Biznes  / Artykuł

Były pracownik Facebooka szczerze o tym, co się dzieje w firmie. Walka z mową nienawiści prowadzi do absurdu

244 interakcji
dołącz do dyskusji

Walka z mową nienawiści, szczególnie w Polsce, ma ostatnio wielu zwolenników. I trudno się temu dziwić, eskalacja emocji na tle polityki i emigrantów doprowadziła u nas już do niejednej tragedii. Jak jednak ową „mowę nienawiści” definiować?

Z ową nienawiści jest jeden problem. Z jednej strony nie można na nią bezkarnie pozwalać, z drugiej bardzo łatwo dać się ponieść emocjom i wylać dziecko z kąpielą. Były pracownik Facebooka, Brian Amerige, stawia w swoim liście odważną tezę – „Nie można zabronić kontrowersji bez niszczenia fundamentów potrzebnych do rozwijania nowych pomysłów” – pisze w liście opublikowanym na quillette.com.

Mężczyzna dołączył do zespołu Marka Zuckerberga w 2012 roku, by „sprawić, by świat był bardziej otwarty, połączony i dać ludziom moc dzielenia się”. I w pierwszych latach ta polityka, jego zdaniem, miała się sprawdzać.

Wejście Trumpa burzy porządek

Wszystko miało zmienić się wraz z pojawieniem się na scenie politycznej Donalda Trumpa. W biurze Facebooka ujawniły się wówczas osoby o lewicowych poglądach. Na kampusie pojawiły się plakaty wyborcze Baracka Obamy, na ścianie biura w Seattle zawisła ściana z hasłami typu #METOO.

Autor listu pisze jednak, że był to dopiero początek. Na sesjach Q&A z Zuckerbergiem zaczęły padać pytania o przyszłość ludzi popierających Trumpa. Na cenzurowanym znalazł się w ten sposób np. Peter Thiel. Mniej szczęścia miał Palmer Luckey, twórca okularów VR Oculus. Wpłacenie 10 tys. dol. na reklamy uderzające w Hillary Clinton kosztowało go posadę.

Amerige próbował ratować sytuacje, przez kolegów został jednak ochrzczony mianem „podjudzacza”. Z firmy odszedł w październiku 2018 roku. Przez te 6 lat całkowicie zmieniła się bowiem polityka platformy.

Na początku Facebook zabraniał publikowania treści, które nawoływały do przemocy, kradzieży lub mogły bezpośrednio uderzać w jednego z użytkowników w formie np. zastraszania. Był jednak otwarty na obraźliwe i kontrowersyjne treści. Teraz to się zmieniło. Pewny grupy ludzi (czarnoskórzy, muzułmanie itd.) znalazły się pod szczególną ochroną.

„Ten rodzaj polityki mediów społecznościowych jest niebezpieczny, niepraktyczny i niepotrzebny” – przekonuje Amerige. By po chwili sensownie dorzucić: „Nienawiść to uczucie, a próba sformułowania polityki, która zależy od tego, czy mówiący odczuwa nienawiść, jest niemożliwa”.

Nie tylko Facebook

Przykład? Amerige opisuje, że gdy skrytykował dzieło sztuki zainstalowane w Menlo Park usłyszał od kolegów z pracy, że ten rodzaj sztuki opisuje ich tożsamość. I że należą im się przeprosiny. Do kajania się został też zmuszony wiceprezes Joel Kaplan. Przyczyną był udział w kongresowym przesłuchaniu Bretta Kavanaugha.

List byłego pracownika Facebooka wykracza refleksjami dużo ponadto, co możemy znaleźć na samej platformie. Jasne, fakt, że treść, którą wklepujemy w komentarzach, ocenia nisko opłacany nastolatek gdzieś na Dalekim Wschodzie może być frustrujący. Bo niby w jaki sposób może on w kilka sekund ocenić intencje i emocje komentującego? Tyle, że wciąż mówimy tutaj o jednej platformie, a walka z mową nienawiści zaczyna być obecna w całym naszym życiu.

Amerige pokazuje dużo szerszy kontekst. Siła przekonań nie bierze się z rygorystycznych zakazów. By zrozumieć i utwierdzić się w przekonaniu, że rasizm czy seksizm są złe potrzebna jest sensowna rozmowa, która wykazuje, dlaczego tak w istocie jest. Ta jest jednak niemożliwa, gdy obraźliwe staje się same poruszenie kontrowersyjnego tematu.

W innym wypadku sprowadzamy społeczeństwo do poziomu niezbyt rozgarniętych dzieci, którym zakazuje się dotykania gorącego piekarnika. Większość z nich prędzej czy później kiedyś go jednak dotknie, bo będzie chciała przekonać się, skąd ten zakaz się wziął.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst