat. Żeby to się jednak udało, kraje z całego świata musiałyby w końcu znaleźć rozwiązanie na zahamowanie emisji gazów cieplarnianych, ocieplających naszą atmosferę.

A na to jak na razie się nie zanosi. Dlatego do życzeń noworocznych sugeruję dołączyć wodę w kranie. W 2020 r. może jej chwilowo zabraknąć.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst